Im dalej w macierzyństwo, tym jestem bardziej nieidealna.

2871 Odczytano 8 komentarzy

Czasami z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy nie było dzieci. Wracałam z pracy i… Nie robiłam zupełnie nic. Pamiętacie to? Wracasz, jesz obiad i… Kładziesz się na kanapę. Albo odpalasz film. Albo odpalasz kufel w najbliższym barze i totalnie nie myślisz o konsekwencjach następnego poranka.

Sprzątanie ograniczało się do jednej generalki w ciągu tygodnia, pranie raz na kilka dni. Nikt nie ściągał z komody świeczek, na telewizorze było widać coś więcej niż odciski dziecięcych dłoni. Po obiedzie stos naczyń oznaczał dwa talerze i garnek po klopsach ze słoika. Zmywarka, rocznik 78′ ogarniała mycie w dziesięć minut, a pobór mocy ograniczał się do otwarcia puszki z piwem. Do tego miała całkiem fajny tyłek i ładnie pachniała. Pralkę mieliśmy z okresu „po Frani” i zmieniliśmy ją dopiero w momencie gdy odłączyła prąd na połowie osiedla, łącznie z obwodnicą miasta. Piękne to były czasy, kiedy ciuchy prasowało się żelazkiem za dwie dychy, w towarzystwie argentyńskich kochanków, mówiących językiem miłości z ekranu telewizora. Fajnie było się ponudzić. Było.

Przygoda z macierzyństwem zrodziła poczucie obowiązkowości. W towarzystwie istoty, której życie zależało w stu procentach od mojego instynktu przetrwania każdego dnia, uczyłam się bycia nie tyle mamą, co dorosłą.

Częstotliwość obowiązków domowych zwiększyła się wprost proporcjonalnie do ilości wylizanych podeszew, obrzyganych bluzek i zasikanych spodenek, rozmiar 86. Na początku moja energia równała się entuzjazmowi i uczuciu wyższości nad Natalią rok wcześniej. Tej, której głównym celem było przeżycie do fajrantu i galop do lodówki w osiedlowej Żabce. Czułam się lepsza, natchniona i napełniona dojrzałością po czubek mojego ego.

Sprzątałam, prałam, myłam, odkurzałam, prasowałam. Zakumplowałam się z Małgosią Rozenek a dorosłość równała się dla mnie czysta chata, dwudaniowy obiad i wymęczone aktywnościami, szczęśliwe dziecko. A potem coś się zepsuło. Do teamu Nieidealnych doszła jedna, notorycznie zasmarkana dziewczynka, absorbująca całe matczyne moce przerobowe. Trochę nie byłam na to przygotowana, bo bezproblemowa Hanka nauczyła mnie, że dziecko przesypia całe noce, samo zajmuje się sobą i płacze jedynie wtedy, gdy leje się krew. Nadia odstawała od mojego kanonu rodzicielstwa, żywiąc się energią matczynego łona.

Przy tym wszystkim nauczyła mnie jednego: macierzyństwo to nie czysta podłoga, eko obiad i trzygodzinny spacer każdego dnia. Przewartościowała moje życie, podobnie jak zrobiła to wcześniej Hanka. Hania nauczyła mnie odpowiedzialności. Nadka tego, że są rzeczy ważniejsze niż równo ułożone szklanki, czyste okna i rzędy wyprasowanych ubrań.

Może nie tyle szkoda mi czasu (chociaż to też) przy tych dwóch pochłaniaczach, a zwyczajnie go nie mam. Z częstotliwością chorób #2, która będąc w domu burzy ład i porządek w tempie Huseina Bolta kłusującego do mety i Hanką, spędzającą część dnia w przedszkolu, rozluźniłam odpowiednie części ciała i przestałam brać udział w wyścigu na bycie idealną. Primo – przy dwójce dzieci, dwóch kotach, psie i mężu to nie ma sensu. Secundo, szkoda mi czasu, który wolę przeznaczyć na bycie z rodziną.

Od zawsze szczerze nienawidziłam kilku domowych czynności, do których nie zaciągniecie mnie wołami. Na szczęście jeśli chodzi o obowiązki, jesteśmy z PT podzieleni po równo. Nigdy nie musiałam prosić go o sprzątanie. Niestety, to samo tyczy się robieniu bałaganu 😉

1. Wyrzucanie śmieci.

Kiedy mam wyjąć z kosza worek – jestem chora. Jestem śmietnikowym mistrzem tetrisa. Wciskam wszystko tak intensywnie, aż w koszu powstaje nowa forma życia. Jeśli nie ma miejsca w wiadrze, układam obok. A później dostaję ochrzan od PT, który musi zbierać plony mojej koszowej organizacji. Chłopaczyna już dawno się poddał w walce. Wie, że nigdy nie nauczę się wyrzucać odpadów. Walka jest w tym przypadku równa: deska klozetowa za kubeł na śmieci.

