Wojna domowa.

1923 Odczytano 0 Komentarzy

Ostatnio w naszym domu nie dzieje się dobrze. Pakt o nieagresji został zerwany a obozy Hanki i Nadii weszły w stan wojny domowej. Sztama, którą trzymały przez wiele tygodni ustąpiła miejsca krzykowi, wyrywaniu, popychaniu i biciu. Kilkuletnie łzy płyną w akompaniamencie wrogich haseł. Wrogich na miarę pięciolatki i na tyle rozumnych, na ile jest w stanie ogarnąć je trzylatka.

Patrzę na to wszystko trochę z przerażeniem, bo ten szacunek, wpajany od dawna i ta wrażliwość do drugiej osoby, zaległa pod ziemią na miejscu wojennego topora. Szukam w tym wszystkim mojej pięcioletniej córki, która jeszcze niedawno była wzorem empatii, stawianym przed ogółem i nadzieją na to, że charakter odziedziczyła po ojcu.

Ja – osoba, która rozmawia z dzieckiem o miłości do drugiej osoby, która pokazuje dobro świata i wyjaśnia, na czym polega zło – nie mogę poradzić sobie z dzieckiem. Codziennie zderzam się ze ścianą złości, uszczypliwości i buntu. I nie wiem już, jak mam rozmawiać. Brakuje mi argumentów.

Chciałabym, żeby moje dzieci mi ufały.

Chciałabym, żeby moja osoba była dla nich czymś w rodzaju przystani, gdzie usiądą na chwilę, wypiją kawę i wrócą do swoich spraw. Żeby, już jako nastolatki, znalazły czas w swoim napiętym harmonogramie, na kilka słów, niewymuszonych.

Chciałabym być bunkrem, który uchroni je, kiedy świat zawali się na głowę. Ale wiem, jak to jest z matkami. Trzymamy je blisko, ale wciąż jednak na dystans. Są rzeczy, które siedzą w mojej intymności tak głęboko, że powiedzenie o nich mamie wydaje się być dziwne tak samo, jak japonki, oddzielające duży palec od reszty stopy, w drodze na Kasprowy. Stąd też od dawna wykładam w dwum małym studentkom rzecz o siostrzanej przynależności. Marzy mi się, żeby kiedyś moje dzieci były dla siebie najważniejsze na świecie. Nie ja, nie Grzesiek. Siostra.

I tak naszło mnie wczoraj, po pewnej rozmowie, że chcemy, aby nasze dzieci nam ufały, by czuły się bezpiecznie, a zamykamy im niejednokrotnie inną drogę ucieczki. No bo, ile z Was uczy dzieciaki, że mogą pójść z każdym problemem do wychowawczyni w przedszkolu lub nauczycielki w szkole? Lub do dziadka, cioci, jeśli nie chcemy tak daleko sięgać.

Swój dom traktujemy jak oazę, raczej nie życzymy sobie, by ktoś wiedział, co się dzieje w środku. Mamy swoje sprawy, swoje kłótnie, swoje humory i problemy. A w tym wszystkim, często niezauważone jest dziecko. Ono widzi, odczuwa nasze emocje. Kiedy rodzice się kłócą, kiedy mają ciche dni. Wierzę, że na Hankę wpływa moja frustracja, widzi kiedy nie radzę sobie z problemami i jak wtedy reaguję. To ja uczę jej reakcji typu krzyk, kiedy się zdenerwuje. To u mnie widzi frustrację i słyszy, kiedy odszczeknę coś Grześkowi. To ja mówię „zaraz” kiedy ona prosi mnie o nalanie picia i wkurzam się, kiedy ona rzuca „zaraz” na hasło mycia zębów.

I wiem, że nie zawsze będziemy się dogadywały. Wiem, że będą dni, kiedy obie będziemy chciały się wysłać w kosmos. Kiedy ja ją będę irytowała a ona mnie. Kiedy ona przeniesie pewne nawyki do przedszkola, a później pewne zachowania do szkoły.

Wczoraj długo analizowałam swoje zachowanie względem bliskich. Postanowiłam trochę stonować z emocjami, skupić się na wewnętrznym spokoju i jeszcze bardziej stawiać w skórze drugiej osoby. Zacząć zmiany od siebie a później, jeśli to nie podziała, zastanowić się, jak pokierować dzieckiem. Analizować najpierw swoje zachowanie i to, jak wpłynęło ono na dziecko.

I w tym wszystkim jest jeszcze kwestia zaufania moich dzieci. Traktuję to jako zwierzanie się przyjaciółce lub koleżance na kawie. Nie raz psioczymy na naszych facetów, na pracę. Musimy się wygadać, ponarzekać. Ale zabraniamy dzieciom wynosić z domu pewne rzeczy. Ale jakiś czas temu zrozumiałam, że dziewczynki powinny mieć jakąś przystań, oprócz rodziców. Osobę, której będą mogły się wygadać, powiedzą o swoich emocjach, strachu i wątpliwościach. Nie oznacza to, że mają wynosić z domu wszystkie informacje. Ale dobrze usłyszeć czasami od osoby trzeciej, że dziecko ma jakiś problem i co mogło na niego wpłynąć. I nie powinniśmy wtedy denerwować się na malucha, że z tym problemem poszedł do osoby obcej. Bo tej obcej czasami łatwiej się zwierzyć, niż komuś bliskiemu. Poza tym, patrząc na świat hejtu i relacji między nastolatkami, dziecku czasami jest wstyd porozmawiać o czymś z rodzicem. Chciałabym, żeby Hania i Nadia wiedziały, że zawsze mogą i wręcz powinny zwrócić się do kogoś o pomoc. Bez względu na to, czy to będę ja, czy ciotka, mieszkająca 500 km od nas.

Trochę pracy przede mną, przede wszystkim nad sobą.

Trzymajcie kciuki <3


Spodobał Ci się ten wpis? Będzie super, jeśli puścisz go dalej w świat, na przykład na Fejsbuku.

0 Komentarzy/e

Skomentuj