Kochanie, ja rodzę !

7944 Odczytano 14 komentarzy

Dzień dobry, ja dzisiaj z tematem okołoporodowym.

Kiedy byłam w zupełnie pierwszej ciąży z zupełnie pierwszym dzieckiem, rysowałam w głowie obraz zupełnie idealnego macierzyństwa, które miało rozpocząć się idealnym porodem. Byłam najmądrzejsza, najbardziej oczytana i najbardziej osłuchana. Nie miałam dziecka.

Nie wiedziałam natomiast, czego mam spodziewać się po PT. Owszem, gościu ma rewelacyjne podejście do dzieci ale… jest facetem. Jeszcze przed chwilą kawalerem, z kawałkiem życiowego doświadczenia na karku. Za chwilę ojcem. Wiedziałam, że potrafi w pranie i mycie garów, że potrafi w biznesy. Nie wiedziałam czy potrafi w dzieci. Bałam się gdzieś tam podświadomie, że mnie zostawi samą z całym macierzyńskim bajzlem, sflaczałymi cyckami i odrostem nazwanym nowocześnie „ombre” a sam pójdzie robić pieniądze i inne męskie rzeczy. Dziś wiem, że moje obawy były bezpodstawne. PT jest najlepszym ojcem, jakiego mogę dzieci mogą mieć.

Do samego dnia porodu nie wiedziałam, czy chcę żeby był przy mnie w momencie, kiedy Hanka przyjdzie na świat. Z jednej strony uważałam, że skoro to jego robota, powinien ze mną być i podkładać ramię pod moje pazury. Z drugiej strony, bałam się, że fiknie na posadzkę koziołka i narobi wstydu. Z resztą, oglądając niedawno gdzieś w necie filmik z jakiegoś porodu, nie dotrwałam do końca. Mdleję na widok krwi, flaków i ran.

I jeszcze najważniejsze- cholernie bałam się urazu, który zostanie w nim być może na zawsze. Urazu, który sprawi, że przestanie mnie postrzegać jako kobietę a zostanę maszynką porodową, w jego oczach z mięsem poniżej pasa. I że już nigdy, przenigdy nie będzie chciał się do mnie zbliżyć. Młoda żona, młody mąż, młodzi rodzice. I masa wątpliwości.

PT przy porodzie. zarówno pierwszym jak i drugim był obecny. Wkurzał mnie co prawda, bo podczas skurczów, kiedy miałam ochotę roztrzaskać wszystkich wokoło o nogi fotela ginekologicznego, on mi relacjonował kolor płytek na ścianach i sypał żarcikami. Ostrzegłam go kulturalnie, że ostry dyżur jest blisko i zapytałam, czy chce go zwiedzić.

Przy pierwszym porodzie, kiedy trafiłam na położną jędzę, która deptała moje poczucie własnej wartości jako przyszłej matki i pilnie pracowała na miano suki roku, jego pomoc była naprawdę nieoceniona. W pewnym momencie zdołowana przestałam słuchać „specjalistki”. Wtedy do akcji wkroczył PT. Robił wszystko to, co przećwiczyliśmy na szkole rodzenia i powtarzał polecenia położnej. Tylko dzięki niemu dałam radę to przejść.

Przed narodzinami Hanki mieliśmy umowę, że stoi obok mnie i nie zagląda tam, gdzie nie powinien. (Nie)stety, położna zapytała go, czy chce zobaczyć główkę. Chciał. Po wszystkim powiedział mi, że dzięki temu, iż mógł uczestniczyć w porodzie, nabrał do mnie ogromnego szacunku. Do mnie i do wszystkich matek. Stwierdził, że każdy mężczyzna powinien być przy porodzie swoich dzieci chociażby właśnie po to, by zobaczyć ile to wymaga wysiłku i cierpienia.

Przy drugim porodzie jego obecność była jedynie kwestią tego, czy zdąży do szpitala. Zdążył, był. Nie żałuję ani ja ani on.

Kwestia obecności partnera przy porodzie jest naprawdę indywidualną sprawą i powinna być w pełni przedyskutowana między przyszłymi rodzicami. Żadne z rodziców nie powinno być zmuszane i siłą przekonywane do decyzji drugiej osoby. Jeśli mężczyzna nie czuje się na siłach, uszanujmy to i nie stawiajmy mu warunków, nie rzucajmy fochów. Być może kobieta sama nie chce, żeby partner był obecny przy porodzie i to też jest w pełni zrozumiałe.

A jak było u Was? Czy Wasi mężowie brali udział w porodzie? Jeśli nie to dlaczego?

 

14 Komentarzy/e
  • A.xyz

    Odpowiedz

    Był – wyproszono go dopiero, kiedy okazało się, że skończy się nagłym cięciem cesarskim. I mówcie, co chcecie – bez niego nie przetrwałabym tych prawie 15 godzin wywoływanego porodu, w tym 12 h bólów krzyżowych. To on prosił o pomoc położne, z którymi ja nie miałam siły walczyć o to, by pozwoliły mi wstać z łóżka czy odpięły na chwilę ktg żebym mogła pójść do toaety. Bez niego nie dałabym rady.

