Uczę się samodzielności.

2249 Odczytano 7 komentarzy

Nie mamy szczęścia w tym roku, w grach losowych o zdrowie. Smar goni smara, antybiotyki ścielą dziecięce żołądki. Nie wiem czy to geny bo przecież PT nigdy nie chorował. Szpital zna jedynie z nocek na zimnej podłodze przy łóżku Hani, tudzież Nadii. Być może we mnie się wdały te biedne dziewczyny, w moją wątłą budowę i cherlawe zdrowie.

I tak po kolejnej nocy przy szpitalnym łóżku, na szczęście tylko jednej, gdzie wracamy lżejsze, Hanka o kilka gramów migdałków a ja już liczona w pomniejszonych kilogramach, bo nie było kiedy zjeść. Oby to był już koniec szpitalnych wojaży bo zdecydowanie wyczerpałyśmy limit na najbliższe trzydzieści lat.

Jak już tak siedziałam przy szpitalnej barierce, odgradzającej mnie od zaśniętego pod wpływem znieczulenia dziecka, szeleściłam kartkami książki, co to jej nie miałam czasu przeczytać w domu, jednym uchem słuchałam chlupotu z gardła mojej starszej a drugim rejestrowałam życie na laryngologii. Gdzieś tam pomiędzy „zjedz coś proszę” a „boli cię gardełko?” obiło mi się o słuch pytanie jednej odetchniętej z ulgi mamy do drugiej i trzeciej, na tej samej sali:

– Ciekawe, czy oni też tak kiedyś będą przy nas siedzieli, za kilkadziesiąt lat.

I to luźne pytanie, stwierdzenie raczej, bo zapadła po nim niezręczna cisza, przypomniała mi pewną kwestię. Otóż często zwykło się mawiać, że dzieci są w życiu potrzebne, żeby miał kto podać na starość szklaneczkę wody.

Otóż nie. Ja nie chcę.

Moje dzieci, moje serce i duma największa, życie nadane wraz z pojawieniem się pierwszej a później przypieczętowane i uzupełnione przez tą młodszą, są dla mnie wszystkim. Ale ja wiem, że jestem tylko częścią dla nich. I pomimo, że jedna i druga są mamine i siedzą pod spódnicą przypięte nierozerwalną siłą, za chwilę dorosną a dzielące nas metry, później kilometry i uczucia będą z każdym dniem się powiększały. Napawam się nimi, ćpam codziennie pomimo, że czasami z rozrzewnieniem wzdycham do bezdzietnych czasów bo wiem, że niewiele mi tych wspólnych chwil, takich sam na sam zostało. Za moment zaczną się pierwsze sympatie, przyjaźnie i miłości. Za chwilę ktoś obcy będzie miał więcej do powiedzenia niż ja, a jeśli pójdą „we mnie”, będzie to bardzo bolesne z punktu widzenia mojego własnego macierzyństwa.

Ale w macierzyństwo weszłam ze świadomością, z przekonaniem, że ja jestem dla dzieci a nie one dla mnie. Moim celem jest zapewnić im życie nie takie jakie chcę ja a takie, jakie chcą one. I pomimo całej staranności, jaką wkładam w to, żeby tym dwóm pannom było najlepiej w świecie wiem, że za kilkanaście lat się pożegnamy. Być może w zgodzie, gdzie powiedzą, że miały fajną matkę, a to jest moim celem. A być może odwrócą się na pięcie i powiedzą, że spieprzyłam im życie. Nie wiem.

Wiem tylko, że kiedyś ten olbrzymi dom, budowany na fundamentach naszej miłości, ciepła i troski zostanie pusty i stanie się jedynie budynkiem z zimnymi murami. Będzie nosił imię domu rodzinnego, gdzie w święta rozbłyśnie choinka a w mury wpompuje się dawno niesłyszane echo dziecięcego śmiechu. Wiem, że moje serce będzie przepełnione miłością, jakąkolwiek drogę obiorą dziewczynki, ale moje ramiona zostaną puste.

I broń Boże, jeśli czytasz przypadkiem mojego bloga, nie pozwól mi nigdy zatrzymać dzieci przy sobie. Nie pozwól być jedną z tych matek, które chowają dzieci dla siebie, dla własnej ambicji, niczym zwierzątka domowe. Kupię sobie wtedy drugiego psa i trzeciego kota, żeby zabić tą pustkę, ale nie pozwól mi ich zatrzymać przy mnie siłą.

