Filar.

1231 Odczytano 0 Komentarzy

Nigdy nie zastanawiałam się, czym jest moje macierzyństwo. Sprawa była dla mnie tak oczywista, że nie potrzebowała żadnych definicji, „widełek” ani tym bardziej norm. Moje macierzyństwo nie jest wyczytane z podręczników, nie jest zaciągnięte od rodzicielskiego guru. Jest składową uczuć, intuicji, wychowania i błędów, które gdzieś tam ktoś po drodze popełnił, budując mnie taką osobą, jaką teraz macie przed sobą.

Nie uważam siebie ani za złego ani za dobrego człowieka. Wiszę moją moralnością i zdolnościami samozachowawczymi gdzieś po środku, starając się nie kusić MOPS-u i dążąc do tego, żeby w przyszłości usłyszeć przypadkiem pod trzepakiem „A moja stara jest spoko”. Chcę być spoko starą, chcę żeby moje dzieci za dwadzieścia lat chciały do mnie wracać bez pistoletu przystawionego do skroni. Chcę żeby nie bały się powiedzieć mi wszystkiego a kiedy już nastąpi moment, w którym serce stanie mi w gardle bo któraś zechce zmienić płeć a druga postanowi podróżować stopem po dalekiej Azji, chcę płakać w poduszkę tylko przez chwilę. I tylko dlatego, że bardzo przywiązałam się do swoich nerek a wątroba może nie mieć żadnej wartości na czarnym rynku, jeśli chodzi o finansowanie ich marzeń.

Dzisiaj zaczęłam się zastanawiać, czym jest dla mnie macierzyństwo. Postanowiłam sobie ułożyć formułkę, wrzucić w pigułkę wszystkie swoje myśli i uczucia. W razie gdyby kiedyś ktoś zapytał mnie z zaskoczenia i w odpowiedzi nie uzyskał: „Yyyyy…”, świadczącego o niezwykłym ilorazie inteligencji autora słów.

Macierzyństwo ma dla mnie trzy filary. Takie moje podpory, na których chcę zbudować kręgosłup moich dzieci a na szczycie tego kręgosłupa przymocować dwie małe główki z wgranym systemem operacyjnym, którego nikt nie będzie w stanie zresetować.

Poczucie własnej wartości.

Nie wiem czy najważniejszy ale pierwsza z belek, wkopanych głęboko i zabetonowanych tak, żeby nikt nigdy nie mógł ich przesunąć. Chcę aby moje dzieci wychodząc z domu, bez względu na to czy wyjdą jako dwu i pięciolatka, czy wyjdą jako dwudziestoparolatki, wiedziały ile znaczą. Żeby byle leszcz i byle zakompleksiona jednostka nie wykopała plastikową łyżeczką ich wartości i nie wtarły w podeszwę buta bo „tak chcą”. Dziewczynki muszą być pewne siebie, znać swoją wartość i czuć, że są ponad słabościami innych ludzi, którzy pewnie niejednokrotnie zechcą je zniszczyć.

To nie znaczy, że mają być zadufane czy bezczelne. Powinny odróżniać ludzi, którzy krytykują od tych, którzy zazdroszczą czy hejtują. Nikt nie może podciąć ich skrzydeł, które my budujemy im przez całe życie.

Z mojego dzieciństwa wynika wiele problemów z samoakceptacją i kompleksów. Chciałabym, żeby moje dzieci wiedziały, że nawet jeśli nie są idealne to posiadają zalety, które są ważniejsze i o wiele bardziej wartościowe niż wady i braki. A te wady i niedoskonałości nie definiują ich jako ludzi i nie przeszkadzają w żadnym stopniu w tym, by być szczęśliwymi.

To oczywiste, że nie zawsze będą wszystkim się podobały i nie wszyscy będą je lubili. Najważniejsze jest wyciągać z ludzi to co najlepsze i otaczać się ludźmi, którzy będą trzymać ich za rękę pomimo wszystko.

Szacunek.

Wzajemny szacunek. Od kogo dzieci mają nauczyć się szacunku jeśli nie od nas. To my powinniśmy przede wszystkim okazywać szacunek dla ich uczuć, autonomiczności, odrębności, dla osobnego charakteru. Dzieci nie są naszymi mniejszymi kopiami, nie powinniśmy oczekiwać od nich czegoś tylko dlatego, że jest to oczywiste dla nas. Dlaczego dzieci mają nas szanować, jeśli my nie szanujemy ich? Bo są mniejsze? Słabsze?

Jeśli dziecko czuje się kochane, wspierane i szanowane w tym kim jest, odwdzięczy się nam tym samym. Zrozumie, że ma prawo do swoich uczuć, zdania i przekonań. Nie powinno być karane tylko dlatego, że czuje inaczej czy że myśli inaczej niż my. To nie jest szacunek. Szacunek opiera się na zrozumieniu.

Wolność.

I chociaż bardzo cenię sobie swoją wolność i przestrzeń osobistą, nie o niej będzie tutaj mowa. Mowa będzie o wolności w sensie wsparcia. Pomimo, że ten filar łączy się z dwoma poprzednimi to zasługuje na osobny komentarz. Dziecko nie rodzi się po to, żeby spełniać ambicje rodziców. Nie rodzi się po to, by być naszym „podległym”. Jest osobną jednostką i za taką powinno być traktowane. Naszym zadaniem jest wspierać je w rozwoju i w drodze, którą zechce obrać. Akceptowaniu decyzji, które podejmuje, chociaż nie zawsze nam się one muszą podobać. I nie mówię tutaj o sytuacji, w której pięciolatka ma kierować swoim życiem.

Kiedyś na jakiejś grupie rzuciło mi się w oczy pytanie o zajęcia pozalekcyjne dla dziecka. Bo mama chciałaby żeby dziecko chodziło na jedne zajęcia, ojciec chciałby żeby chodziło na inne zajęcia a dziecko chciało uczęszczać na jeszcze inne. Przecież to rodzice wiedzą co najlepsze jest dla dziecka.

Oczywiście, może nam się wydawać, że jesteśmy mądrzejsi doświadczeniem niż nasze dzieci. Możemy próbować z nimi rozmawiać, przedstawiać argumenty. Z jednej strony nie powinno się to odbywać na zasadzie samowolki a z drugiej, nie możemy spełniać swoich ambicji kosztem dziecka. Zawsze da się wypracować jakiś kompromis czy alternatywę. A z doświadczenia wiem, że często zapał u dzieci jest słomiany, a co za tym idzie, dzieci zmieniają swoje upodobania i zainteresowania.

Hanka bardzo chciała chodzić na balet, który odbywa się dwa razy w tygodniu. Obstawiałam, że znudzi jej się po dwóch miesiącach, jak połowie baletowej grupy. Teraz rozpoczęła drugi rok nauki i chociaż cholernie nie chce mi się siedzieć z nudzącą się Nadią pod salą, wiem ile ten balet dla niej znaczy, a największą karą jest moment, kiedy nie może uczestniczyć w zajęciach. Taka jest moja rola. Wspierać. Pozwalać dzieciom podążać drogą jaką same dla siebie wybiorą. Być każdym z trzech filarów.

A to wszystko sprowadza się do poczucia bezpieczeństwa.

Jaki jest Wasz filar rodzicielstwa? Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

0 Komentarzy/e

Skomentuj