Oranżadka w proszku.

1416 Odczytano 3 komentarze

Zajęczała, że chce nową zabawkę. Wiedziałam, że zabranie Jej do wielkiej sieciówki z dziecięcym konsumpcjonizmem nie jest najlepszym pomysłem. Szukałam krótkich spodenek dla starszej a wszystkie odzieżówki wypięły się na moją potrzebę nie-wiadomo-jaką, zwaną niezdecydowaniem i nie ulepiły jeszcze tego, co mogłoby ewentualnie mi się spodobać.

– Nie Haniu, nie kupię Ci. – Rzuciłam szybko, topiąc się nosem w stosie materiałów. Od pewnego czasu mam taki nawyk, że nie spoglądam nawet na obiekt jęczenia bo z reguły kończyło się to „Ale fajne! Chodź zobaczymy co jeszcze mają ciekawego” i wychodziłam ze sklepu uboższa o męża a bogatsza o szeroki uśmiech dziecka.

Problem w tym, że aktualnie stan zabawek w naszym domu mógłby zaopatrzyć przedszkole i żłobek. Najbardziej wkurzające melodyjki świata, wciśnięte w małe plastikowe instalacje. Laptopy z założenia edukacyjne i lalki imitujące wyglądem i funkcjami  dzieci. Sika jak dziecko, płacze jak dziecko. Jezu Chryste, zawsze chciałam mieć trójkę.

Z sentymentem wspominam czasy, kiedy do szczęścia potrzebny był kawałek gumy, który mama wszywała w majtki. Zahaczony z jednej strony o nogę stołu, w najlepszym przypadku ławkę a z drugiej o nogi koleżanki z klatki obok. I stopy wybijające rytm „raz, dwa trzy, raz dwa trzy, raz, dwa, trzy, przeskok”. Wtedy jeszcze nie miałam kondycji sześćdziesięciolatki a wzrostem przewyższałam większość płci pięknej w swoim roczniku, więc przeciwniczki skakania miały, mówiąc delikatnie prze-je-ba-ne, próbując pokonać poziom „szyjki”, kiedy robiłam za słupek wspierający.

Pamiętam też segregator z dobrem narodowym osiedla. Za karteczkę z nadrukiem Kubusia Puchatka niejeden oddałby cały dobytek ostatniego tygodnia a pobliski bazar przechodził swoje lata świetności w handlu makulaturą. Za kolejny plik Królewny Śnieżki do barteru musiałam obrać tonę ziemniaków i wyszorować kibel w sobotni poranek. Do dzisiaj w szorowaniu nie mam sobie równych.

W międzyczasie, jak trochę zgłodniałam, włączyłam pod klatką syrenę alarmową „Mamuuuś! Rzucisz mi kanapkę z masłem i cukrem?”. Nic to, że mieszkałam na parterze, wszyscy krzyczeli to ja też. Dzisiaj, jakby ktoś mi się wydarł pod oknem, zrugałabym, że ciszej bo dzieci śpią. Lata mijają i zarazem ciszej i głośniej się zrobiło. Ludzie potrzebują spokoju a na drzwiach wystarczy wystukać kod, żeby dostać się do środka.

Spoglądam na pięciolatkę, która obsługę telefonu zna lepiej niż swój adres zamieszkania, bo zawsze przy numerze zapomina dodać „a” i stwierdzam ze smutkiem, że wyobraźnia ustąpiła miejsca łatwiźnie. Kiedy ojciec struga jej procę i mówi, że tylko nie w okna, odpalają filmik instruktażowy na You Tubie. „Tutaj włóż śliwkę, naciągnij i puść.” Wypadło, czynność powtórz. Próbujemy jeszcze przeciągnąć trochę swojego dzieciństwa w obecne czasy ale okazuje się, że karabin z patyka wcale nie jest atrakcyjny bo sąsiad ma taki świecący i wydający odgłosy. Może zaciekawi ją „pukawka” z szyjki po butelce i kawałka gumy?

Na kostce przed domem kreduję nierówne kwadraty i wbijam w nie literki. „To są klasy. Rzucasz kamyczkiem i skaczesz”. Po pięciu minutach już jej się nie chce. Skaczemy razem. Ja wydeptuję kwadraty a ona na trampolinie.

