Mężczyźni…

573 Odczytano 3 komentarze

Że tak zacznę z grubej rury: wkurwia jak nikt.

A bo kapcie wielkością nadające się do spływu Dunajcem porzuci w miejscu, gdzie przyłożenie dupą do podłoża boli najbardziej a kanty orają piszczele.
A bo skarpetki porzuci w stanie przemijającej świeżości, w miejscu niedostępnym ogółowi, czekające rzędem na przypadkowe zdobycie w trakcie odgruzowywania pokoju, trzy tygodnie później.
A bo dziecko nurkuje po łokcie w kiblu gdy deska uparcie trzymająca pion obnaża całą jego nieszorowaną od tygodnia głębię.
A bo siorbie herbatę, wzmagając tym w Matce wnerwa zdziczałego, poruszającego wściekle źrenicą i wbijającego pazury w nową kanapę ratującą jego skórę. Chwała jego nietykalności cielesnej, ograniczył cmokanie.
A bo mu się chce porankiem, gdy owadobójczy oddech, wspomnienie wczorajszej kolacji, skutecznie usypia wszystko, co w pobliżu, łącznie ze mną.
A bo zapomina. Wszystko i o wszystkim zapomina, demencją wieku średniego podnosząc Matce ciśnienie i ton głosu.
I że wpatrzony w sportowe poczynania na ekranie włącza się dopiero pod koniec półgodzinnego monologu zmuszając mnie do kolejnej pół godziny „No jak mogłeś mnie nie słuchać, jak ja tu o takich ważnych rzeczach? Mecz ważniejszy?”.
I czasami jak grę odpali to odpaloną godzinami ma. Godzinami zabierającymi sen z powiek, potrzebny do porannego funkcjonowania zawodowego. 

I gdy już sobie ciskam piorunami w nerwie moim wielkim, gdy huknę tak, że sąsiadce filiżaneczka na spodeczku zadygocze, gdy syknę niecenzuralnie w stronę winowajcy monolog ostateczny (ostateczny przed fochem), gdy zagrzmię nad sensem małżeństwa i wzorem swojej mamy stwierdzę „Gdzie ja miałam oczy?”, gdy stwierdzę, że cholery większej od mojego małżona prywatnego w całej ludzkości nie było, przypomina mi się, że go kocham.

Bo to on po całym dniu mojego koczowania na biurowym krześle wita mnie w kuchni zapachem łechtającym ślinianki. To on wieczorami obejmuje mnie ramieniem, synonimem bezpieczeństwa. To on stawia do pionu, gdy zaczynam wątpić. On trzyma za rękę gdy trzeba. On nadaje sens moim marzeniom, które tkwią na dnie w sercu, oplecione strachem, że się nie uda. To on mówi spróbuj. I na klatę przyjmuje każdy mój cios. I zabawny jest gdy trzeba. Gdy nie trzeba też. To on trzymając w ramionach naszą córkę jest dla mnie najbardziej męski. 

A do nieudogodnień można się przyzwyczaić, tylko czasami można popaść w alkoholizm 🙂

ELA_6831

ELA_6768

ELA_6778

3 Komentarzy/e
  • ~bastalena

    Odpowiedz

    Spoko, nie jesteś sama 😉

  • ~aleksandra

    Odpowiedz

    jacy piękni 🙂 Mój też wkurwia, co zrobisz jak nic nie zrobisz.

  • ~Patrycja

    Odpowiedz

    O wszystkim o czym dziś napisałaś ja myślę od rana. Wigilia. Nawet w tak wyjątkowy dzień sama. Z dzieckiem. Wszystko inne ważniejsze. I mimo, że na chwilę poprawiłaś mi humor faktem, że nie tylko u mnie tak jest to u mnie nie kończy się tym wszystkim o czym piszesz. I może dzisiejszy dzień powinien być sądnym. Pozdrawiam, Wesołych Świąt.

Skomentuj