Bieg małżownika, czyli potyczki rodzicielskie.

1597 Odczytano 4 komentarze

Nie wiem jak jest w innych małżeństwach, partnerstwach czy czym tam jesteście, ale my ze Starym to prowadzimy istne rodzicielskie Igrzyska, chociaż zdecydowanie lepsze będzie tutaj określenie bieg katorżnika.  Taki z medalami rodzica nieidealnego na szyi, miejscem na podium i skłonem w pół, już po wszystkim. Zasady są bardzo proste – należy przeżyć dzień z jak najmniejszym uszczerbkiem na zdrowiu.

Każdego ranka stajemy na starcie, przy czym walka swój początek ma już kilka godzin wcześniej, późną nocą.

Pierwszą konkurencją, można by rzec siłową jest Dwójnóg spychany. I tutaj moja pozycja mogłaby być już z góry przegrana, bowiem ważę jedną dziesiątą tego co normalny człowiek, normalnie odżywiany i normalnie zbudowany. Ale mi Bozia zapomniała pod skórę włożyć trochę tłuszczyku i mięśni, tak więc wyglądam jak eksponat do nauki anatomii.

Dwójnóg spychany moi drodzy polega na tym, że para przeciwników leży w pozycji horyzontalnej na łóżku. Konkurencja zaczyna się w momencie nadania sygnału głosowego, którym to jest zazwyczaj syrena alarmowa umiejscowiona w dziecięcym pokoju, najprawdopodobniej w łóżku. Może mieścić się też na nocniku lub kibelku. Konkurencja składa się z dwóch rund. Pierwsza polega na udawaniu, że nie słyszymy alarmu. Kto pierwszy podniesie się z łóżka zaniepokojony sytuacją w drugim pokoju – przegrywa. Jeśli oboje przeciwników ma mocne nerwy i żaden nie okazuje chęci wyłączenia syreny, następuje runda druga – spychanie z łóżka. I tutaj mogłoby się wydawać, że moja pozycja jest przegrana ale nie… Mam zimne stopy. I to zazwyczaj wystarczy do wygrania konkurencji.

Następna konkurencja to głuchota nabyta, podobna do rundy pierwszej dwójnogu spychanego. Głuchota nabyta polega na niereagowaniu na krzyki dzieci i wygrywa ten, kto nie wkurwi się jako pierwszy po piętnastym upomnieniu pacholąt, żeby raczyły krzyczeć do siebie pół tonu ciszej. W przypadku kiedy na stanie mamy jedno dziecko, konkurencję można zainicjować krojąc parówki, podczas gdy te miały być do ogryzania albo kanapki w trójkąty zamiast połówki. Przeciwnik staje na przeciwko dziecka i zaczyna odliczać od pierdyliarda w dół. Jeśli uda mu się doliczyć do końca i nie pozwoli tym samym na gwałtowny wypływ emocji związany z przebodźcowaniem słuchowym, konkurencję można uznać za zaliczoną.

Dalej mamy sprint Morfeusza. To konkurencja bardzo niewdzięczna, gdyż oboje przeciwników jest już wyczerpanych fizycznie i psychicznie. Konkurencja polega na wyłapaniu wzroku przeciwnika i jak najszybszym krzyknięciu hasła: „Ja kładę się pierwsza!”. Zazwyczaj przegrywam sprint Morfeusza gdyż mój przeciwnik, w postaci małżonka Grzegorza gra nieczysto i najzwyczajniej w świecie zasypia na kanapie na siedząco, mając głęboko w dupie zasady gry.

Jeśli natomiast uda nam się wykrzyknąć hasło pierwszemu, w drodze do sypialni można odbyć taniec zwycięzcy, polegający na miarowym rypaniu mordą o podłogę.

W sprincie Morfeusza za wszystkie chwyty typu: „Idź zapytaj mamy”, „Poskacz po tatusiu”, „Zapal światło w sypialni” są odbierane punkty z punktacji generalnej i przepisywane na konto przeciwnika. Za karę przegrany jest wrzucany do łazienki pełnej dzieci i szczoteczek do zębów.

Kiedy dziecko jest chore, dochodzą nam konkurencje łapanie gila i bieg z syropkiem, polegające na tym, że obiekt zainteresowania ucieka przed nami a my mamy za zadanie wlać w niego lekarstwo. Za wylanie syropu lub wyplucie są odejmowane punkty.

Współzawodnictwo odbywa się również na płaszczyźnie językowej i polega na wymyśleniu jak największej ilości niecenzuralnych słów, przy czym żadnego z nich nie możemy wypowiedzieć na głos. I na tym polega cały myk. Każda „kurwa” wyrwana z ust przeciwnika to punkt więcej dla nas. W zadaniu pomagają nam same dzieci lub przeciwnik, na przykład stąpając bosą stopą po świeżo umytej podłodze lub pakując do przepełnionego kosza więcej śmieci.

Ostatnią dzienną konkurencją jest szorowanie mordą po podłodze na odległość. Odległość jest mierzona od salonu do sypialni i wygrywa ten, kto nie zaśnie wcześniej w innym miejscu niż łoże małżeńskie. Za wszystkie chwyty typu przycięcie komara z twarzą na stole albo siedząc na kiblu są ucinane punkty, a za zaśnięcie w dziecięcym łóżku – podwójnie. Chociaż dla mnie zaśnięcie o 20 z dzieckiem to jak wygrana na loterii. Niestety odbija się to na mnie rano, garami w zlewie i skiśniętym praniem w pralce.

A Ty jaką konkurencję dodałabyś do tych zawodów?


Podoba Ci się mój post? Będzie mi miło, jeśli podasz go dalej ! 

Odwiedź nas na Facebooku i Instagramie.

4 Komentarzy/e
  • AnnaW

    Odpowiedz

    Jeszcze kto szybciej uśpi dziecię. Niestety zawsze przegrywam….

  • MamaEmi&Nati

    Odpowiedz

    Hahahahahahaha 😂😂😂 padłam na samym początku ze śmiechu 😀😀😀 tylko w tym wszystkim najsmutniejsze jest to, że…. Mój dzień wygląda baaardzo podobnie… 😂

  • Iza

    Odpowiedz

    Uśmiałam się jak głupia 🙂 normalnie dzień z mojego życia wzięty – taka sama grę toczę z moim małżem:)

  • Renata

    Odpowiedz

    Brakuje tylko słów na końcu :czytała Krystyna Czubówna 😂 serio przeczytajcie ten tekst w głowie głosem Pani Krystyny i dzień robi się jeszcze bardziej zryty 😛

Skomentuj