Ludzie.

1603 Odczytano 3 komentarze

Czasami, kiedy nie mogę zasnąć w nocy, wpada mi do głowy myśl nieproszona, która panoszy się trochę zbyt długo i wybija z sennego rytmu przez wiele minut.

Bywa na przykład, o drugiej w nocy, że przypomnę sobie nazwisko, które kiedyś znaczyło dla mnie o wiele więcej niż dzisiaj. I ja zamiast spać, krążę sępim lotem wokół przypomnianej postaci po to, by w rezultacie żałować rano, że fejsbuk zabrał mi czas na sen. I wtedy okazuje się, że on jest już żonaty i ona ma inne nazwisko. Że on podróżował po Portugalii przez całe lato a ona jeździ starym Volkswagenem. On mi kiedyś ściągał gumki w włosów a dzisiaj je zakłada na dwie dziewczęce głowinki. Ona natomiast była najpiękniejsza w całej szkole a dziś trochę poszarzała na fotografiach. On miał metr pięćdziesiąt i chuderlawe rączki a dziś zmiótłby mnie bicepsem z powierzchni ziemi. Albo wyglądem. To drugie zdecydowanie. I trochę głupio byłoby spotkać się przypadkiem na ulicy, kiedy dwadzieścia lat temu poproszona o chodzenie przewróciłam oczami a dziś przewróciłabym się z wrażenia lub bezdechu.

Albo o! Spotykam kogoś na ulicy i nagle się okazuje, że postać z pozoru nieznajoma, była mi bliska te piętnaście lat temu. Tylko życie ją trochę przeczołgało. Z resztą większość mojego gimnazjum życie zaorało trochę za bardzo i niewiele osób wyszło z tego życia bez szwanku.

I ja siedzę nad tymi zdjęciami, oglądam i analizuję. Wracam do wspomnień o lecie na osiedlu, pierwszym piwie z kim i gdzie, papierosie, który gryzł w gardło ale nie wypadało go gasić podeszwą przy kumplach. O pierwszej miłości myślę i że zostawiłam ją dla tej drugiej a później dla kolejnej. O tej niespełnionej, innej platonicznej i o złamanym sercu, z którym miałam wrażenie, że wtedy sobie nie poradzę a dzisiaj ma się całkiem dobrze. I później uśmiecham się na myśl, że kiedyś nas coś łączyło, jakieś elementy układanki do siebie pasowały. Wtedy prawdopodobnie to było „na całe życie”. Dzisiaj cieszę się, że mogłam być przystankiem w czyimś istnieniu i ktoś mógł być doświadczeniem na drodze do tego, co dziś wydaje mi się być całkiem rozsądne.

I tak dzisiaj na przykład, przyszła mi na myśl postać w moim życiu wyjątkowa, nawet jedna z bardziej wyjątkowych.

Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech i niemalże poczułam ciężki zapach Pani Walewskiej na swojej skórze. Albo perfum z kioskowej witryny – „A może Londyn?”, „A może Paryż?” – w małych flakonikach. Już nie pamiętam, bo to dawno było, dwadzieścia lat temu. Być może to moja wyobraźnia a nie rzeczywistość kreuje nowe obrazki?

Kiedy zapach perfum się ulatnia, zauważam kasztanowe włosy, dawno nie widzące fryzjera. Dalej obraz trochę się zamazuje ale wiem, że Hania uśmiecha się tak jak Ona. Przy każdym uśmiechu oczy się zwężają i zapalają wesołym błyskiem. A uśmiech najszczerszy i najszerszy. Tak było.

Przynosiła mi w dłoni kilka paluszków bo pensja szkolnej kucharki szarpała po kieszeni i nie pozwalała na więcej w tamtych latach. A kiedy był lepszy dzień, kilka cukierków „jeżyków”. Do tej pory pamiętam ich smak. A z tymi paluszkami i jeżykami w dłoni, przynosiła serce. Trochę skopane życiem, nie zawsze czyste i szczere. Ale kochające mnie niemalże tak samo jak ja ją. Tylko, że ja to zrozumiem dopiero kilka lat po jej śmierci. Już jej tego nie powiem. Nie zdążę wspomnieć, że zagrała jedną z pierwszoplanowych ról w moim życiu i odgrywa ją nadal, z intensywnością, której niekoniecznie sobie dziś życzę.

