O powrotach i kurwamackach.

1601 Odczytano 0 Komentarzy

Podobno w urlopach najgorsze są powroty.

Ja się tutaj trochę nie zgodzę bo po trzech tygodniach włóczęgi po Stanach chętnie wracałam do swoich ludzi, swojego kibla, gdzie nie wstyd trąbić głośno w toaletę, w odróżnieniu od toalet w gościach i do tony pracy, która jeszcze z pewnością zemści się na mnie i będę bukowała kolejny wylot szybciej niż wypiorę zużyte gacie.

Dla mnie w powrotach najgorsze jest rozpakowywanie toreb. I o ile dziecięce rzeczy rozpakuję w miarę szybko, o tyle moje torby kwitną, w dosłownym tego słowa znaczeniu, przez wiele tygodni. W takich momentach nagle okazuje się, jak wiele ciuchów posiadam, wbrew kobiecej teorii głoszącej, że znowu nie mam się w co ubrać. No bo zazwyczaj na wyjazd bierze się to, w czym człowiek chce pokazać się światu lub ewentualnie, w czym nie chce być przyczyną strat moralnych dla ludzkości. I tak oto prędzej wyciągnę z szafy koszulkę pamiętającą półmetek gimnazjum niż rozpakuję te pieprzone markowe torby.

W każdym razie, ten powrót był dla mnie inny niż zwykle.

Po pierwsze dlatego, że pierwszy raz byłam tak długo bez dzieci i męża. Uwzględniając przy tym różnicę czasu, która w zależności od tego czy gubiliśmy samochody w Chicago, czy smażyliśmy polskie podroby na plaży w Miami, wynosiła 6-7 godzin. Było to małe utrudnienie bo w momencie kiedy ja wstawałam, dzieci miały już obiad a kiedy ja wracałam do domu, one spały. Kiedy już mogły rozmawiać to zazwyczaj każdy karaluch i owce przechodzące pod oknami górskiej chatki, w których urzędowały, były ciekawsze niż stęskniona matka na drugim końcu świata. Nadia jest jeszcze na etapie nieogarniania, dlaczego matkę słyszy ale nie widzi więc zamiast prowadzić konwersację o brzmieniu w pewnym sensie logicznym, powtarzała po mnie słowa i zdania. Hanka natomiast, na pytanie: „Co robisz ciekawego” odpowiadała: „Rozmawiam z tobą przez telefon, ale ciężko mi stwierdzić czy jest to ciekawe”, podcinała moje macierzyńskie skrzydła. Z ciekawych rzeczy to lepiła sztuczne gile z plasteliny a następnie pstrykała nimi na odległość, stając z kuzynką w konkursie o mistrza strzelania kozami.

Po drugie, przed wyjazdem usunęłam z telefonu wszystkie zdjęcia dzieci, którymi mogłabym zasypać przypadkowe ofiary matczynizmu, co niekoniecznie stanowiłoby atrakcję na miarę światowej wycieczki. Niestety, nie przewidziałam faktu, że jestem blogerką a na moich socialach jest w porywach pierdyliard fotek z uwiecznionymi dwu i pięciolatką. Po tych trzech tygodniach muszę stwierdzić, że jestem z siebie dumna, bo ani razu nie pokazywałam zdjęć Nadii czy Hanki, co nadrabiała za mnie mama. Także ja sumienie miałam czyste a chwalić i tak się chwaliłam.

Po trzecie, wizualizowałam sobie tą chwilę już od jakiegoś tygodnia. Przed oczami miałam mnie, wyłaniającą się zza rozsuwanych drzwi, Nadię biegnącą w zwolnionym tempie i Grześka, któremu rzucam się na szyję. A później kręcimy się dookoła w zwolnionym tempie, ciepło bijące z płyty lotniska rozgrzewa nasze ciała a wiatr rozwiewa moje włosy. Dziecko głaszcze mnie po twarzy powtarzając „mamusia!”. Już nawet miałam w planie przekazanie komuś telefonu, żeby uwiecznił tą podniosłą chwilę.

Tymczasem rzeczywistość bywa brutalna i mój mąż spóźnił się na lotnisko i kiedy przyjechał, szurałam zmęczoną twarzą po chodniku a on stwierdził, że „szybko, szybko to nie będziemy musieli płacić za parking!”. I cały romantyzm sytuacji chuj strzelił. Chwilę uratowała Nadia, która skryła twarz w rękach i kręciła głową powtarzając: „Moja mamusia! Nie wierzę, no nie wierzę. Taka niespodzianka…”.

Po czwarte, czułam wewnętrzną potrzebę uwolnienia Grzegorza z kurwamacek wielmożnej Nadii. Bo Nadia może zmęczyć. Ja wiedziałam to od dwóch lat. Mój mąż natomiast przeżył chyba mały szok.

Ze znaczeniem słowa kurwamacki to w ogóle jest osobna historia. Otóż moja mama spotkała swoją rodzinę mieszkającą w Stanach pierwszy raz od piętnastu lat. Rodzina ta składa się między innymi z dwóch kuzynek, młodszych o ponad dziesięć lat od mojej mamy i będących na jej wychowaniu przez jakiś tam okres czasu, kiedy dziewczyny mieszkały jeszcze w Polsce. Rzecz się działa ponad trzydzieści lat temu.

Jak już wspomniałam, moja mama była naczelną niańką kuzynek. Akurat nieszczęśliwie się złożyło, że okres opieki pokrywał się z okresem dojrzewania mojej mamy, co łączyło się z randkami, koleżankami i chłopakami. Jako, że moja mama jest najbardziej roztrzepaną osobą na świecie, a dokładając do tego pierwsze nastoletnie miłości, mamy Hiroszimę na dwóch posiniaczonych nogach. Całe sedno i sens kurwamacek polega na tym, że kuzynki wyjeżdżały z Polski jak miały po sześć lat, w związku z czym, mówią w ojczystym języku perfekcyjnie, o ile ktoś nie ma słownego pocisku w ustach jak moja mama. Bo ona jak zacznie gadać to dosłownie jakby ktoś wycelował kałachem w powietrze. Słowa się przecinają, mieszają i łączą w niezrozumiałe dla zwykłych śmiertelników treści. A kiedy przykłada się do całego wydarzenia alkohol, bywa zabawnie. W sensie, trzeba do nich powoli i wyraźnie.

– I jak mieszkałam z dziewczynkami to one cały czas na mnie wisiały. Jak te ośmiornice. I tymi kurwa mackami mnie oplatały. – mama streszczała wydarzenia dzieciństwa.
– Ej! A co oznacza to słowo?
– Jakie słowo?
– No… Kurwamacki.
– Kurwa macki? To są dwa słowa.

I w ten sposób, kurwamacki stały się sensem macierzyństwa, idealnym jego określeniem. Pierwsze lata życia dziecka to są kurwamacki.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o