8 grzechów głównych, które popełniam jako matka.

2781 Odczytano 1 Komentarz

Pewna niesprawiedliwość panuje wśród moich dzieci. Zwłaszcza, że jedno chce smakować życia, wyciąga sześcioletnie rączki dosłownie po wszystko, co podstawiam jej pod nos. Trochę zaspokajam tym swoją macierzyńską ambicję z gatunku tych zdrowych, bo ja takich możliwości w wieku kilku lat nie miałam. I tym sposobem, pytam dziecko, czego chciałoby spróbować, czego zasmakować na tym etapie dorastania. Czy jeździć na nartach po całkiem dorosłych stokach, czy pływać doskonale, czy może zostać baletnicą albo złoić kilka tyłków na treningach ze sztuk walki. Wybiera dwa rodzaje zajęć i dzień po dniu rozwija swoją pasję, być może chwilową. Cieszę się, że mogę dać jej tą możliwość, stać mnie na to by moje dzieci w przyszłości stwierdziły, że to właśnie mama towarzyszyła im na tym etapie rozwoju. Drugie dziecko natomiast, całkiem sporo odrośnięte od ziemi, jednak nadal za mało, żeby brać udział w jakichkolwiek zajęciach, reprezentuje gatunek ławkowców czekających. I tak trzy dni w tygodniu, zalega ze mną na ławce pod salami, halami i basenami, wbijając wzrok w telefon. Trzy dni w tygodniu Hanka powiększa swój dług wdzięczności, kiedy to za dziesięć lat młodsza siostra będzie chciała pożyczyć pięć dych na nową bluzkę i przypomni jej, że tylko dzięki jej wyrozumiałości, czy też braku wyboru, Hania wiesza na ścianie kolejny medal.

I tak siedzę na tych zajęciach, pilnuję żeby mi się młode nie wrypało do basenu, odpalam You Tuba i rozmyślam, jak to dobrze, że ktoś wymyślił telefony z dostępem do internetu, chrupki arachidowe i drożdżówki, pochłaniane szybko w drodze na trening. Lustruję inne mamy, które biegają za młodszym rodzeństwem w tę i z powrotem, wyciągam przed siebie nogi, gładzę okładkę książki i stwierdzam, że mi się biegać nie chce. Że praca, dom i opieka nad dziećmi wystarczająco dała mi w palnik, a książka czytana przez godzinę pod salą gimnastyczną jest chwilą zasłużoną i wyczekaną.

Takich grzeszków mam więcej na sumieniu. A Wy?

Moje dzieci używają elektroniki.

Kiedy chcę się ich „pozbyć” na chwilę, kiedy muszę ugotować obiad albo ogarnąć pracę, sadzam je przed telewizorem lub tabletem. Czasami najzwyczajniej w świecie nie mam czasu, żeby wymyślać im zabawy, jako że żyję na wiecznym niedoczasie, a doba jest dla mnie zdecydowanie za krótka. Czasami też potrzebuję czasu jedynie dla siebie, bo wbrew pozorom, nie mam go w ciągu dnia wiele. Niemal każdy dzień mamy wypełniony po brzegi, a do domu wracamy, kiedy jest już ciemno. Bywam zmęczona pracą i dziećmi, dlatego jestem wdzięczna za każdą pomoc – także tą elektroniczną.

Czasami „wykorzystuję je” do swoich interesów.

Na przykład wtedy, kiedy leci fajny film albo scrolluję Fejsa, a Nadia chce siku i nie potrafi zapalić światła w łazience. Hanka póki co, bardzo chętnie prowadzi ją do toalety, robi kanapki i czyta książki na dobranoc. Nadia lubi zanosić talerze do zlewu i wycierać kurze. Są idealnym uzupełnieniem mojego wewnętrznego lenia 😀

Jedzą śmieciowe żarcie.

Nasz tryb życia częściowo wyklucza codzienne obiady w domu. Raz na kilka tygodni czy miesięcy zdarza się, że jemy w fast foodach. Czasami, zamiast obiadu wciągają słodką bułkę, lub paczkę chrupek. No i przecież w trasie kurczaczki z Maka smakują o wiele lepiej niż kanapki zrobione przez tatę! W przyszłym roku, kiedy Hania nie będzie miała w szkole pięciu posiłków, będę musiała się wziąć w garść. Cholera.

Przekupuję je słodyczami.

