Macierzyńska jazda bez trzymanki, czyli dwa różne charaktery pod jednym dachem.

1751 Odczytano 5 komentarzy

Na drugie dziecko zdecydowaliśmy się całkiem świadomie i całkiem na trzeźwo. Chociaż za to drugie nie dam sobie uciąć ręki bo byłam na miłosnym haju, ćpałam macierzyństwo niczym kabanosy na domówce u znajomych. 

Nie dasz rady.

Wiele osób mówiło, że dwójka dzieci to jazda bez trzymanki no ale jak to… Ja nie dam rady? Nieidealna – torpeda, która rozsadza mnóstwo ludzkich serc, wnika w matczyne umysły i pisze to, co ludzie czują ale boją się o tym mówić, chociaż chcieliby krzyczeć – nie da rady?

A ja patrzyłam na to moje pojedyncze macierzyństwo i marzyłam, żeby kontynuować dzieło, którym moje pierwsze dziecko bez wątpienia było.

Każde dziecko jest inne.

To też mówili. A ja byłam tak bardzo zapatrzona w Hankę, że rysowałam w myślach jej kopię. Niekoniecznie dużą, łysą głowę ale charakter najchętniej bym przekalkowała na drugie istnienie. O tym, jak bardzo się myliłam, dowiedziałam się już na etapie pierwszego skurczu z Nadią, kiedy to młoda zameldowała się na świecie w trybie natychmiastowym, zupełnie przeciwnie do jej siostry. Po prostu ktoś nacisnął guzik i system sam się wgrał na lubińskiej porodówce. Jedno życie więcej. Tak niewiele dla całego świata a jednocześnie cały świat dla mnie. Macierzyństwo 2.0.

Do tej pory #2 coś zostało z trybu natychmiastowego bo Hanka w porównaniu do niej porusza się w slow motion. Tak jakby ktoś włączył Nadii turbo napęd albo przewinął do przodu kasetę w magnetofonie, co zawsze skutkowało tym śmiesznym, zdrobniałym głosikiem. Hanka jest spokojna, powolna, ostrożna. Taka ja, w wersji 116 – centymetrowej.

Nadka natomiast podczas każdego spaceru orbituje wokół mnie, z prędkością trzydziestu okrążeń na minutę. Nie usiedzi w miejscu, unieruchomienie w wózku to dla niej kara. Jest grzeczna, stara się respektować nasze prośby ale nikt nie wie, co siedzi w dwuletniej głowie, pełnej planów na podbicie świata. A przynajmniej pobliskiego drzewa, które zawsze wydaje się być najlepszą kryjówką, szczytem do zdobycia i azylem przed wysokim tonem głosu mamy.

Chorują inaczej, inaczej jedzą. Inaczej się bawią i postrzegają świat. Wyobraźnia Nadii kreuje prześmieszne dialogi między łaciatą imitacją krowy a plastikową księżniczką na balkonie pogryzionego przez psa pałacu. Najwyżej skacze na trampolinie, zdecydowanie szybciej biega niż jej siostra. Hanka natomiast to artystyczna dusza. Godzinami wodzi palcami po kartkach, dobiera kolory, przewleka nitki przez kolorowe koraliki, lepi, dzierga i skrobie. Analityczny umysł. Rozpracuje każdą planszówkę, lubuje się w warcabach, dla rozrywki rozwiązuje matematyczne zadania. Od dwóch tygodni błaga, żeby nauczyć ją czytać. Błaga to zdecydowanie najbardziej adekwatne do sytuacji słowo.

Uzupełnienie.

Są różne a tak doskonale dopełniają wizję mojego macierzyństwa. Druga ma to, czego brakuje u pierwszej, pierwsza uzupełnia niedostatki drugiej. Kiedy jedna krzyczy, druga przewraca oczami, że za głośno. Kiedy jedna toczy walkę dinozaurami, druga wydaje za mąż lalkę Barbie. Kiedy jedna testuje moją cierpliwość, druga przychodzi utulić moje nerwy. I tak dalej, i tak dalej.

Chłonę moje dzieci jak nigdy. Wymazuję z głowy wszystkie płacze, krzyki i piski. Wymazuję zmęczenie, chociaż zazwyczaj to ono pierwsze wymazuje mnie z życia. Zachwycam się każdą chwilą, rejestruję milionem zdjęć i tysiącem filmów nowe słowa, zapisuję złote myśli. Wracam do starych wpisów i zaśmiewam się w głos lub konsternuję nad prawdziwością słów sprzed kilku lat. I szczerze, gdyby nie one, tak wiele chwil uciekłoby zapomnianych.Nie wyobrażam sobie, że moje dziewczyny miałyby być takie same. Nie wyobrażam sobie, że miałyby być inne, niż są teraz.

Ale bywają chwile, kiedy mam ochotę rzucić kwitami i spakować do kartonu efekty mojej pięcioletniej pracy. Kiedy dni zacierają się bo wczoraj był poniedziałek, dzisiaj – ojezu – jest czwartek, a jutro będzie wtorek. Kiedy to zleciało?

Synchron.

Zawsze w takich momentach włącza się im siostrzany synchron. I kiedy jedna ma anginę, biorę do lekarza drugą bo też zapewne ją ma. Albo jedna budzi się w nocy siedemnaście razy a druga przychodzi do naszego łóżka i kręci się do samego rana. Kiedy jedna je salceson, druga też ma ochotę, pomimo iż wcześniej na jego widok dostawała konwulsji i smarowała flamastrem 997 na zabawkowym telefonie, by móc szybko zareagować kiedy ów salceson odżyje i pożre jej siostrę.

