Oranżadka w proszku.

1708 Odczytano 3 komentarze

Zajęczała, że chce nową zabawkę. Wiedziałam, że zabranie Jej do wielkiej sieciówki z dziecięcym konsumpcjonizmem nie jest najlepszym pomysłem. Szukałam krótkich spodenek dla starszej a wszystkie odzieżówki wypięły się na moją potrzebę nie-wiadomo-jaką, zwaną niezdecydowaniem i nie ulepiły jeszcze tego, co mogłoby ewentualnie mi się spodobać.

– Nie Haniu, nie kupię Ci. – Rzuciłam szybko, topiąc się nosem w stosie materiałów. Od pewnego czasu mam taki nawyk, że nie spoglądam nawet na obiekt jęczenia bo z reguły kończyło się to „Ale fajne! Chodź zobaczymy co jeszcze mają ciekawego” i wychodziłam ze sklepu uboższa o męża a bogatsza o szeroki uśmiech dziecka.

Problem w tym, że aktualnie stan zabawek w naszym domu mógłby zaopatrzyć przedszkole i żłobek. Najbardziej wkurzające melodyjki świata, wciśnięte w małe plastikowe instalacje. Laptopy z założenia edukacyjne i lalki imitujące wyglądem i funkcjami  dzieci. Sika jak dziecko, płacze jak dziecko. Jezu Chryste, zawsze chciałam mieć trójkę.

Z sentymentem wspominam czasy, kiedy do szczęścia potrzebny był kawałek gumy, który mama wszywała w majtki. Zahaczony z jednej strony o nogę stołu, w najlepszym przypadku ławkę a z drugiej o nogi koleżanki z klatki obok. I stopy wybijające rytm „raz, dwa trzy, raz dwa trzy, raz, dwa, trzy, przeskok”. Wtedy jeszcze nie miałam kondycji sześćdziesięciolatki a wzrostem przewyższałam większość płci pięknej w swoim roczniku, więc przeciwniczki skakania miały, mówiąc delikatnie prze-je-ba-ne, próbując pokonać poziom „szyjki”, kiedy robiłam za słupek wspierający.

Pamiętam też segregator z dobrem narodowym osiedla. Za karteczkę z nadrukiem Kubusia Puchatka niejeden oddałby cały dobytek ostatniego tygodnia a pobliski bazar przechodził swoje lata świetności w handlu makulaturą. Za kolejny plik Królewny Śnieżki do barteru musiałam obrać tonę ziemniaków i wyszorować kibel w sobotni poranek. Do dzisiaj w szorowaniu nie mam sobie równych.

W międzyczasie, jak trochę zgłodniałam, włączyłam pod klatką syrenę alarmową „Mamuuuś! Rzucisz mi kanapkę z masłem i cukrem?”. Nic to, że mieszkałam na parterze, wszyscy krzyczeli to ja też. Dzisiaj, jakby ktoś mi się wydarł pod oknem, zrugałabym, że ciszej bo dzieci śpią. Lata mijają i zarazem ciszej i głośniej się zrobiło. Ludzie potrzebują spokoju a na drzwiach wystarczy wystukać kod, żeby dostać się do środka.

Spoglądam na pięciolatkę, która obsługę telefonu zna lepiej niż swój adres zamieszkania, bo zawsze przy numerze zapomina dodać „a” i stwierdzam ze smutkiem, że wyobraźnia ustąpiła miejsca łatwiźnie. Kiedy ojciec struga jej procę i mówi, że tylko nie w okna, odpalają filmik instruktażowy na You Tubie. „Tutaj włóż śliwkę, naciągnij i puść.” Wypadło, czynność powtórz. Próbujemy jeszcze przeciągnąć trochę swojego dzieciństwa w obecne czasy ale okazuje się, że karabin z patyka wcale nie jest atrakcyjny bo sąsiad ma taki świecący i wydający odgłosy. Może zaciekawi ją „pukawka” z szyjki po butelce i kawałka gumy?

Na kostce przed domem kreduję nierówne kwadraty i wbijam w nie literki. „To są klasy. Rzucasz kamyczkiem i skaczesz”. Po pięciu minutach już jej się nie chce. Skaczemy razem. Ja wydeptuję kwadraty a ona na trampolinie.