W tle słychać jak otwieracz stuka o szkło butelki. „Hania, chodź narysujemy tor i pogramy kapslami!”. Pamiętam żużlowe boisko przed blokiem, wysoką górkę, która dzisiaj wydaje mi się być śmiesznych rozmiarów, zieloną huśtawkę, która kiedyś była niebieska a wcześniej czerwona, zjeżdżalnię i piaskownicę. Dzisiaj to wszystko zniknęło, ustępując miejsca dwóm stołom do tenisa i równej połaci trawy. I my, szurający butami tor pod kapsle od oranżady z warzywniaka za pięćdziesiąt groszy. Zaczynało się w żużlu zawijasami, ciągnęło pod drabinką albo zjeżdżalnią aż do piaskownicy. A tam? O Panie! Skocznie, zapadnie, mosty i urwiska. I meta oznaczona patykiem. A później kilka minut zabawy bo przecież największą frajdę mieliśmy z budowania.

Ta piaskownica, swoją drogą, była enklawą towarzyskich spotkań. Łopatka lub łyżka, bo była twardsza i tworzyliśmy w niej sklepy, domy i wykopaliska. Najpierw był piach suchy, później mokry, glina i beton. I my w tej dziurze, wyrąbanej na całą szerokość, uwaleni po łokcie na żółto.

Zaraz obok piaskownicy, albo nawet i na pierwszym miejscu, był trzepak. Trzepak ulokowany był tuż przed moimi oknami i kontenerami na śmieci. Nikomu nie przeszkadzał smród, zwłaszcza kiedy wisieliśmy głową w dół a matki dostawały za szybami okien mikrozawałów. Jak zgłodnieliśmy to wchodziło się na daszek nad tymi kontenerami i zrywało żółte śliwki. Albo zbierało z ziemi. Najlepiej smakowały niemyte, letnie okazy.

Oczami wyobraźni wyżeram z torebki oranżadkę albo Vibovit. Nikt nie przejmował się ilością cukru ani zawartością chemii. Nikt nie czytał w Internecie o zdrowym odżywianiu a karmienie ograniczało się do jednego mleka w proszku i później tego w szklanej butelce, z kapslem w kratkę. Rozszerzanie diety? Ograniczenie soli? A kto tym się przejmował?

Czasami z któregoś mieszkania zaskrzeczało „Marta! Na obiad!” a każde dodatkowe dziesięć minut było na wagę złota. A przez te dziesięć minut to i w kolory się pograło i w diabła. A w późniejszych latach ławki przed klatkami były domami, sklepami i przedszkolami. Dzieci gnały na rowerach, inne pytały czy mogą się karnąć. Wymienialiśmy się kasetami zgranymi z radia wieczorową porą bo You Tube jeszcze wtedy nie było nawet w planach.

Pamiętam, że nikt się nie umawiał na spotkanie przez telefon bo te w najlepszym przypadku były przymocowane do ściany. Naciskałaś guzik domofonu albo ścierałaś pod oknem gardło, wykrzykując imię najlepszej koleżanki. Dzisiaj sukcesem jest trzygodzinny spacer z dzieckiem. Kiedyś dzieci siedziały na dworze od ósmej do dwudziestej z małą przerwą na jedzenie. A i to nie było nam potrzebne do szczęścia, żyliśmy powietrzem. Najgorszą karą nie był ban na komputer tylko ten na wychodzenie na podwórze. Gorszej nie pamiętam.

Z resztą, pojęcie komputera znałam tylko z lekcji informatyki. Dzisiaj ośmiolatki programują, kiedyś poznawały funkcje Painta. Dzisiaj całe biuro masz w telefonie, kiedyś laptopa robiłam z opakowania po bombonierce a komórkę z kubeczków po jogurcie.


Dzisiejsze czasy są cudowne. Dzieciaki mają wszystko na wyciągnięcie ręki, mają to, czego my nie mieliśmy. Latające, grające i pływające zabawki. Jednym dotknięciem palca mogą połączyć się z całym światem. Jednym dotknięciem palca mogą zdobyć wszystko.

I szkoda, że nie będzie im dane zasmakować naszego dzieciństwa. Gdzie człowiek był dla człowieka kimś więcej niż ikoną na ekranie komputera. Był przyjacielem. Nie tylko pojęciem. Gdzie ludzie byli blisko – tak naprawdę.

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Oranżadka w proszku."

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
dziadek hani i nadi
Gość

Święta prawda i dlatego zabiorę 5- latkę w podróż w dziadka czasy

Monika
Gość

Wzruszyłam się. Jakbym czytała o sobie, o tym jak wyglądało moje dzieciństwo.. nigdy tego nie zapomnę, to był wspaniały czas, piękne wspomnienia..

Karolina
Gość

Oh nawet czasem tęsknię za tymi czasami.. Gdzie liczyło się tylko podwórko czy spotkanie z przyjaciółmi. ❤
A komputer czy telefon był nie potrzebny..