Dorosłość – zabójca dziecięcych marzeń.

1175 Odczytano 1 Komentarz

Ten wpis powstawał w mojej głowie już od dawna. Słowem szeptanym, tworzył długie ciągi słów. Wracał wspomnienia, mocno przytarte zębem czasu. Pod powiekami wizualizował dziecięce sny.

Dzieci posiadają jedną ważną cechę, której nam – dorosłym brakuje. Mają marzenia a wraz z tymi marzeniami cele. Nie ma dla nich rzeczy niemożliwych a rzeczywistość jest ograniczona jedynie wyobraźnią. My – dorośli, jeśli mamy marzenia, zazwyczaj pozostają one w sferze marzeń. Bo albo boimy się wyjść ze swojej strefy komfortu albo nie wierzymy we własne siły. Bo za drogo, bo za daleko, bo co z dziećmi, bo zbyt ryzykownie, bo to na pewno nie wyjdzie, bo…

Wymówki są najlepszym zabójcą naszych marzeń. Dorosłość jest zabójcą naszych marzeń. I oczywiście, gdyby życie było kolorowe i łatwe, definicja „marzenia” brzmiałaby bardziej realistycznie niż kojarzyła się z pragnieniem.

No dobra, wstęp już mamy. Zanim znudzicie się sentymentalnym pierdololo poczytajcie, jakie były marzenia małej Nati.

1. Konie

Miałam jakieś osiem lat i fazę na konie. W latach 90-tych nie było łatwo o zajęcia pozalekcyjne typu jazda konna, a jeśli już to kosztowały dwie nerki. Z fascynacją patrzyłam na przepiękne zwierzęta i marzyłam tym, że rodzice kiedyś kupią mi czarnego ogiera, chociaż w wersji mini. Mógł mieszkać ze mną w pokoju lub przywiązałabym go pod oknami bloku. Dzisiaj marzenie po części się spełniło. Konie zamieniłam na mechaniczne a czarnego ogiera na ogra 😀

2. Konie – mechaniczne.

Tak, jestem typową blacharą. Jaram się każdą ładną blachą na ulicy. Moim marzeniem zawsze było posiadanie prawa jazdy ale cóż – moich rodziców nie było na to stać, stąd też prawko zrobiłam w wieku 21 lat, za zarobione przeze mnie pieniądze, z małą pomocą mamy. Na szczęście tato wymienił chwilę wcześniej swoje auto i zostawił mi prawie 20-letnią Mazdę 323, w kolorze męskiego turkusu. Kiedy tylko odebrałam kwit, niemalże zamieszkałam w swojej Mazdzie, która była najbardziej wydmuchanym i wychuchanym samochodem na świecie. Później jeździłam autami lepszymi i gorszymi (w jednym nawet kiedyś wypadł silnik w czasie jazdy). Dzisiaj nadal mam kisiel na widok niektórych fur ale mój entuzjazm do jazdy opadł w momencie, gdy w ciągu czterech pierwszych miesięcy posiadania Peugeota, trzy razy rozwaliłam nowe auto a ubezpieczalnia wyliczyła kolejne ubezpieczenie na 17tys. złotych. Do tej pory boję się saren i słupków, które atakują mnie z każdej możliwej strony. A tak naprawdę, jestem całkiem dobrym kierowcą, robiącym rocznie kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Tylko ten Peżocik jakiś pechowy :/

3. Superbohaterka.

Oczywiście przy tym wszystkim chciałam jeździć na koniu. Wyobrażałam sobie, że ratuję osiedlowe dzieci, które nie mogą zejść ze zjeżdżalni, galopując w ich stronę na moim rumaku. Często tworzyłam bazy obserwacyjne na drzewach albo przyprawiałam rodziców o zawał, chodząc po szafach w domu.

Nie pytajcie co ćpałam. Do tej pory nie wiem, co mama dosypywała mi do kakałka.

4. Podróże.

Tu już jako nastolatka, kochałam się we wszystkich programach podróżniczych. Chciałam zostać podróżniczką i pokazywać w telewizji te wszystkie gołe penisy w afrykańskich plemionach. Gdyby nie dwójka dzieci, być może siedziałabym teraz w szałasie na końcu świata. Niestety moje plany zweryfikował fakt, że nie dostałam się na dziennikarstwo i to, że nie potrafiłam opuścić mojej ówczesnej miłości, chociaż miałam możliwość studiowania w Anglii. Jak wiadomo miłość gorsza niż sraczka i w tamtym czasie nie potrafiłam się rozstać z kiblem.

5. Zakonnica.

Możecie wierzyć lub nie ale ja – naczelny antykościołowiec, aczkolwiek wierzący, przez niemalże trzy lata liceum chciałam iść do zakonu. Pomimo, iż miałam wtedy chłopaka, a nawet kilku, trzymałam swój „wianuszek” dla tego jedynego, którym miał być Jezusek. Korbę na zakon złapałam tym bardziej, że kiedyś spotkałam zakonnice ubrane na… różowo. Wyobrażacie sobie mnie jako blogującą zakonnicę? „Niech buk będzie z Wami, k*rwa mać”.

Pomysł na szczęście nie wypalił bo szybko by mnie ekskomunikowali za moją niewyparzoną mordę i twarde poglądy kościołowe.  Do tej pory pamiętam udrękę katechetki, która nie potrafiła mi odpowiedzieć na pytanie, gdzie w Biblii jest o dinozaurach i czy Adam i Ewa byli małpami człekokształtnymi i dlaczego nie wymarli jak dinusie. Na pytanie, czy dinozaury były wersją alfa a Adaś i Ewcia betą naszego świata oraz czy Maria Magdalena była żoną Jezusa też nie potrafiła odpowiedzieć. Pytań było jeszcze wiele i stąd chyba zrodził się pomysł pójścia do zakonu. Po prostu lubię wiedzieć a tam miałam nadzieję poznać odpowiedzi na nurtujące pytania.

6. Łowcy duchów.

Kiedyś już wspominałam, że interesowałam się okultyzmem. Namiętnie próbowałam złapać jakiegoś ducha (chociaż nigdy nie zdecydowałam się na wywołanie) a moim najlepszym wymyślonym przyjacielem był duszek Kacperek. Stąd też któregoś dnia przyodziałam plecak, włożyłam do niego rurę od odkurzacza i łaziłam po domu, szukając form życia z innego świata. Zabawa skończyła się w momencie, kiedy wiatr poruszył firanką. Z szafy wyszłam dopiero po powrocie mamy z pracy.

A Wy o czym marzyliście jako dzieci? Może któreś z tych marzeń się zrealizowały?

1 Komentarzy/e
  • Olga

    Odpowiedz

    Czy wszystkie dziewczyny przechodzą etap „Chcę być zakonnica?” Bo też chciałam 😀 na dzień dzisiejszy mam tylko cywilny, nie chodzimy do kościoła i nie ochrzciłam dzieci…
    Marzyłam że jak dorosnę będę mieszkać w wielkim wieżowcu, chodzić w szpilkach do pracy a mąż będzie w domu z dziećmi… Teraz pisze z ogródka siedząc z dziećmi w domu i nie mogłabym być szczęśliwsza 😉 marzyłam o podróżach i to marzenie spełniamy 😃

Skomentuj