Tu jest mój dom.

5117 Odczytano 7 komentarzy

Zawsze marzyłam o własnym domu. Takim trochę na uboczu wielkiego miasta, ukrytym za tujami. Te tuje znałyby nasze wszystkie sekrety. Nie sąsiedzi mieszkający nad nami, których pospieszane spóźnieniem kroki słyszeliśmy nad ranem. Nie sprzedawczyni z warzywniaka dwie klatki obok, do której dochodziły nasze podniesione tony w kryzysowych momentach. Nie dzwonek w szkole naprzeciwko. Tylko te tuje, osłaniające nasze miejsce przed złem całego świata.

Marzyłam o słońcu wpadającym przez olbrzymie okna tarasowe i bosych stopach na trawie w ogrodzie. Krzywo przystrzyżonej, z koniczyną czterolistną, gdzieniegdzie wyłysiałej. Ale naszej, takiej nieidealnej. Zupełnie jak my. I ja na tej trawie bez butów, z kubkiem kawy w dłoni.

Marzyłam o trampolinie w ogrodzie i wesołych głosach wszystkich dzieci z sąsiedztwa. O huśtawce unoszącej dziecięce marzenia coraz wyżej i wyżej. I zwierzętach wygrzewających się na miękkim fotelu. Zawsze chciałam mieć dużo zwierząt.

Marzyłam o porannych promieniach wpadających przez nieszczelną roletę w oknie dachowym, tuż nad naszym łóżkiem. Sypialniach moich dzieci, tuż obok siebie ale jednak oddzielonych ścianą i koniecznością naciśnięcia klamki. Cichych odgłosach gołych stóp rozmiar 24 w sobotni poranek, kiedy możemy poleżeć w łóżku wszyscy razem, odrobinę dłużej niż wczoraj.

Zamykałam oczy i widziałam to. Tworzyłam szczęśliwe obrazy swojej codzienności, wtedy jeszcze w składzie ubogim o jednego małego członka naszej drużyny.

Dom, w którym mieszkamy totalnie nie pasował do naszego planu. Szukaliśmy czegoś z ogromną działką, żeby Grzesiek mógł postawić swój magazyn, co jednocześnie nie ukradłoby powierzchni do zabawy dzieciom. Minimum 10 arów. Do tego, górną granicą, którą sobie wyznaczyliśmy była kwota pięćset pięćdziesiąt tysięcy za całość, mogło być do remontu. Piękny, półroczny dom na uboczu przekraczał nasz budżet niemalże o sto tysięcy.

Szukaliśmy domu gotowego do zamieszkania wiedząc, że budowa nie jest dla nas. Prędzej pozabijalibyśmy się próbując połączyć nasze skrajnie różne gusta wnętrzarskie. Nowopowstające osiedle na Przemysłowej pokazałam Grześkowi bez jakiejkolwiek większej nadziei, że pomysł przejdzie. Ze zdjęć 175 metrowego domu spoglądały na mnie wnętrza tak bardzo moje. Puste i zimne. Nie lubię przesytu kolorami, żywe i ciepłe barwy mnie męczą. Nie lubię również grato – bicia. Od zawsze byłam minimalistką, stawiającą na wolne przestrzenie.

Pojechaliśmy obejrzeć dom, który w zamyśle nie był dla nas. Kiedy weszliśmy do środka, moje serce zatrzepotało wszystkimi komorami. Oglądałam pomieszczenia na wstrzymanym oddechu. Ten dom był jednocześnie tak bliski mi i tak daleki Grześkowi. Wiedziałam, że nic z tego nie będzie ale chłonęłam wszystkimi komórkami możliwość przebywania w nim, bez nadziei na to, że kiedyś tutaj wrócę.

Wsiedliśmy do auta. Zaciskałam usta ze wszystkich sił. Wiedziałam, że nie możemy pozwolić sobie na taki wydatek, że nie ma możliwości wybudowania magazynu przy posesji. Z przemyśleń wybudził mnie głos PT:

– Bierzemy go?
– Słucham…?
– Dom. Podoba ci się?
– Jest piękny.
– Więc go kupmy.

Ojezu.

Zrobił to dla mnie.

W marcu zdecydowaliśmy się na kupno. 1 czerwca rozpoczęliśmy nową historię, tytułując ją „Moje miejsce na ziemi”.


Trzy lata później jestem zakochana w codzienności, którą tworzymy.

W porankach gdy leżymy całą czwórką w wielkim łóżku. W zapachu kawy i jajecznicy, rozwalonej na białym ciężkim stole, mieszczącym nas i trójkę zwierzaków pod dziecięcymi krzesłami.

W piskliwych głosach dwóch małych dziewczynek, spędzających każde popołudnie w ogrodzie.

I wieczorach gdy młode życie przysypia na piętrze a on głaszcze mnie po głowie, opartej na jego kolanach.

W ciszy otulającej dom, położony na uboczu tętniącego życia miastem.

W spokoju, którego dziś tak bardzo potrzebuję.

I chociaż plusy posiadania domu każdego dnia utwierdzają mnie w przekonaniu, że to jest moje miejsce na ziemi, na horyzoncie, niczym niechciana burzowa chmura majaczą się minusy, mogące odebrać radość z bycia właścicielem kawałka trawnika i krzywej huśtawki.

Bo są rzeczy, które na początku z pozoru łatwe do współistnienia, z czasem stają się drzazgą w palcu, kiedy łapiesz dłonią drewnianej drabinki dziecięcego królestwa na wierzchołku zjeżdżalni.