Jedno z najtrudniejszych zadań w całym moim macierzyństwie to dobudzenie Nadii po drzemce. Niestety, jako starszak w przedszkolu już nie ma leżakowania, co wiąże się z tym, że często zasypia w samochodzie, w drodze do domu. O 17… Żeby ją dobudzić, podkładam jej pod nos słodycze. Momentalnie podnosi jej się cukier we krwi, o ile oczywiście wcześniej nie rzuci cukierkami w ścianę. Hanka z kolei jest totalnym niejadkiem, do tego jest vegetarianką. Nie lubi nowych smaków, a przy jej vege, staramy się wymyślać nowe potrawy, żeby zastąpić mięso. Czasami jedynym sposobem, żeby chociaż powąchała kotlety z cukinii jest obietnica cukiereczka po obiedzie.

Odmaczają się w wannie.

Taaak… To kolejny wyraz mojego wewnętrznego lenia. Zdarza się, że moje dzieci siedzą w wannie przez dwie godziny. One świetnie się bawią, a ja mam czas dla siebie.

Wysyłam je do przedszkola, nawet kiedy nie muszę.

Wiele razy spotykałam się z opinią, że nie powinnam wysyłać dzieci do przedszkola, skoro pracuję w domu. Ludzie myślą, że ja w tym czasie siedzę przy serialach i piję kawkę, napisanie tekstu zajmuje pół godziny, a wysłanie paczek, zrobienie księgowości i wszystkie około produkcyjne tematy robią krasnoludki. Moje dzieci potrafią się bawić same ze sobą, niestety bardzo łatwo wybić mnie z rytmu pracy, zwłaszcza kiedy piszę teksty. Do pracy potrzebuję mieć totalną ciszę i spokój. Przez sześć lat pisania bloga Grzesiek nauczył się, że nie może odezwać się do mnie słowem, kiedy pracuję. Często wyciszam telefon, bo każde odebranie wiadomości czy rozmowy kończy się „wybiciem z rytmu”.

Czasami jednak robię sobie dzień wolny lub kilka godzin bez pracy, podczas których nie robię zupełnie nic. Celebruję ciszę, czytam książkę, leżę w wannie. Wolę czasami przycisnąć z robotą, by następnego dnia pokarmić mojego wewnętrznego lenia.

Czasami podrzucam dzieci dziadkom, żeby porobić swoje rzeczy.

Przez wiele lat skupiałam się jedynie na dzieciach, rodzinie, przyjaciołach. Brakowało mi takiego czasu tylko dla siebie. Nie lubię nieproduktywności. Nie lubię siedzieć na tyłku, nie lubię kiedy nic się nie dzieje. Czas tylko dla mnie uważałam za marnotrastwo i dopiero niedawno nauczyłam się, że żeby zadbać o innych, najpierw muszę zadbać o siebie. Zapisałam się na jogę, jeżdżę sama w góry, chodzę na samotne spacery, a ostatnio na grzyby. Nie boję się pytać rodziców lub teściów, czy zostaną z moimi dziećmi, bo chcę skoczyć na jogę. Kiedy czuję, że mam za dużo na głowie, proszę o pomoc, nie chojraczę sama przed sobą, że ze wszystkim sobie poradzę. Wiem, że dam radę, tylko przestałam widzieć sens w zażynaniu się dla innych.

Czasami nie słucham jak coś do mnie mówią.

No zdaaarza mi się, no… Zdarza mi się wyłączyć, kiedy dzieci coś do mnie mówią, albo zapatrzeć w telefon tak, że totalnie nie słyszę ich super ciekawych opowieści o nowym odcinku Psiego Patrolu. Zdarza mi się zamyślić i dopytywać trzy razy, co mówiły. Udaję wtedy zawsze, że nie usłyszałam 😛

A Wy jakie macie grzeszki, jako rodzice? 🙂

1 Komentarzy/e
  • Iwona

    Odpowiedz

    Grzech nr 1 – podanie dziecku telefonu dla „świętego spokoju”, włączenie po raz milionpięćsetny shreka czy krainy lodu tudzież toy story (wszystkie części sic!)
    Grzech nr 2 – „Mamo, mogę zostawić M na weekend bo chcę ………………..(umyć okna, jechać na imprezę, spotkać się z dziewczynami, jechać SAMA na zakupy, posprzątać, wyspać się – wpisz dowolne ^_^)

Skomentuj