I nawet wtedy gdy pokierujesz moim życiem tak, że przegram w kasynie całe moje zdrowie a los przykuje mnie do łóżka – nie pozwól. Nie lubię prosić o pomoc, nie lubię robić komuś problemu – ot co. Prędzej doczołgam się do czajnika i zrobię kawę gościowi niż poproszę o szklankę wody na łożu niemożności – ot co.

I marzę o tym, by kiedyś te dwie, dziś mamine, jutro całkiem samodzielne dziewczyny stanęły twarzą do świata, nie oglądając się na kulę u nogi, którą mogłabym dla nich być. Że będą parły do przodu, dzwoniąc jedynie czasami, jak się dziś czuję i czy czegoś potrzebuję. A ja oczywiście powiem, że nie. I że jestem dumna, że tak dobrze im się powodzi. Bo ja sobie poradzę. Dziś na to pracuję, żeby móc uniezależnić moje dzieci ode mnie za kilkanaście lat. I żeby poślinić się na widok jakiegoś przystojnego pielęgniarza, który zmieni mi pieluchę.

A jeśli przypadkiem odwiedzą mnie raz czy drugi, z własnej nieprzymuszonej woli, z ciastem i kapką nalewki dla zdrowotności, założę spódnicę tą maminą i otworzę szeroko ramiona. Uśmiechnę się szeroko, opowiem co u sąsiadki za płotem i że tatę łupie w krzyżu, a w ogóle to jakiś zrzędliwy się zrobił i tylko dłubie w garażu przy tym swoim samochodzie. I że wnuki wezmę na weekend, chociaż w sumie nie… Dorosłe są i mają swoje życie. Poczęstuję obiadem albo i nie. Wysłucham, doradzę poproszona. Opowiem zapytana. Wypiję zaproszona.

A potem powiem, żeby wracały już do swojego życia, do studiów, pracy, dzieci czy wnuków. Bo ja sobie dam radę.

Sama, jak zawsze.

I wiem, że teraz pracuję na to, jak będę traktowana przez moje dzieci w przyszłości. Czy zostaną obok mnie, nie ważne ile kilometrów nas rozdzieli. Czy odwrócą się plecami, nie chcąc mieć ze mną nic wspólnego.

7 Komentarzy/e
  • Dorota

    Odpowiedz

    Mam mieszane uczucia. Z jednej strony zgadzam się a z drugiej czegoś mi tu brakuje. Chowanie dzieci to tez nauczenie ich ze warto jednak ta stara matkę odwiedzić żeby jej było miło nawet jak nam się nie chce. Dzieci nie chowa się dla siebie ale tez nie jak jakieś rybki w oceanie płyńcie i żyjcie sobie. Rodzina jest ważna i należy swoim przykładem to pokazać. Wtedy może wejdzie im w krew i będą…

  • Dorota

    Odpowiedz

    Pamiętały o starej matce nie tylko od Święta. Uważam ze to również stanowi o dobrym wychowaniu i byciu dobrym człowiekiem. Trzeba pamiętać o innych i nie nyslec tylko o sobie…

  • ita88

    Odpowiedz

    Jakoś wyjątkowo źle odebrałam ten tekst, ale być może dlatego, że bardzo dużo trudnych emocji teraz we mnie i mocno rezonują z Twoim wpisem.
    Jestem w drugiej ciąży po dość długich staraniach – 6 miesiąc. 3 tygodnie temu dowiedziałam się, że moja mama ma raka z przerzutami. Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że to czwarte stadium i mamie zostało niewiele czasu

  • ita88

    Odpowiedz

    CD.
    Planowała urlop, by pomagać mi po porodzie. Teraz nie wiem czy zdąży zobaczyć swojego wnuka. Choć obiecała nam walczyć. Dzieci nie muszą opiekować się swoimi rodzicami, ale często chcą, bo na tym polega miłość. By być przy tych, których kochamy na dobre i złe. I być do ostatniej chwili nie samemu ale wśród kochających ludzi, dla których to nie ciężar a ostatnie chwile z bliskimi.

  • ona

    Odpowiedz

    a mnie ten post wzruszył (a może inaczej można to nazwać) i chyba tylko dlatego, że zostałam głównie przez moja mamę chowana dla nich na starość:/

Skomentuj