Esej o ćpaniu.

2741 Odczytano 2 komentarze

Pamiętam ten poranek, prawie pięć lat temu, jak gdyby wydarzył się dziś. 10 minut przed budzikiem, zsyłającym mnie co rano do Mordoru, dreptałam po zimnych kafelkach w łazience naszego niewielkiego mieszkanka. W sumie mieszkanka PT bo ja tam byłam od niedawna. Jako lokatorka trochę, nigdy jako współwłaścicielka.

Gniotłam nerwowo te kafelki stopami i wpatrywałam się w kryształową kulę, zakupioną dzień wcześniej w aptece. Już za chwilę miałam się dowiedzieć, że nie napiję się na własnej imprezie urodzinowej za dwa dni ani później na weselu. Weselu, które miało być planowane powoli, z rocznym a nie trzymiesięcznym wyprzedzeniem.

Nie wiem, czego się wtedy spodziewałam. Chociaż w sumie wiem, bo się tego spodziewałam. Wiesz, coś na zasadzie wielkiej czarnej chmury. Wiesz, że zbliża się burza, że zaraz spadnie deszcz. Wiesz też, że chwilę później wyjdzie tęcza. Ja też wiedziałam. Czułam to w powietrzu. Widziałam wielką czarną chmurę, jak wtedy mi się wydawało. Później przyszedł huragan.

Pamiętam też rytm bicia swojego serca. Perkusja w towarzystwie grubych basów rozsadzały mi klatkę piersiową. Smyczki nadawały dramaturgii zupełnie jak w tych filmach, w których wiesz, że zaraz dopadnie Cię przerysowane wyobrażenie amerykańskiego scenarzysty. Nie wiem czy bardziej ze strachu czy z podniecenia. Oddech przyspieszył a ja plułam wszystkimi znanymi mi inwektywami. Bałam się, że moje życie się skończy. Kilka sekund zabrało mi zrozumienie, że ono dopiero się zaczyna.

Uciekałam od tej myśli. Najpierw do sypialni, gdzie rzuciłam w Twojego ojca kreską. I drugą też. Później do łazienki, w której miałam nadzieję, że nikt mnie nie znajdzie. Znalazł on. Z ramionami gotowymi by ochronić przed każdą złą myślą i uśmiechem, który dał poczucie bezpieczeństwa i nadzieję na to, że za chwilę pojawi się wspomniana tęcza. Uśmiechem, jaki chciałaby zobaczyć każda kobieta, przez życie której chwilę wcześniej przeszedł sztorm. Uśmiechem, którego nigdy wcześniej ani długo później u niego nie widziałam. Tak jakby właśnie wygrał wielką kumulację pomimo, że nawet nie puścił losu. W sumie to puścił.

Pamiętam też dzień, w którym znalazłam koniec tęczy. Pamiętasz co się znajduje na jej skraju? Ta maleńka kropka z lekarskiego monitora, druga kreska w szklanej kuli – leżała na mojej piersi. Realna, idealna. Najpiękniejsza. Skarb znaleziony na brzegu siedmiokolorowego bogactwa.

A teraz leżysz obok mnie. Trochę zbuntowana, dzisiaj niegrzeczna. Ćpam zapach Twoich włosów, poczochranych wiatrem i zapachem mojej koszulki, w którą średnio sto razy dziennie się wtulasz. Błądzę palcem po Twoim policzku, usmarowanym pastą do zębów i po nosie, idealnie perkatym. Całuję czoło, ciepłe, lekko spocone. Wplatam palce w Twoje.

I chociaż w biegu dnia codziennego wspomnienia się zacierają, zaciskam powieki i przypominam sobie dni i tygodnie. Czuję się bezpieczna i spokojna. Czuję spełnienie i że właśnie odgrywam najważniejszą rolę w moim życiu. Nie żadną główną czy Oskarową. Jestem raczej statystą, stoję gdzieś z tyłu i robię tło. Tworzę nowego człowieka, nadaję jego życiu sens. Chociaż nie – to zasługuje na Oskara. Będę przechadzała się po czerwonym dywanie, dumna i zwycięska. W sukni utkanej z troski, tęsknoty, kilku łez i uśmiechów. W butach niosących mnie kilka centymetrów nad ziemią, chociaż zdarzały się odciski, chociaż lała się krew. Spojrzę na dzieło mojego życia i znowu plunę inwektywą. Tylko tym razem dodam: „Udało mi się”.

Tak bardzo udało Haniu.

 

2 Komentarzy/e
  • Evelina

    Odpowiedz

    Już kilka razy wzruszyły mnie Twoje posty …. Ten również…. Pięknie to wyraziłaś. Dziękuje za tę poezję <3

  • Monika

    Odpowiedz

    Coś pięknego…

Skomentuj