Dlaczego nie zawsze będę stała po stronie swojego dziecka?

1559 Odczytano 0 Komentarzy

Wdałam się ostatnio w rodzicielską dyskusję z bliską mi osobą. To była rozmowa z kategorii „na noże”, chociaż w tym przypadku noże zastąpiliśmy argumentami, równie ostrymi. Wielkie przyłbice zasłaniały nam oczy i przyćmiły umysły kiedy kierowaliśmy w swoją stronę ciosy ostrzami szabli. Szable zgrzytały o lśniące zbroje, krzyżowały się w powietrzu po to by po chwili opaść w zamyśleniu. Nie próbowałam przekonać rozmówcy do moich argumentów, obrałam pozycję obronną. Już dawno zrozumiałam, że moje zdanie jest tylko moim i nie mam potrzeby przekonywać reszty świata, że jest inaczej niż myślą ludzie.

Dyskusja była na tematy wysoko wychowawcze. A jak wiadomo, takie tematy zaczynają się stwierdzeniem „Co z Ciebie za matka?”.

Już tłumaczę, czym zawiniłam. Mój brat popełnił błąd. Mało ważne jaki, ważne że teraz jest w przysłowiowej dupie ale w dużej mierze z własnej winy. I ta duża miara kosztuje go mnóstwo pieniędzy i nerwów. Szkoda mi gościa, naprawdę szkoda bo ponosi niefajne konsekwencje swoich poczynań tylko dlatego, że miał jakieś marzenia ale nie przekalkulował kilku istotnych spraw. Staram się przy tym pomóc jak mogę ale zdolności pomocy mam lekko ograniczone.

No i tłumaczę rozmówcy, który wytoczył pianę z ust i jest gotowy przyodziać rękawice w obronie syna (wydało się, pozdrawiam tatusiu), że mi cyca naprawdę szkoda (dobrze, że widzimy się raz na rok bo by mnie za tego cyca przechrzcił, ale cały czas pamiętam, że za szczeniaka robił za mojego psa z kategorii mopsów bo ślinił się okropnie. Ponadto był obcięty na grzybka, mierzonego od garnka przez mamę w łazience, do tego tępymi nożyczkami, że sami rozumiecie, miano „cycu” do niego pasuje idealnie, pomimo aktualnej postury młodego goryla i cycków wychowanych siłownią większych od moich)… Jeszcze raz bo się rozpasałam w tym nawiasie. Tłumaczę tatusiowi, że mi cyca naprawdę szkoda bo ciągle cycu ma pod górkę no ale poniekąd sam sobie jest winien. Tatuś przemielił pod wąsem kilka epitetów, poczerwieniał lekko na twarzy i pyta co ze mnie za siostra, że nie staję w obronie brata.

No to ja od nowa. Że staję w obronie, że mi cyca szkoda ale cycu sam sobie jest winien. Że mu pomogę, jak tylko potrafię ale mam nadzieję, że wyciągnie sensowną lekcję, bla bla bla…

I wtedy pada stwierdzenie młot. W sensie rozmówca w roli sędziego, grzmotnął tym swoim sędziowskim młoteczkiem w biurko, pytając: „Co z ciebie za matka? W obronie swoich dzieci też nie staniesz?”.

I ja proszę państwa, zanim odpowiedziałam tatusiowi co myślę, napisałam dla Was ten post w głowie.

Jestem zachwycona moimi dziećmi totalnie i niezaprzeczalnie. Wielbię pod niebiosa każdy ich ruch, każde nieświadomie powiedziane „mama”, kiedy zachowaniem bardziej przypominały śledzia niż świadomie kontaktujące dziecko. Moje dzieci są dla mnie naj naj i jeszcze raz naj. Jestem gotowa wyrwać wątrobę (pod warunkiem, że da się ją sprzedać na czarnym rynku) każdemu, kto zamachnie się na ich szczęście.

Ale w tym moim odpieluchowym zapaleniu mózgu zostało jeszcze trochę zdrowego rozsądku. Bowiem, kiedy widzę, że moje dziecko nie ma racji to mu o tym powiem. Jeśli widzę, że przeginają w kontaktach z innymi dziećmi lub siostrą to im to powiem. Potrafię przyznać im rację ale potrafię powiedzieć również, że tej racji nie mają. I kiedy widzę lub zobaczę starcie między moją córką a kimś, przy czym moje dziecko będzie w błędzie, nawet pomimo tego, że będzie cierpiało, będę potrafiła przyznać rację komuś innemu.