Albo Hania taka, wróćmy do współczesności, przyszła nieproszona i zrewolucjonizowała dwa niewiele znaczące życia. Tchnęła we mnie pasję, nie tylko w macierzyństwo. Stanęła na mojej drodze i powiedziała: „Pokaż mi, na czym polega życie mamo”.

No więc ja zaczęłam się zastanawiać, na czym to życie polega. Czy na miłości? Na pasji? Na celach? Na pracy? Na marzeniach? I dlaczego na tym wszystkim?

Pomyślałam, że co z tego, że będę jej mówiła puste frazesy, skoro powinnam pokazać, że da się i że można? Od pięciu lat, dzień w dzień pokazuję dwóm małym istotom, że da się i że można. Że się powinno, nie powinno i że trzeba. Da się zrobić, można osiągnąć wszystko co tkwiło do tej pory w naszej wyobraźni. Że powinno się dążyć do celu, nie powinniśmy się poddawać i trzeba zapierdalać. Innym słowem tego nie ujmę, znaczenia „zapierdalać” nic nie odda w takim samym stopniu.

I ta Hania, nieświadoma swojej mocy sprawia, że to ja od niej chcę czerpać naukę. Łączy mnie z nią niesamowita relacja. To nie jest relacja uczeń – mistrz. Ta relacja polega na wspólnym inspirowaniu. Bo skoro od tylu lat ona inspiruje mnie do tworzenia czegoś pięknego, do kreowania pięknych słów, dlaczego w drugą stronę miałoby być inaczej? Tak więc kiedy mówi, że nie da rady, ja mówię: „Najpierw spróbuj”. Kiedy mówi, żebym podała jej rękę bo nie chce upaść, ja mówię że kiedy będzie leciała to ją złapię. Kiedy zepsuje jej się zabawka, wyciągamy śrubokręt i klej, nie kupujemy nowej. Nie uczę jej, które zachowania są właściwe a które nie, bo to zależy tylko i wyłącznie od naszej subiektywnej oceny. Pokazuję jej dobro i zło, staram się żeby sama oceniła i zrozumiała. Pokazuję możliwości, nie gotowe rozwiązania. Nie nagradzam i nie daję kar. Tłumaczę następstwa i konsekwencje pewnych zachowań i zawsze daję możliwość wyboru. I dmucham w jej żagle każdego dnia, tak jak ona dmucha w moje. To ja w tej relacji uczę się od niej. Tego jak zauważać coś więcej niż powierzchowność. Jak zatrzymać się na chwilę, jak cieszyć z drobnych rzeczy. Bo kiedy mogła sobie wybrać jakąkolwiek zabawkę za to, że po złamaniu ręki była taka dzielna, ona wybrała Kinder Jajko. Bo jak sama stwierdziła, cieszy się, że będzie mogła posiedzieć ze mną w domu. I nic więcej jej nie trzeba.
Coś mi się w życiu udało. I w sumie to nie wiem czym sobie na nią zasłużyłam. Ale jeśli to spieprzę to będzie to moja życiowa porażka. To moja najważniejsza inwestycja w przyszłość tego świata. Bo chyba tylko już w naszych dzieciach została nadzieja.

Nie wiem czym sobie zasłużyłam na ludzi w moim życiu. Zawsze powtarzam, że jedni stali u Bozi w kolejce po cycki, ja stałam w tej po ludzi.

I wiem, że z tej garstki, która dzisiaj jest „na zawsze”, wielu lub zbyt wielu się wykruszy. Zostaną tylko wspomnienia, trochę żalu i mnóstwo uśmiechu.

I ja tym wspomnieniem, za dwadzieścia lat odkopanym przypadkiem na Fejsbuku zostanę.

3 Komentarzy/e
  • Marta

    Odpowiedz

    Odnoszę wrażenie że strasznie faworyzujesz Hanke, i na insta i na blogu, zdjęć więcej Hanki, Hania to, Hania tamto itd itp

    • matka-nie-idealna

      Hania najzwyczajniej w świecie lubi zdjęcia a Nadia nie 🙂 Ciężko ganiać za nią z aparatem, a kiedy już ją dorwę, robi głupie miny 😉

  • półki do łazienki

    Odpowiedz

    świetny tekst. ja też czasem mam, że wpadnie mi jakaś osoba, której nie widziałam 10 lat i przeglądam co u niej słychać..

Skomentuj