Wielka kumulacja.

2406 Odczytano 6 komentarzy

Stanowczo za rzadko biorę udział w konkursach a jak już wezmę to zawsze jebnie wielka kumulacja. Raz mi tylko nie poszło, jakieś siedem lat temu. Jak dziś pamiętam dzień, w którym poszłam na pierwszą randkę z PT i powiedziałam, że albo on albo 54 miliony, które prawdopodobnie dzisiaj wygram bo nie szukam miłości. Coś poszło nie tak i dziś jestem 5 lat po ślubie z dwójką dzieci w dowodzie.

Tym razem wygraną dostałam z półobrotu i z wrażenia rozlałam się na podłodze, gdy przesympatyczna pani doktor poinformowała mnie, że od dzisiaj (to jest zeszły poniedziałek) przez tydzień czynię wakacje z dwójką dzieci na wyspie zwanej Angina. Wiecie, 39 stopni, lody, dragi i ostre balangi w nocy. Nie powiem, że się ucieszyłam, bo w myślach od razu odnotowałam stos roboty jaka mi przez tydzień swawoli urośnie i już mi się twarz trochę mniej uśmiechała, trochę pobladła jakby i generalnie całą sobą krzyczałam „dlaczegokurwaja” i że w tempie rozwoju kariery „trzy dni żłobek, dwa tygodnie gile” dojdę co najwyżej do kasy w Biedronce, ewentualnie trwałego obywatelstwa w lokalnym PUP-ie.

Kiedy już zalogowałam się w domu z dwoma żądnymi chusteczek, środków przeciwgorączkowych i permanentnej uwagi osobnikami kategorii jęczącej i zamówiłam kartę stałego klienta w ośrodku psychiatrycznym, po raz trzeci tego dnia stwierdziłam, że macierzyństwo jest przereklamowane i całkowicie rozumiem politykę jednego dziecka, przygoda wydawała się dopiero zaczynać. Wyjątkowo mi się dzieci zsynchronizowały w tym całym chorobowym pierdolniku – i dobrze. Jeden konkretny nokaut a nie takie lanie po pysku raz jedna, raz druga. Jakby jedna skończyła chorować to później druga by zaczęła, if you know what I mean, a tak to intensywnie aczkolwiek krótko przeczołgały mnie po padole anginowym. W pewnym momencie zaczął łamać mi się też mąż ale gdy spojrzałam na niego wzrokiem bardziej „gdzie jest sznur od bielizny” niż „przyrodzenie ci niemiłe?”, chłop się zlitował i ostatecznie zdecydował się nie pochorować. Na domiar złego położyły się też zwierzęta w składzie dwa koty i pies. Sraczka nie z tej ziemi. Dosłownie i w przenośni.

Nawet było znośnie jak mi się dzieci pościeliły na kanapie i zasnęły w tempie trzy sekundowym, pozycjach na odrzutowca, czyli ogon do góry, ręce wzdłuż ciała, żeby opór powietrza przy wchodzeniu na orbitę snu był mniejszy i odpalony silnik nosowo – gardłowy. Znośnie było do momentu oddalenia się na przykład do toalety lub kuchni bo wtedy silniki zaczynały sygnalizować awarię i przecieki wybudzały pacjentki ze snu.

Po trzech dniach zaczęłam doceniać dzieci i czas spędzony razem. Gdzieś tam z tyłu głowy kołatało mi „wypuśćcie mnie stąd!” i kiedy tylko do domu wracał PT, ja ulatniałam się z domu pod pretekstem zakupów tamponów lub innych przywilejów, których nie mógł sprawować mój mąż. Nie żeby gościu nie wiedział czym jest tampon i ma jakikolwiek problem z wożeniem w koszyku podpasek, bo zdarzyło się ostatnio, że wracając z zakupów przyniósł do domu dwie paczki zupełnie mi nieznanych, które były akurat w promocji, z tekstem, że kropelki na opakowaniu się zgadzają więc może spróbuję czegoś nowego?

Czas spędzony z dziećmi pomógł mi docenić dobro najbardziej deficytowych instytucji w naszym kraju, czytaj przedszkola i żłobki a co najważniejsze – samotnych rodziców. Poważnie, ci to mają jakieś turbodoładowanie. Praca, dzieci, dom i niemożliwość wymeldowania się z tego majdanu na przykład do sypialni albo na promocję w Lidlu, kiedy ojciec zostaje zaciągnięty w szeregi opiekunek.

Podsumowując półtora tygodnia wachty na stanowisku gilołapacza, dwanaście zastrzyków, dwa opakowania antybiotyku i paczkę mokrych chusteczek na dzień stwierdzam, że potrzebuję sesji terapeutycznej. Najlepiej 300 km od domu, przez trzy dni. Tymczasem dopijam zimną już kawę, delektuję się pracą i ciszą. Ciszą i pracą. Tworzę w głowie wielkie projekty, tupię zniecierpliwiona nóżką bo chciałabym już, teraz, zaraz. Powoli zapominam jak się pisze, choć tęsknię za tym okropnie. Czy ktoś zna jakiś magiczny patent na zdrowie?

6 Komentarzy/e
  • Anna

    Odpowiedz

    Tak. Już to mówiłam. Wiek 6 lat. Nic tego poldiable nie bierze 😉

  • Mon

    Odpowiedz

    Pisz pisz pisz, prooooooszę!!!!
    Tak bardzo mnie to wszystko co czytam podnosi na duchu, serio
    Więc gdybyś nie miała z kim żeby móc w spokoju popisać sobie… Ekhm w sumie mieszkam w lubelskim, jedno 1,5 roczne turbodoładowanie plus drugie 6 tygodniowe w brzuszku plus brak wymiotów (jeszcze), ale za to mdli od jakiegokolwiek patrzenia w stronę jedzenia więc heloł, wybacz ale jednak nie pomogę 🙁

  • Mon

    Odpowiedz

    Ale pisz proszę bo ja uwielbiam to wszystko czytać! :))
    Wysyłam trochę energii i pozdrawiam cieplutko

  • Anula

    Odpowiedz

    Nie, ja nie … nie wiem, przykro mi …. niestety nie pomogę…… mnie już szlak trafił…… grzaniec próbuje rozgrzać ….. moje dziecię znowu w gilach….. j*bane przedszkole i maďki posyłające swe dzieci chore, które myślą, że chyba cierpię na brak urlopu, więc mi go fundują…. Wasze i Nasze zdrowie! Te fizyczne jak i psychiczne….. byleby do maja?????

  • Kika

    Odpowiedz

    Ja znam….Testowałam😉Zero przedszkola 😉😉😉Tylko na dłuższą metę się nie da…niestety😶😶😶

  • Kasia

    Odpowiedz

    Niestety nie ma lekko. Zawsze ktoś musi zostać z dzieciakami – u mnie pada na męża…. Zarabiam więcej od niego, więc kwestia tego kto weźmie urlop jest dość oczywista. 😀 Niemniej jak wracam do domu z pracy to czuję się tak jakbym musiała zrobić drugi etat…

Skomentuj