Nie wiem, z jakiego świata przywędrowały moje dzieci i z kim zawarły pakt ale nawet ząbkowanie idzie im w parze. Mogłoby się wydawać, że pięciolatka raczej zęby traci niż zyskuje, a tu psikus, szóstki w natarciu. I zapewne moja matczyna ignorancja pakowałaby w nią tabletki na gardło, bo przecież Hanka od kilku lat świeci zestawem białych perełek, gdyby nie fakt, że Nadia postanowiła dać w palnik przez pięć nocy z rzędu.

A przecież jej siostra pewnego dnia po prostu błysnęła Holywoodzkim uśmiechem i całe to ząbkowanie zauważyłam po fakcie. U #2 każdy ząb poprzedza dwutygodniowe nocne przedstawienie. W pierwszym akcie aktorkę zalewa ślina. Drugi to katar, który płynnie przechodzi w trzeci, najczęściej z zapaleniem górnych dróg oddechowych w scenariuszu a niekiedy i aftami w serii limitowanej spektaklu, w teatrze naszego macierzyństwa. Wszystko w akompaniamencie krzyków, jęków i płaczu. My – widzowie tego show wychodzimy po sztuce z worami pod oczami, większymi niż sylikony w klinice doktora Szczyta. Próbowaliśmy już wszystkiego ale aktorka zdecydowanie nie współpracuje, reagując na każdą prośbę rozwarcia paszczy szczękościskiem i postawą godną małego dzikiego żbika, gotowego zagryźć wszystko w promieniu stu metrów.

Jako, że Nadka jeszcze nie do końca zrozumiale sygnalizuje dolegliwości a Hanka skarżyła się na ból „gardła”, zgłosiłam się z dziećmi do lekarza. Diagnoza z serii „matka panikara” – zęby. Hanisława – szóstki, Nadia – piątki, matka – koniec marzeń o przespanych nocach.

Rozwiązanie odkryłam przypadkiem, sepleniąc w aptece farmaceutce przez spuchnięte od aft usta. Bo od lat co najmniej raz w miesiącu nawiedzają mnie małe, bolące ranki w ustach, co zazwyczaj idzie w parze ze spadkiem odporności. Poprosiłam o magiczny preparat, którym mogłabym psiknąć dziecku do ust, bez konieczności obezwładniania jej czterema męskimi ramionami i odziewania się w ochraniacze, rąbnięte ze szkoły dla psów policyjnych.

A później dostałam maila od przedstawiciela marki Dentosept i po pierwszym przeszukaniu domu, bo na bank poinstalowali mi kamery albo krzyki Nadii słychać zdecydowanie za daleko, pomyślałam, że spoko, mogę testować i przynajmniej nie będę musiała dzielić się psikadełkiem z dzieckiem.

Co jest najważniejsze w preparatach stosowanych na dziąsła? Dla mnie i myślę, że dla moich dzieci również – najważniejsza jest prędkość i skuteczność działania.

Jeśli kiedykolwiek mieliście aftę albo bolał Was ząb wiecie, że chyba nie ma gorszego bólu od tego, gdy coś dzieje się w jamie ustnej. Oczywiście pojęcie bólu jest tu subiektywne i dla jednego będzie to dziąsło, dla drugiego migrena a dla trzeciego przecięcie palca kartką papieru. Aczkolwiek jeszcze nie próbowałam psikać skroni Dentoseptem.

Dentosept A Mini polecany jest w dolegliwościach związanych z:

aftami -check,
pleśniawkami – check,
bolesnym ząbkowaniem – check, check.

Dla dzieci najbardziej istotne jest to, że ma malinowy smak i szybko przestaje boleć. Dla rodziców – jest „słodzony” ksylitolem, który zapewnia ochronę przed próchnicą i zawiera Pantenol oraz witaminy B2 i B3, które przyspieszają regenerację błony śluzowej.

I to w zasadzie wszystko co można powiedzieć na temat Dentosept A Mini bo dobry produkt nie wymaga wielu słów. Jego jakość obroni się sama.

5 Komentarzy/e
  • Anna

    Odpowiedz

    Jak zwykle, hmm jak Ty to robisz, że nawet reklamę produktu na ząbkowanie potrafisz tak ładnie „oprawić”??

    • matka-nie-idealna

      Bo w moich wpisach jest życie. Produkty są jego częścią i nie reklamuję czegoś, czego sama nie używam i czemu nie ufam.

      • Anna

        I za to Cię uwielbiam☺😘😘

      • Karolina

        Szkoda, że są blogi, gdzie więcej jest reklam niż treści, a wpisy wyglądają jak słupy reklamowe. Fajnie, że u Ciebie jest to delikatne nawiązanie i nie narzucasz produktu! Dobre podejście. Co do kopii dzieci… hmm jak zaszłam w drugą ciąże to nie tylko spodziewaliśmy się, że charakterki będą podobne, ale i że płeć będzie ta sama. W sumie nic nie zapowiadało, że będzie inaczej 😉 a tu co… najpierw news Dziewczynka (mój mąż prawie glebę zaliczył z wrażenia), a teraz okazuje się, że dodatkowo to wulkan energii i nijak się ma do spokojnego i ogarniętego starszaka :). Sama się dziwie, że dwie tak bardzo różne istoty mogą się tak fajnie ze sobą dogadywać i bawić. Serdeczności!

  • kamila

    Odpowiedz

    To jest niesamowite jak bardzo dzieci mogą się od siebie różnić – ci sami rodzice, podobny sposób wychowywania, a jednak dzieciaki nie są swoimi kopiami.

Skomentuj