I możecie w tym momencie potępić mnie za to co napisałam a możecie też posłuchać do końca i przyznać mi rację.

Jakiś czas temu wynikła wojna o zabawkę między Nadią (lat 2,5) a Hanią (lat 5). W takie sytuacje wkraczam dopiero wtedy kiedy leje się krew lub wrzaski wstrząsają moją wewnętrzną oazą spokoju. Czasami tylko rzucam coś od niechcenia, że jeśli same się nie dogadają to ja tego kucyka Pony rekwiruję i oddam za tydzień. Zazwyczaj to wystarczy, żeby dziewczynki przemyślały korzyści i straty i same rozwiązały spór. A najczęściej nie reaguję w ogóle, prażę popcorn i zastanawiam się, która ma mocniejszy chwyt i która szybciej odklepie. Albo która jest sprytniejsza.

W każdym razie, nastąpił ten moment, kiedy musiałam wkroczyć bo jedna buchnęła drugą jakimś przedmiotem. Ryczały obie. Jedna bo bolało, druga bo ryczy pierwsza. Pytam kto zawinił.

Nadia chlipie mi i smara, że Hanka ją uderzyła, Hanka zaprzecza, mówi, że Nadia sama się, a tak w ogóle, że to wszystko to było w obronie. Normalnie stanęłabym po stronie Hani bo to zazwyczaj młodsza rozwiązuje potyczki siłowo ale nie tym razem. Pytam więc Hanki, jako że starsza i trochę bardziej rozgarnięta, czyja wina. I że nie nakrzyczę na nikogo, chciałabym po prostu wiedzieć. Na co ona, że wina leży po jej stronie.

Nie nakrzyczałam. Przytuliłam obie, podsunęłam trochę rozwiązań i powiedziałam, że jest mi przykro, że nie potrafiły rozwiązać tematu w inny sposób, ponadto zwalały winę na siebie nawzajem.

Tak samo postąpiłabym jeśli kłótnia wynikłaby pomiędzy Hanką a obcym dzieckiem i winę ponosiłaby moja córka. Tak samo postąpię za dwadzieścia lat, jeśli jedna lub druga coś spieprzą ze swojej winy.

Po pierwsze dlatego, że muszą wiedzieć, że nie są nieomylne i czasami popełniają błędy. Muszą się nauczyć ponosić konsekwencje i nie mogą liczyć na to, że zawsze im się upiecze. A najważniejsze jest to, że zawsze muszą czuć, że mogą na mnie liczyć w każdej sytuacji. Czy mają rację czy nie. Czy będę się zgadzała z ich zdaniem czy decyzją czy nie. Zawsze je przytulę, zawsze będę wspierała w rozwiązaniu problemu i pomogę na tyle, na ile będę mogła.

Pamiętam jak kiedyś pokłóciłam się z przyjaciółką i wyżaliłam się Grześkowi. Wiedziałam, że czeka mnie z nią rozmowa, do tego przy samym Grześku, który miał być mediatorem. Poprosiłam go więc o to, żeby stanął po mojej stronie. Jego odpowiedź wtedy wbiła mnie w ziemię:

– Stanę w Twojej obronie tylko wtedy jeśli będziesz miała rację. Najpierw wysłucham obu stron.
– Słucham? Przecież jesteś moim mężem! Zawsze powinieneś być po mojej stronie.
– A czy nie uważasz, że niesprawiedliwym werdyktem skrzywdzę drugą stronę? Tak to powinno wyglądać? Chcesz tego? Nawet jeśli się pomylisz, będę przy Tobie, zawsze Ci pomogę. Będę wspierał Cię w rozwiązaniu sytuacji. Ale nie mogę przyznać i racji jeśli jej nie masz.

W tym dniu nauczyłam się bardzo wiele. To, że się z kimś nie zgadzamy, że nie zawsze stoimy po jego stronie nie oznacza, że nie kochamy tej osoby lub jej nie wspieramy. Bo miłość nie powinna być ślepa tylko sprawiedliwa.


 

0 Komentarzy/e

Skomentuj