Tagliatelle molto bene w nieidealnej wersji. To najlepszy makaron, jaki będziesz miała okazję zjeść.

1188 Odczytano 0 Komentarzy

Moja babcia była kucharką. Moja mama gotuje tak, że mózg staje w pozycji „uj z dietą – żreć, żreć, żreć”. Niestety, po babci i mamie nie odziedziczyłam ani umiejętności gotowania ani wielkich piersi.

Gdyby nie fakt, że od wielu tygodni ściągacie skórę z mojej mamy i wpasowujecie mnie w jej osobę, pomyślałabym, że pewnie byłam adoptowana z jakiejś włoskiej rodziny. To takie dziwne, kiedy przez cały okres dzieciństwa zastanawiałam się, która rodzina królewska mnie oddała i z pewnością była to pomyłka, bo nikt nie oddałby tak uroczego dziecka, aż tu nagle połowa internetu wyskakuje, że jestem podobna do mojej mamy. M o j e j  m a m y. Tej która wybrała u Bozi przydział piersi dla trzech pokoleń do przodu.

W każdym razie, pomijając koligacje rodzinne, jestem totalną makaroniarą. Moi przodkowie z pewnością byli Włochami bo za pasty, pizze i desery dam się pokroić, sprzedam nerkę i męża. Niestety, Grzesiek przeżył niezłe rozczarowanie kiedy po ślubie okazało się, że w kuchni nie potrafię robić nic innego, niż ładnie wyglądać. Z resztą – umówmy się – studentowi nie jest potrzebne do życia nic więcej niż zupka chińska i dwa piwa. A ja po ślubie byłam w ciąży, na dodatek z cukrzycą, więc na obiad wystarczyło wyjść nażreć się trawy pod blokiem.

Czasami uda mi się stworzyć jakiś genialny przepis i później zażynam go w miarę często. Tak było i tym razem – kiedy chciałam pokazać mężowi, że nie do końca ze mnie taka kuchenna ofiara i zrobiłam tagliatelle molto bene. Przepis był moją wariacją na temat makaronu, który jest w Pizza Hut i szczerze? Uczeń przerósł mistrza. Niestety, Grzesiek totalnie nie podziela mojego zachwytu oliwkami i pomidorami, w związku z czym ambicje kulinarne umarły razem z tym, co miał na talerzu.

Ale! Jest w moim życiu osoba, z którą totalnie rozumiemy się pod względem kulinarnym, z małymi wyjątkami. Wybranie knajpy nie ma dla nas najmniejszego problemu i prawie zawsze jest to coś z włoskim żarciem. Kiedyś zrobiłam jej tagliatelle i od tej pory zawsze robimy je razem, prawie w każdą środę a żadna restauracja nie wypuściła jeszcze lepszej pozycji. Nie ma nic lepszego niż dobre towarzystwo i dobre jedzenie.

Kończmy to niepotrzebne pierdololo i przejdźmy do tego, co najważniejsze.

Składniki:

1. Makaron tagliatelle. – 400-500g.
2. Szynka parmeńska lub inna podsuszana. – opakowanie. Ja używam innych, tańszych „zamienników”.
3. Suszone pomidory w zalewie – słoiczek. – Kiedyś Nela odkryła pastę z suszonych pomidorów i naszym zdaniem rewelacyjnie pasuje do tego przepisu.
4. Czarne oliwki. – wg. uznania.
5. Serek mascarpone. – małe opakowanie.
6. Bulion drobiowy – 250ml.
7. Białe wino (wytrawne lub półwytrawne) – 100ml – można pominąć. Jeśli Waszą potrawę będą jadły dzieci, nie musicie obawiać się alkoholu, bo wyparuje on w trakcie gotowania..

Jedziem:

1. Suszone pomidory kroimy w paseczki i podsmażamy na zalewie ze słoiczka. Jeśli używamy zamiast tego pasty, możemy dodać trochę oliwy z oliwek do podsmażania. Ja często zostawiam zalewę z pomidorów w lodówce i używam jej do smażenia innych potraw.

2. Szynkę kroimy w mniejsze maski i podsmażamy z pomidorami. Trochę można zjeść.

3. Dodajemy wino, chwilę gotujemy.

4. Jeśli po otwarciu jesteśmy nadal w stanie gotować to dodajemy bulion, chwilę gotujemy.

5. Dodajemy serek mascarpone. – Ja dodaję cały, Nela pół. I tak jest dobre i tak. – Czekamy aż się „rozpuści”.

6. Dodajemy pokrojone oliwki.

7. Dodajemy makaron. Oczywiście ugotowany, jakżeby inaczej..

8. Piszemy Nieidealnej, czy jest git.

 

0 Komentarzy/e

Skomentuj