Warszawa da się lubić, czyli moja przygoda z TVP.

453 Odczytano 3 komentarze

W środę, skoro świt, zapakowaliśmy tobołki i całym Hankowym zespołem stawiliśmy się frontem do stolicy. Pierwotnie założenie było takie, że PT wrzuca mnie do samolotu i do Warszawy lecę sama, ostatecznie Smark i Pan Tata pojechali w roli bicza na tremę. A trema była, oj była. Jak się później okazało, zupełnie niepotrzebnie.

Droga o dziwo upłynęła całkiem przyzwoicie, poza faktem, że przez bite 100km Hanisława raczyła nas odgłosami natury, przeistoczyła się w krowę. W drodze powrotnej uświadomiła nas, że musimy ją zaopatrzyć w tableta lub ekran w zagłówku, celem pacyfikacji bajkami. Możecie być za a nawet przeciw, kolejnej krowiej symfonii nie zniosę, takie podróże nie na moje nerwy, mój słownik wyrazów wulgarnych wzbogaca się z każdym wyjazdem.

DSC01160

Już na wjeździe do Warszawy obie nawigacje w telefonie pokazały nam faka, zgłupiały totalnie i jedna po drugiej skapitulowały. Najwyraźniej nie ogarnęły tak dużego miasta i czekałam tylko, aż na ekranie pojawi się napis „A… spierd***j”, po czym telefony wypną na nas oko ładowarkowe.
W końcu z naszym cygańskim taborem dotarliśmy  do położonego w samym centrum hotelu, gdzie przy dobrym wietrze, wychylając się z okna, można było poczuć zapach ubzdryngolonego tanią wodą toaletową dźwigowego w Pałacu Kultury.

DSC01209

Hampton by Hilton Warsaw City Centre

W Warszawie nic nie jest takie, jakie się wydaje. Po rozpakowaniu tobołów, ruszyliśmy watahą na zwiedzanie okolicy. Na dzień dobry ochrzciłam damami lekkich obyczajów warszawskie przejścia podziemne, gdzie moim zdaniem powinni postawić instrukcję obsługi dla małomiasteczkowych turystów. Niby wiesz jak iść, niby prosto, aż tu nagle na twojej facjacie maluje się barani wyraz twarzy, bo zamiast pod Pałacem Kultury, lądujesz na kolejowej zsyłce, na peronie trzecim.
Gdy chcę dojechać do swoich rodziców, mieszkających w porywach 5 km ode mnie, trasę łykam w 3-7 minut. Nie w Warszawie. Gdy stwierdziłam, że 1,6km do miejsca nagrania, które po długim mieleniu pokazała mi nawigacja, pokonamy w 3 minuty, sytuacja drogowa szybko zweryfikowała moje złudzenia, robiąc nam wycieczkę po drugim końcu miasta. Warszawscy kierowcy mogą spokojnie identyfikować się z tureckimi czy egipskimi, gdzie panuje zasada „ten ma pierwszeństwo, kto mocniej wali w klakson”. Na kreta wbijają się w każdą wolną dziurę, trąbią, wymuszają. Zasad- zero. PT po dwóch dniach nabawił się tiku nerwowego i tak, jak nigdy nie przeklinał, siarczyście pozdrawiał innych uczestników ruchu. Hamulce do wymiany a ja do tej pory mam odruch zapierania się nogami o fotel kierowcy.

Kiedy w końcu dotarliśmy do Pałacu Kultury, kiedy w końcu dźwigowa rodem z „Misia” wywiozła nas milion metrów w górę, co przypłaciłam chwilową utratą słuchu, co chętnie zaadoptowałby ode mnie małżon, bowiem trąciłam soczystym stresowym jadzikiem przez cały wyjazd, o czym go lojalnie uprzedziłam, wytarmosiło nas za kłaki na pałacowym tarasie widokowym. Hanka wniebowzięta, gdyby nie kraty, chętnie zainicjowałaby base jumping nad Warszawą. Zamroczeni Hankową śliną chlustającą na wietrze, pojechaliśmy odetkać moje uszy i zaliczyć pobliski mleczny bar, co wywołało dziki entuzjazm Hanisławy i powrót muczącej symfonii, wywołany krowami na każdej ze ścian baru.
W repertuarze był jeszcze Park Łazienkowski i Stare Miasto, które pochłonęło mnie totalnie. Pałam od tego czasu miłością gorącą do tego miejsca i zapowiedziałam PT, że kiedyś musimy się wybrać do stolicy na dłużej, zjeść śledzika u Gesslerowej w kwocie kończącej się dwoma zerami i potułać się między ulicznymi grajkami, których muzyka wzajemnie się przeplatała. Jako, że Hanisławę przypiliło trochę, wałówę całą opędzlowała wcześniej, siurem leciało od niej na kilometr, a i pora na ogarnięcie scenariusza występu się zbliżała, resztę atrakcji zostawiliśmy na dzień następny.

DSC01182

DSC01202

Jak to w Łazienkach bywa, czasami ktoś puści pawia..

Głównym punktem wyjazdu był matkowy występ w telewizji, o którym pisałam już wcześniej (klik, klik). Rozpoczęło się pozytywie, przykleiłam się do sedesu i stwierdziłam, że ni chu chu, nigdzie nie idę. Małż, bicz doskonały, prawie siłą doprowadził mnie na miejsce zbiórki, gdzie trema podwinęła ogon, zrobiła zwrot i odmaszerowała.
Po wstępnym zakryciu przez wizażystkę twarzy czymś, co sprawiło, że zagwizdałam patrząc w lustro, po ploteczkach z innymi „ekspertkami”, z którymi miałam dzielić kanapę, panią reżyser i prowadzącą Karoliną Malinowską, posadzili nas na kanapie, puścili klapsa i akcja dalej potoczyła się sama. Jak wyszłam? Nie wiem, pewnie zapłonę żywym rumieńcem, widząc siebie w telewizji, być może graficy zrobią magiczne Ctrl+X i się pożegnają z moją osobą, a być może okaże się, że całkiem dobrze mi idzie.

DSC01221

Pałac w Wilanowie

Jedno wiem na pewno, wyjazd na nagranie był całkiem fajną przygodą, PT tasował głową kierownicę słuchając setny raz tych samych podniet, z miłą chęcią spróbuję tego jeszcze kiedyś. Po raz kolejny przekonałam się, że mam fantastyczną rodzinę, wspierającą mnie w realizacji planów, w realizacji marzeń, że małżowi pomnik należy postawić za cierpliwość lub zwyczajne uodpornienie na moją wrodzoną wredotę.

Emisja programu 4 września 2014r. o godzinie 21.30, na programie TVP ABC.

3 Komentarzy/e
  • ~Diana_Adriana

    Odpowiedz

    Czekamy na występ. Będę śledziła ! 🙂

  • matka prawie wariatka

    Odpowiedz

    Genialnie! Obejrzalam filmic o Ws na yt!
    Super, ze odnosicie takie sukcesiory, a Hanislawa (zaraz po mojej corce jest najpiekniejsza na swiecie ) w mysl zasady, ze kade dziecko jest najpiekniejsze – dla jej wlasnej matki 😉

    Zaznaczylam, ze nie jeste spame
    (nie mam polskich znakow – chujnia…. .
    ._.

  • matka prawie wariatka

    Odpowiedz

    No I znowu mi sie angielska pisownia wlacza!!
    Kto mi kupi pilskiego laptopa? tablet chocby….
    🙂

Skomentuj