O tym, jak Hanisława ze stówki mnie oskubała.

1116 Odczytano 2 komentarze

Hanisława śpi, Małż nakarmiony, więc znalazłam chwilę na napisanie postu. Dzisiaj będzie o sztuce manipulacji, którą moja córka opanowała do perfekcji. Mówią, że po mamie ale gdziieeee tam. Ja łagodna jak jagnięcina jestem.

Have fun.

Dzień wczorajszy rozpoczął się jak każdy inny. Pobudka o 7, leżymy z Hanisławą w łożu małżeńsko-dziecięcym. Podstawiam pierworodnej pierś pod nos, coś na wzór samoobsługi. Aktualnie w ofercie tylko mlesio, lokal nie dorobił się jeszcze innych potraw. Sama w pozycji na jogina (żeby młoda dosięgnąć mojej miseczki B mogła), wyciągam jeszcze kilka minut. Jak to w takich sytuacjach bywa, Hanisławie w najmniej odpowiednim momencie zbiera się na gadanie. Guga, głuży, memla językiem, rapuje i śpiewa piosenki (dosłownie). Jak widzi, że jej nie słucham zaczyna pluć. Ostatnio Babcia D. nauczyła ją robić „pffff”, co w jej przypadku kończy się wodospadem śliny wypływającej z ust, wprost na twarz rozmówcy. Oczywiście ją to bardzo śmieszy, co wyraźnie okazuje. Otwieram jedno oko, słucham, pomrukuję, zamykam. Po chwili po policzku spływa mi mały glutek. Sorry, przysnęło mi się. Otwieram, słucham dalej i kiwam głową, że wszystko rozumiem. Jak nie pokiwam to raczy mnie kolejnym glutkiem, albo wkłada palce do nosa. Jak już jej się znudzi to zazwyczaj zabiera się za zrzucanie mnie z łóżka. Hanisława przybiera pozycję do półobrotu i częstuje mnie siarczystym kopniakiem w żebra, przysuwając się do mnie coraz bliżej. Kiedy już wiszę tyłkiem za łóżkiem, nie ma wyjścia, trzeba wstać. Czasami zbieram się jeszcze na odwagę, by spróbować do łóżka wrócić, ale wtedy dziecię rozkłada się na moim miejscu w pozycji „na Jezusa z Rio” z zacieszem na buzi. Oczywiście Pan Tato ani drgnie. Jest ona, jest tato, spadaj mamo, tylko zostaw cyca.

Po wczorajszym rutynowym poranku coś się zmieniło. Hanisława nagle dostała jakiegoś focha, ze słodkiego niemowlaczka zamieniła się w babę z PMS. Zaczęło się od standardowego płaczu. Wyciągnęłam zestaw ratunkowy 3w1 (mleczarnia, pocieszacz, usypiacz), ale dziewczę ze skrzywieniem odwróciło głowę. Drugi zestaw (bardziej lubiany cyc) też nie pomógł. Płacz przybierał w decybelach, trzeba dziecię ratować, pewnie zęby idą, dziąsła swędzą albo od tego gadania język spuchł. Calgel na palucha i heja pędzlować paszczę. Chyba odbezpieczyłam zawleczkę, bo to Haniutka dodatkowo rozjuszyło i gdyby miała zęby, upierniczyłaby mi pół palca. Poczekałam, aż rozluźni szczęki i sprawdziłam uszkodzenie dłoni. Niestety Calgel pomógł tyle co stringi podczas rozwolnienia a szklanki zaczęły pod wpływem drgań chodzić po stole. Zaaplikowałam dziecięciu termometr gdzie trzeba, o mało trzonka pośladkami nie urwała i nagle jest ! Stan podgorączkowy.
Zrobiłam to, co w takich sytuacjach chyba każda młoda matka robi, zadzwoniłam do tej mądrzejszej, czyli Babci D.

– Młoda ma stan podgorączkowy i drze się jak stare majty. RATUJ!
– Może chce jeść?
– Cooo ty… Cycolek, wróg numer jeden.- Szybki rzut okiem na Hanisławę, zmieniała kolorki od bladego różu, przez buraczany do purpurowego. Razem z mądrzejszą doszłyśmy do wniosku, że nie ma rady, trzeba się posilić poradą kogoś w kitlu. Szybko przeliczyłam żółtaki w portfelu, może starczy. Przyjechała Babcia D., spojrzała na Hanisławę a ta co? Uśmiech jak po LSD, piszczy radośnie. Mądrzejsza pomyślała zapewne, że matka paranoiczka, bo dziecię wygląda na zdrowe jak nigdy. Zanim synapsy mi zaskoczyły i pomyślałam o tym, by odwołać prywatnego lekarza, pani doktor zapukała do drzwi. Czerwona od wbiegania na parter, złapała oddech, rzuciła szybko, że podskoczyła do nas w drodze z przychodni do domu i ją wyrwaliśmy od ważnych czynności, np. palenie (śmierdziała jak palarnia w TESCO) i zapytała co się dzieje. Na co ja, matka wyrodna (aktualnie i pacjentka) trzymając w ręku uchachane dziecko, stwierdziłam, że teraz to już chyba nic i w ogóle to przepraszam za kłopot i może sobie już iść. Pani doktor łatwo się nie poddała, spojrzała na mnie wzrokiem Kuby Rozpruwacza, dziecię opukała, osłuchała i stwierdziła, że boli brzuch, pewnie od tej pizzy XXL co na stole bezwstydnie się rozłożyła, a tak naprawdę to najzwyklejszy w życiu foch. Może jej się kolejny odcinek „Ukrytej Prawdy” nie spodobał? Zęby jeszcze się nie wykluwają, mała nawet nie ma ich w planach. Rada, nierada, zapłacić trzeba. I wtedy humor z doskonałego (w końcu Haniutek zdrowy), zmienił mi się na ponury. Szlag trafił nowe buty, zaczęłam wygrzebywać z portfela stówkę.

Spoko, doliczę do rachunku Hanisława !

Po wyjściu służby zdrowia stwierdziłam Hanisławie, że muszę ją cyganom sprzedać, coby jednak te buty kupić i chyba zakumała o co chodzi, bo od razu grzeczniejsza się stała. Do wieczora wzór konspekt, nawet pospała trochę, ani razu nie płakała i znowu zaczęłam się martwić. W końcu zmiana o 180 stopni też nic dobrego nie wróży. Wtedy mi się przypomniała historia z cyganami i z dziecięciem się przeprosiłam. Skubana, niecałe 4 miesiące ma, a jednak do serducha swojego małego sobie słowa matki nieidealnej wzięła. Przykro mi się zrobiło, potuliłam Haniutka i obiecałam, że sprzedam tatę, nie ją.

Później zasnęła…

 

Odwiedzajcie i lajkujcie nas na Facebook’u !

https://www.facebook.com/nieidealnamatka

2 Komentarzy/e
  • ~lubinianin

    Odpowiedz

    Za Pana Tatę mniej dadzą bo wątroba zniszczona 😀

  • Nowa w wielkim mieście

    Odpowiedz

    Ach te poranki z dziecięciem! I te małe paluszki w oku i nosie 🙂 Nie ma to jak dziecko skaczące po zaspanej matce 🙂
    Kurcze, ale fajnie mi się Ciebie czyta od początku! Mąż właśnie dotarł do domu po pracy i pewnie będzie coś ode mnie chciał, więc mam dylemat – czy czytać dalej czy iść spełniać małżeńskie obowiązki? 😉 No ale czytanie dłużej trwa :))

Skomentuj

Facebook