2. Mycie naczyń.

Chwała Bogu za zmywarki. Wspomniany wcześniej Grześ, rocznik ’78 przeszedł na zmywarkową emeryturę i tylko od czasu do czasu w ramach rozrywki, daje zmywarce dzień wolny. Zupełnie go nie rozumiem. Mogę myć kibelki, jeździć na mopie ale jeśli chodzi o naczynia, wolę jeść na jednorazówkach

3. Parowanie świeżo wypranych skarpetek.

Każdy ma w domu takie krzesło, na którym tygodniami piętrzą się świeżo wyprane ubrania. Do momentu aż Hanka zajęła gościnną sypialnię, to ona pełniła u nas funkcję suszarni i składu odzieżowego. Jeśli szukało się jakiejś szmatki, zamiast do szafy, wędrowało się do pokoju „pralniczego”. Jeśli chodzi natomiast o skarpetki… Do tej pory mam jakieś sto trzydzieści pojedynczych skarpetek, które zapewne nigdy nie znajdą swojej drugiej połowy…

4. Odkurzanie.

Tutaj na szczęście mam do tego technologię. Robocik pięknie wsiorbuje cały kurz, piasek i sierść domowego zwierzyńca.

5. Prasowanie.

Jaaa pierdziu. Ostatni raz stałam nad deską do prasowania, kiedy szykowałam wyprawkę dla Nadii. Czyli przeszło półtora roku temu. Brzmi strasznie. Dziecięcych ubrań nie prasuję w ogóle… Swoje wrzucam na prasowacza parowego jedynie wtedy, gdy wychodzę z domu i naprawdę nie mam już co na siebie włożyć, bo na przykład Grzesiek mi tego nie wyprasował. Funkcję żelazka u nas w domu pełni PT. To on ogarnia te sterty ciuchów z całego tygodnia. Potrafi wstać o szóstej (!) rano, stanąć przy desce i „relaksować się” godzinami. Zakładając ilość prania i fakt, że robię je niemalże codziennie, poświęcając każdego dnia na wyprasowanie wszystkiego około piętnastu minut… W skali tygodnia to już dwie godziny. Przez ten czas wolę poczytać Hance bajkę. Albo ogarnąć Fejsbuka. Albo pójść na spacer z psem. COKOLWIEK zamiast prasowania.

I tutaj pojawia się kolejna alternatywa, która w zasadzie bardziej ułatwia życie PT niż moje, skreślając z jego listy obowiązków domowych kolejne pozycje.

Jakiś czas temu firma Amica zaproponowała nam udział w testowaniu nowej pralki z innowacyjnej serii DreamWash, z funkcją prania parowego Stream Touch. Testujemy intensywnie od kilku dni. Od kilku dni też Grzesiek chodzi z nosem na kwintę bo nie ma co zrobić z rękami. To znaczy – z rękami zawsze jest co robić ale on ewidentnie tęskni za żelazkiem.

I takim sposobem piorę, wieszam, paruję skarpetki, znowu piorę, znowu on nie prasuje, ja nie dodaję środków piorących bo na dzień dobry wrąbałam do pralki połowę płynu do prania (dzięki funkcji Opti Dose, która sama dozuje środki piorące), latam po domu i zbieram bezpańskie skarpety, bodziaki i koszulki, dorzucam do prania… Boże jak mi brakowało tej funkcji w poprzedniej pralce. Znacie ten smuteczek? Włączasz pranie, odwracasz się i Twój wzrok ląduje na brudnym t-shircie. Zawsze!

Brakuje mi tylko funkcji rozwieszania ubrań i późniejszego rozkładania go do szafy…

 

 

8 Komentarzy/e
  • Maryś

    Odpowiedz

    Czegoś takiego szukam. Podaj proszę jakiś namiar na model bo chętnie doczytam o możliwościach tego cuda 🙂
    Szkoda, że nie testujesz żadnej suszarki bo też szukam 🙂

  • magda

    Odpowiedz

    W sprawie suszarki:) od roku korzystam z suszarki do ubrań beko i jestem jak dotychczas zachwycona! Przy dwóch chłopakach i dwójce dorosłych sprawdza się doskonale. Poza szybko suchym praniem oszczędzam czas prasowania o ile wyciągam ubrania zaraz po zakończeniu programu suszenia i wystarczy złożyć i odłożyć na półkę. A ponadto nareszcie nie mam na podłodze tzw. kotów. Wszystko zjada suszarka:)

    • Maryś

      Znalazłam suszarkę! Czekam na dostawę! Już się doczekać nie mogę jak wyjmę „wyprasowane” pranie i włożę do szafy 😉

  • Ecobobo.com

    Odpowiedz

    Przyznam szczerze, że nie słyszałam jeszcze o takim cudeńku, a sama chętnie odciążyłabym się od sterty rosnącego prania do prasowania 😉

    Pozdrawiam!

  • dziadek z

    Odpowiedz

    piesa tyż wyprałaś???? ajajaj

  • Magdalena

    Odpowiedz

    O tak, parowanie skarpetek i prasowanie to dramat! Też jestem tą złą matką, która nie prasuje dziecku ubranek, a dziecko zdrowe i ma się dobrze 🙂 Z jednym się tylko nie zgodzę, przed urodzeniem nie miałam dużo mniej roboty, mąż wystarcza za trójkę dzieci 😉

  • ElżuniaEda

    Odpowiedz

    Nienawidzę prasować. Jeśli w końcu nadchodzi ten sądny dzień, to robię wszystko, naprawdę wszystko – byle nie prasować. Czyszczę nawet srebra, byle nie podejść do deski do prasowania. Poważnie! 😉

  • Karolina Czapiewska

    Odpowiedz

    świetny sprzęt ale z Amicą nie mam zbyt dobrych doświadczeń, mieliśmy pralkę za 4000 zł i co dwa miesiące serwisant przyjeżdzał

Skomentuj