Nagle okazuje się, że trawa wcale nie jest z założenia zielona. W czasie suszy przybiera barwy od żółtej po brązową, nawet łapczywie pijąc wodę, puszczaną godzinami z ogrodowego kranu. I ta trawa, będąca oparciem dla brudnych dziecięcych stóp przestaje być idealna po czterech dniach od ostatniego strzyżenia.

Okazuje się, że jeśli zapomnimy o szambie, któregoś dnia nie weźmiemy prysznica i będziemy sikać grupowo.

Okazuje się, że domowy piec z powodzeniem może zastąpić swoimi wymaganiami trzecie dziecko. Karmisz, kontrolujesz, myjesz, opróżniasz pieluchę. W utrzymaniu również. Bo przecież bardziej opłaca się wyjechać w zimie w tropiki, niż ogrzać prawie dwieście metrów podłóg.

Okazuje się, że sprzęty psują się kilka razy do roku. A wtedy nie możesz pójść do sąsiada podgrzać wodę na parówki bo indukcja właśnie spieprzyła się trzeci raz w ciągu dwóch miesięcy. I jedziesz dwa tygodnie na grillu. A uwierzcie mi, grillem już rzygam. Mam wrażenie, że w mieszkaniu to wszystko było jakby sprawniejsze. Bardziej współpracowało.

I zmywarka. Zmywarka też. Ojezu, nie potrafię żyć bez zmywarki. Cztery razy przez trzy lata. Albo pięć. Raczej pięć.

Nagle okazuje się, że rachunki za prąd w sezonie letnim to połowa najniższej krajowej. Mam wrażenie, że prąd rozpływa się w powietrzu, ucieka przez otwarte drzwi tarasowe. Biega z dzieciakami gołymi stopami po ogrodzie, skacze na trampolinie. Przez ten czas nabijając kilo wato godziny. A później przychodzi i mówi „Sześćset złotych za miesiąc, czternaście dni płatności”.

I gdy tak liczymy grosz do grosza, sumując te wszystkie wody, prądy, szamba i ekogroszki, nasza wewnętrzna drzazga zaczyna powodować opuchliznę. I szukamy alternatyw, rozwiązań i wyjść awaryjnych. Jedni czytają katalogi Ikea, my do śniadania pochłaniamy broszury na temat energii odnawialnej.

Kłócimy się przy tym czasem, bo światło niezgaszone i bo woda kapie. A dzieci patrzą i chłoną nasze nawyki, które w przyszłości srogo odbiją się na ich kieszeni. Więc przykład wypadałoby dać lepszy.

Moglibyśmy raz na pół roku jechać na Zanzibar. Na trzy tygodnie.

Ale Zanzibar nawet nie stoi obok Przemysłowej w rankingu zajebistości.

Obok poranków z jajecznicą na stole. I pod.

Obok popołudnia w ogrodzie, w weekendy dodatkowo z rodziną i przyjaciółmi.

Obok wieczorów na tarasie, słuchając orkiestry tuż za płotem. Tysiące polnych skrzypiec w akompaniamencie żabich nawoływań.

Obok jeleni próbujących wejść do naszego ogrodu. I dzików. Dzików też.

Tu jest nasze miejsce.

Więc walczymy. Ulepszamy. Poprawiamy. Wyrzekamy się jednego by mieć drugie.

Boże, jakie to piękne.


A może Wy macie jakieś rozwiązania, które pozwolą nam przyciąć trochę domowe koszty?

*Wpis powstał jako owoc współpracy z Fortum

7 Komentarzy/e
  • Marlena

    Odpowiedz

    Fotowoltaika pozwala dużo zaoszczędzić, i są dotacje do nich. Moi rodzice maja i przy takim lecie jak teraz to ogrzewają grzejnikami elektrycznymi w domu ponieważ ile dużo energii naprodukować. A wystarczy kawałek dachu nasłonecznionego.

  • Karolina

    Odpowiedz

    Fajne wnętrza 😊 czy mogę wiedzieć co to jest to coś czarnego, strukturalnego na ścianie z telewizorem i szarego na ścianie obok?

  • Beata

    Odpowiedz

    Zdecydowanie fotowoltaika. Rodzice mają i za prąd 80 zł za pół roku 🙂

  • Karolina

    Odpowiedz

    Polecam fotowoltaike. Rodzice mają od stycznia, uruchomiona w połowie lutego, dostali dotacje z banku ochrony środowiska. Po pół roku przyszedł rachunek za prąd 75zł,tylko koszty abonamentu itp. Płacą ratę co miesiąc bo dotacja jest w postaci kredytu. Ale i tak wychodzi duuzo taniej niż przed. Dom duży 160m,dwie rodziny, co za tym idzie 2xsprzety typu lodówka, piekarnik, zmywarka.. Także polecam

  • Sylwia

    Odpowiedz

    My mamy w domu wszystkie żarówki wymienione na ledowe. W koło domu też wszystkie światła mamy led. Dom 160m2 i powiem, że zauważyliśmy spadek kosztów energii elektrycznej o połowę. Dodatkowo od dawna dbam aby każdy nowy sprzęt w naszym domu miał najwyższą klasę energooszczędności. Pozdrawiam

  • Joanna

    Odpowiedz

    Fotowoltaika i solary. Świetne rozwiązania. Dowiedzcie się czy w Waszej gminie są na to dotacje z UE. Pozdrawiam

  • Magda

    Odpowiedz

    Mam tańszą taryfę od pon do pt między 22-6 i 13-15 + cały weekend i wtedy staram się ustawiać pralkę i mzywarkę.
    Mogę polecić coś na 🌱 U siebie używam Yara Mila Complex i trawka wyglada fajnie.

Skomentuj