W tle słychać jak otwieracz stuka o szkło butelki. „Hania, chodź narysujemy tor i pogramy kapslami!”. Pamiętam żużlowe boisko przed blokiem, wysoką górkę, która dzisiaj wydaje mi się być śmiesznych rozmiarów, zieloną huśtawkę, która kiedyś była niebieska a wcześniej czerwona, zjeżdżalnię i piaskownicę. Dzisiaj to wszystko zniknęło, ustępując miejsca dwóm stołom do tenisa i równej połaci trawy. I my, szurający butami tor pod kapsle od oranżady z warzywniaka za pięćdziesiąt groszy. Zaczynało się w żużlu zawijasami, ciągnęło pod drabinką albo zjeżdżalnią aż do piaskownicy. A tam? O Panie! Skocznie, zapadnie, mosty i urwiska. I meta oznaczona patykiem. A później kilka minut zabawy bo przecież największą frajdę mieliśmy z budowania.

Ta piaskownica, swoją drogą, była enklawą towarzyskich spotkań. Łopatka lub łyżka, bo była twardsza i tworzyliśmy w niej sklepy, domy i wykopaliska. Najpierw był piach suchy, później mokry, glina i beton. I my w tej dziurze, wyrąbanej na całą szerokość, uwaleni po łokcie na żółto.

Zaraz obok piaskownicy, albo nawet i na pierwszym miejscu, był trzepak. Trzepak ulokowany był tuż przed moimi oknami i kontenerami na śmieci. Nikomu nie przeszkadzał smród, zwłaszcza kiedy wisieliśmy głową w dół a matki dostawały za szybami okien mikrozawałów. Jak zgłodnieliśmy to wchodziło się na daszek nad tymi kontenerami i zrywało żółte śliwki. Albo zbierało z ziemi. Najlepiej smakowały niemyte, letnie okazy.

Oczami wyobraźni wyżeram z torebki oranżadkę albo Vibovit. Nikt nie przejmował się ilością cukru ani zawartością chemii. Nikt nie czytał w Internecie o zdrowym odżywianiu a karmienie ograniczało się do jednego mleka w proszku i później tego w szklanej butelce, z kapslem w kratkę. Rozszerzanie diety? Ograniczenie soli? A kto tym się przejmował?

Czasami z któregoś mieszkania zaskrzeczało „Marta! Na obiad!” a każde dodatkowe dziesięć minut było na wagę złota. A przez te dziesięć minut to i w kolory się pograło i w diabła. A w późniejszych latach ławki przed klatkami były domami, sklepami i przedszkolami. Dzieci gnały na rowerach, inne pytały czy mogą się karnąć. Wymienialiśmy się kasetami zgranymi z radia wieczorową porą bo You Tube jeszcze wtedy nie było nawet w planach.

Pamiętam, że nikt się nie umawiał na spotkanie przez telefon bo te w najlepszym przypadku były przymocowane do ściany. Naciskałaś guzik domofonu albo ścierałaś pod oknem gardło, wykrzykując imię najlepszej koleżanki. Dzisiaj sukcesem jest trzygodzinny spacer z dzieckiem. Kiedyś dzieci siedziały na dworze od ósmej do dwudziestej z małą przerwą na jedzenie. A i to nie było nam potrzebne do szczęścia, żyliśmy powietrzem. Najgorszą karą nie był ban na komputer tylko ten na wychodzenie na podwórze. Gorszej nie pamiętam.

Z resztą, pojęcie komputera znałam tylko z lekcji informatyki. Dzisiaj ośmiolatki programują, kiedyś poznawały funkcje Painta. Dzisiaj całe biuro masz w telefonie, kiedyś laptopa robiłam z opakowania po bombonierce a komórkę z kubeczków po jogurcie.


Dzisiejsze czasy są cudowne. Dzieciaki mają wszystko na wyciągnięcie ręki, mają to, czego my nie mieliśmy. Latające, grające i pływające zabawki. Jednym dotknięciem palca mogą połączyć się z całym światem. Jednym dotknięciem palca mogą zdobyć wszystko.

I szkoda, że nie będzie im dane zasmakować naszego dzieciństwa. Gdzie człowiek był dla człowieka kimś więcej niż ikoną na ekranie komputera. Był przyjacielem. Nie tylko pojęciem. Gdzie ludzie byli blisko – tak naprawdę.

3 Komentarzy/e
  • dziadek hani i nadi

    Odpowiedz

    Święta prawda i dlatego zabiorę 5- latkę w podróż w dziadka czasy

  • Monika

    Odpowiedz

    Wzruszyłam się. Jakbym czytała o sobie, o tym jak wyglądało moje dzieciństwo.. nigdy tego nie zapomnę, to był wspaniały czas, piękne wspomnienia..

  • Karolina

    Odpowiedz

    Oh nawet czasem tęsknię za tymi czasami.. Gdzie liczyło się tylko podwórko czy spotkanie z przyjaciółmi. ❤
    A komputer czy telefon był nie potrzebny..

Skomentuj