  • Anne

    Odpowiedz

    Mój Małżonek był przy porodzie, ale stał grzecznie cały czas z boczku lub przy mojej głowie – nie odważył się, ale też i nikt Mu nie proponował zaglądać tam, gdzie dzieje się rzeź 😉 Tylko już po wszystkim, kiedy urodziłam łożysko wyraźnie zbladł i wyszeptał: „Kochanie, chyba wypadła Ci wątroba…” 😀

  • Kasia

    Odpowiedz

    Na poczatku powiem ze tez rodzilam w Lubinie. 🙂 polozna przy 1 porodzie ok a przy 2 rewelacyjna tylko ze przy 2 to ja juz wiedzialam. co z czym i dlaczego 🙂 maz nie byl obecny przy porodzie….po prostu nie chcial a ja go nie zmuszalam.wiem tez ze na widok krwi mu slabo wiec moglby fiknac hehe ale byl obecny juz w no 10 sekundzie zycia naszych synow bo dzielnie czekal na korytarzu 🙂

  • Edyta

    Odpowiedz

    Nie bylo potrzeby. Cała akcja była ekspresowa, a on akurat wrócił z nocnej zmiany w pracy. Byl do pewnego momentu, aż lekarz zdecydował, ze jedziemy na sale tortur. Powiedziałam, żeby poczekał. Jak usłyszał mój krzyk chciał przybiec, ale na szczescie trafił na po wszystkim. Sieczkę krwista poporodowajednak zobaczył, ale beze mnie. od odejścia wód do dziecka na świecie w 3,5 h 🙂

  • Iza

    Odpowiedz

    Mój mąż był, on chciał i ja chciałam. Miałam poród wywoływany. Przyznam, że nigdy w życiu nie widziałam go tak przerażonego i bezradnego kiedy miałam bardzo silne bóle i skurcze co minutę, a on nie umiał pomóc. Niestety nasz wspólny poród nie doszedł do skutku, ponieważ skończył się nagłym cc. Ale czekał na naszą córkę przed salą operacyjną i trzymał ją w rękach jako pierwszy 🙂

  • Marta

    Odpowiedz

    Moj maz od poczatku mial watpliwosci – ja nie zmuszalam, choc byl dla mnie jedyna osoba, ktora moglaby ze mna byc. Wiec byl, wspieral, trzymal za reke (noge:-) ), porod ekspres (2h), ale pod koniec musieli go wyprisic. Nagle komplikacje, ratowanie malej i mnie.. Jestem z nuego dumna, dal rade prawie do konca!

  • Ilona

    Odpowiedz

    Był 🙂 choć z przerwą godzinna na wyrwanie 8-emki u dentysty wrócił na styk 🙂 pomagał i po długim czasie dopiero przyznał mi się ze wszystko widział i masakra jak my to robimy a dzieci to jednak mają te głowy za duże hihi ale przynajmniej poopowiadal mi jak było i co się działo 🙂 mówi, że nie żałuje i drugi raz tez by był aja się czułam lepiej w jego towarzystwie jakoś bezpieczniej 🙂

  • Patrycja

    Odpowiedz

    Był. Od początku powiedział że chce być i będzie. I gdyby nie był, to chyba bym tam oszalała. 4h dzielnie trzymał mnie za rękę pomimo że miałam dość długie paznokcie wbite w jego dłonie, nie narzekał. Podawał picie, pilnował co bym się w wannie nie utopiła jak siedziałam w wodzie myśląc że to coś pomoże (gówno to dało), chodził ze mną do wc żebym z kibla nie spadła, przecinał pępowinę 😊

  • Kaśka

    Odpowiedz

    Był. Gdyby udało mi się urodzić naturalnie byłby do końca, a tak został ze mną do momentu zabrania mnie na salę operacyjną. Gdyby nie on nie wiem jakbym to przetrwała. Kiedy ja wyłam, że nie dam już rady on mnie podtrzymywał na duchu. Kocham go jeszcze bardziej od czasu porodu właśnie.

  • Monika

    Odpowiedz

    Mój nie mąż nie miał wyjścia. Musiał odebrać poród bo nie zdążyliśmy do szpitala. Urodziłam w samochodzie. Dzielny był. 😉

    • natalia

      Naprawde ?! Historia jak z filmu. 😃

  • Aleksandra

    Odpowiedz

    U nas mąż na finał miał opuścić salę porodową. Jak zaczęły się parte, pytam chcesz wyjść? A on zaszył się w jakimś rogu pod oknem i powiedział nie. Potem twierdził, że lekarze mu zatarasowali wyjście, faktycznie stali koło dzrwi (chciano mnie ciąć). I choć byłam przeciwniczką obecnośći męża przy finale, to jeśli będę rodzić następnym razem, chcę aby był ze mną do końca.

  • Kryśka

    Odpowiedz

    Był, trzymał za rękę , sypał żartami na rozluźnienie, masował , podawał picie, oddychał , wspierał , widział wszystko , przecinał pępowinę , na finale uronił kilka łez. Dzięki niemu ( chociaż cholernie bolało ) poród wspominam jako piękną chwile w moim życiu .

  • Justyna Pióro

    Odpowiedz

    Mój mąż był ze mną, ale mieliśmy taką umowę, że jeżeli w ostatniej fazie będzie chciał wyjść, to może to zrobić. Ważny w tym wszystkim był jednak fakt, że rodziłam z położną, którą znałam od urodzenia, ufałam jej i byłam spokojna. Mąż w rezultacie został do końca (mówił, że od momentu, kiedy dostałam znieczulenie, to już był lajcik 😉 ). A kiedy urodził się Olek, nie mógł powstrzymać łez 🙂

Skomentuj