Szczęście.

3259 Odczytano 5 komentarzy

Mówili, że macierzyństwo to koniec wolności. 

Że pisze piękną historię nićmi zniewolenia. Z jednej strony cudowne, z drugiej dramatyczne w  akcie pożegnania z etapem beztroski. 

I ja tutaj się nie zgadzam.

Być może byłam kimś dobrym w poprzednim wcieleniu a być może dopiero zaczynam być dobrą. Kiedy stawałam w kolejce po życiowy los u stóp Najwyższego, na wyłowionej kartce krzywą kursywą ktoś napisał miłość. I ja tą kartkę do tej pory noszę w wewnętrznej kieszeni serca, spoglądając na nią w najbardziej kryzysowych momentach. 

Bo pomimo, iż dopiero zaczynam walczyć o moje szczęście w biznesie, miłość dostałam w gratisie. 

Wracając do sedna sprawy, bo miłością chciałam się jedynie pochwalić, macierzyństwo to nie samotna walka o szczęście człowieka, który chwilę wcześniej był kawałkiem wydruku z USG. W moim przypadku macierzyństwo czy też rodzicielstwo w ogóle to gra drużynowa. Bieg z przeszkodami, Runmageddon lub Bieg Rzeźnika. Co jakiś czas wpadasz w gówno, taplasz się w błocie rozpaczy lub stąpasz po niepewnym gruncie. Nie wiesz co czai się za rogiem. Upadasz wiele razy i wiele razy wstajesz. Na którymś kilometrze lub raczej co któryś kilometr masz dosyć i pierdolisz moment, w którym stanęłaś na starcie. Numerek na koszulce świadczy o tym, że jesteś jedną z wielu odważnych. Lub szalonych. Skłaniam się ku drugiemu. 

Ale dobrze jest kiedy za tym rogiem, w kałuży pełnej gnoju i rozpaczy stoi ktoś, kto pociągnie Cię za zrezygnowaną dłoń. Kto powie, że to łajno to Wasze wspólne łajno. I że jest obok, tak po prostu.

Dobrze jest kiedy ten los na loterii ciągnie Cię ku górze zamiast pchać w dół, przywiązując do zmęczonych stóp kilogramy trosk i rezygnacji.
I wreszcie dobrze jest, kiedy ten los na loterii pcha w Twoje żagle wiatr, zamiast zabierać Ci powietrze. Tak jak mój pcha.
W życiu mam szczęście do osób, które mnie wspierają. Nawet najdurniejszy pomysł, jak kupienie baru za rogiem i przekształcenie go w mekkę Janusza spod monopolowego spotyka się z zachwytem. Nigdy nie usłyszałam od Grześka „To nie wyjdzie”. Zamiast tego patrzył na mnie, analizował i pytał:
– Wierzysz w to?
– Wierzę.
– A ja wierzę w Ciebie.
Pamiętam też, że kiedy chciałam się poddać uważając, że los w miłości nie równa się szczęściu w biznesie, on zaparł się nogami i nie pozwolił przepchnąć się ku wyjściu z wielkim neonem oznajmiającym, że od tej pory mogę mieć wszystko w dupie a na piersi przywieszę sobie plakietkę przegranego.

I z tej wiary dzisiaj powstaje coś pięknego. Co każdego dnia maluje uśmiech na mojej twarzy. Z tej wiary tworzy się historia, która może oznaczać fakt, że pozostawię po sobie coś więcej niż zlepek literek na zapomnianej stronie w internecie. 

Z tej wiary już za kilka dni rusza moja pierwsza kolekcja ubrań sygnowanych dumnym brandem A krój z tym. 

Brandem zapowiadanym rok temu. Brandem, który o mały włos by nie powstał bo ktoś po drodze postanowić wybudować mi mury obleczone kolczastym drutem i rzucił pod nogi kilka kłód, przez które zbierałam z ziemi zęby, łzy i godność. I nie mówię tutaj o pieniądzach, chociaż tych włożyłam już tyle, że dzisiaj mogłabym jeździć czymś, co ma gwiazdę na masce i mniej lat niż moje starsze dziecko.
Mówię tutaj o ludziach i sytuacjach, które niemalże na każdym etapie sprawiały, że spoglądałam w stronę wyjścia ewakuacyjnego.
Ale A krój z tym to nie tylko pot, łzy i pieniądze. A krój z tym to też ludzie, którzy stanęli na mojej drodze i pomogli mi zupełnie bezinteresownie w tym szalonym pomyśle, nie żądając niczego w zamian. Poświęcali mi swój czas, pracę lub trzymali za rękę kiedy chciałam wszystkim jebnąć w cholerę. 

Ale to wszystko nie odbyłoby się bez wiary tego, który przez chwilę wziął na swoje barki los naszej rodziny abym ja mogła spełniać swoje marzenia. 

I w którymś momencie okazało się, że jednak tych dobrych uczynków w poprzednim wcieleniu było trochę więcej.

Kiedy na początku zeszłego roku rzuciłam od niechcenia: „A może wybrałabym się z  mamą i Hanią do Chicago, do rodziny? Może też uda się wyskoczyć na Florydę”, zamiast skwitować to krótkim”Chyba cię buk opuścił”, powiedział: „Po co będziesz ciągnęła Hanię? Ja zostanę z dziećmi a wy lećcie same. Z Hanią nie odpoczniesz”.

Rozumiecie to? Facet mówi do Was, że sam, zupełnie sam zostanie na trzy tygodnie z dziećmi a Wy macie spełniać swoje marzenia. Podróżować. Odpocząć. 

O Boże jak ja się wahałam. O Boże jak ja tęskniłam na samą myśl, że nie będę wrzeszczała na nie przez trzy tygodnie. O Boże jak ja trzęsłam dupą, analizując w myślach milion sytuacji zagrażających życiu i zdrowiu osób w otoczeniu tych dwóch kilkulatek. I o nie same również. 

Ale on dmuchał i dmuchał w przykurczone skrzydła, do momentu aż nabrałam pewności, że na to zasłużyłam.

I dziś, dnia 23.07.2018r. pozdrawiam Was gdzieś znad Oceanu. Za cztery godziny lądujemy. 

Dzięki Niemu. 

Do usłyszenia z Wietrznego Miasta. 

5 Komentarzy/e
  • Klaudia

    Odpowiedz

    Poplakalam się! I wiesz co jest najlepsze ze takich Grzesków ten swiat ma coraz wiecej. Ja sama mam podobny egzemplarz i może nie są to 3 tygodnie w USA a tydzień z koleżankami gdzieś na cieplej wyspie, to on sam ogarnia wtedy nasz 3 dzieci. I robi wszystko by spełniać moje marzenia. I kocha mnie i pokazuje ze jestem piękna mimo iż nie mam rozmiaru S. I ciągnie ten nasz wózek mimo ze ja już kilka razy chcialam wysiąść…

  • Karolina

    Odpowiedz

    💕💕💕💕💕💕💕

  • Michalina

    Odpowiedz

    I nie wazne gdzie jestes PISZESZ dla nas dla czytelniczek, jestes boska . Spedzic te tygodnie bez dzieci a zarazem zrealizowac marzenia to piekne . #jestpieknie #PRAWDZIWAmatkaNieidealna 🙂

  • Ola

    Odpowiedz

    Często opowiadasz jak idealnego masz męża. Obraz jego jest perfekcyjny. Bardzo wiele z siebie daje. A ile dajesz od siebie Ty?

    • matka-nie-idealna

      Hm. Dziwne pytanie. I chyba to jego powinnaś zapytać. Ale chyba nie jest tak źle, skoro kocha i jest zawsze.

Skomentuj