Chcesz wychować pewne siebie i wartościowe dziecko? Najpierw polub siebie.

0 Komentarzy

Gdybym miała wymienić absolutnie jedną rzecz, która sprawia, że cały mój pluszowy świat staje się sprany i nie pachnący kwiatowym płynem do płukania tkanin i który powoduje, że z szampana ulatniają się bąbelki, a rano nagle się pojawiają – w zestawieniu z toaletą, byliby ludzie.

Bo jak wytłumaczyć na przykład, że my kobiety – najpiękniejsze co Bozi wyszło na tym ziemskim padole – osobniki myślące ponadprzeciętnie, walczące od stuleci o wolność i równość, wygłaszające te wszystkie feministyczne poglądy, walczące o prawo do własnej macicy i trzymające za siebie kciuki na porodówkach, jak to jest, że my tak bardzo się nie lubimy?

Jak to jest, że przyklaskujemy patrząc sobie w oczy, po to by po chwili przewrócić gałkami w najbardziej krytycznym wymiarze? Że walczymy o to, kto wie lepiej, więcej i czyja prawda jest prawdziwsza? Porównujemy kto jest lepszą matką i zamiast powiedzieć „Może potrzebujesz pomocy?”, krzyczymy wymownie „Robisz to źle!”.

I w ramach codziennego sportu o pałeczkę pierwszeństwa uznajemy, że wiemy wszystko na temat fotelików, karmienia piersią (bądź nie), szczepień, noszenia w chustach i nosidłach, chodzików, sadzania niemowlaków i rozszerzania diety? Dlaczego po prostu, nie możemy przejść obok tego, co jest nam solą w oku, obojętnie? Tylko pchamy się nieproszone, sypiąc sobie w twarz z zawiścią? Dlaczego nie potrafimy wyrzucić kamienia, który uwiera w bucie – tak po prostu, zamiast próbować przesunąć go dużym palcem?

Idąc dalej tym tropem i odchodząc nieco od uciemiężonych życiem kobiet, które nie lubią dużych piersi, zrobionych ust, wygładzonych zmarszczek i torebek, na które je nie stać, a które mają koleżanki, przejdźmy do tematu ludzi w ogóle.

Od kwietnia jakoś, nie scrolluję Fejsa. Autentycznie, wypisałam się z tej dziwnej rzeczywistości, w której każdy ma coś do powiedzenia na tematy Covidowe i w której wiedza oparta jest na doktorze Facebooku. Martwią mnie marsze, martwią mnie komentarze, w których ludzie życzą sobie śmierci, lub co najmniej odrąbania nogi i martwi mnie czas, spędzony na czymś innym, niż na własnym życiu. 

Zastanawiam się, dlaczego jeden Marek, z drugą Kasią, co to z profilowego mają może 13 lat, piszą, że „bombelki to trzeba topić w kupie gówna zaraz po urodzeniu” i jak bardzo nieszczęśliwi muszą być.

Dlaczego pan Roman pisze o pani Marioli, której w życiu nie widział na oczy, ocenia po jednym komentarzu, że jest głupią pizdą?

Co do głupich pizd, usłyszałam pod szkołą, jak – nazwijmy go Karol, który ledwo odrósł małżowiną uszną od ziemi – woła do kolegi „Chodź tu głupia pizdo” i w ramach przyjacielskiego gestu, pokazuje mu ten wymyślony przez Kozakiewicza. Przychodzi mi wtedy na myśl, chociaż ja idealna nie jestem, że „Karolku, dziecko drogie, przecież w Psim Patrolu tego nie pokazywali”.

Zdarzają się momenty, w których myślę, że świat to jednak nie idzie w tym kierunku, w którym chciałabym, żeby pomykał. Bo ja mam w głowie tylko jednorożce, Peace, love and pianki Marschmallow. I odnoszę wrażenie, że niektórzy mają we krwi czarną polewkę, serwowaną wszystkim, którzy nie są zgodni z ich schematem rozumowania. Że w ich żyłach płynie jad i złośliwość, okazywana bohatersko zza szklanego ekranu, bo w życiu realnym, czyli takim, gdzie rano je się jajecznicę na śniadanie, a później przeprowadza się staruszki przez ruchliwe skrzyżowanie, spuszczają głowę w obawie, że im ktoś odważniejszy spojrzy w oczy.

I tutaj przechodzę do sedna sprawy, do pytania, które chciałam zadać kilka akapitów temu – dlaczego nie chcemy się dogadać, wspierać, przyjaźnić i być dla siebie miłymi? Czy świat nie byłby lepszy, gdybyśmy tępili palce na klawiaturach pisząc innym dobre rzeczy? Czy musimy sprawiać, żeby inni czuli się gorzej, bo wtedy my czujemy się lepszymi?

I jak tu wychować obywateli, solidarnych z własną wartością, która nie burzy fundamentów drugiego człowieka? Jak wychować dzieci, które szacunku nie będą uczyły się na lekcjach historii, tylko od własnych rodziców? Niektóre dzieci szacunek do człowieka znają tylko z opowieści mamy, bo w praktyce to trochę noga są. Jak mamy wychować ludzi, którzy lubią siebie, skoro my sami nie lubimy? Zarówno siebie samych, jak i siebie nawzajem?

Możecie mówić, żeby patrzeć na własne podwórko, na własne cztery ściany i własne owoce, które zbiorę za jakiś czas z tego ogrodu macierzyństwa, który podlewam, pielęgnuję i plewię każdego dnia, jednak moje serce chciałoby oblać lukrem te spalone ciastka, które chce się uratować przed wyrzuceniem do kosza. Bo taka Hania, Nadia, Janek, Michał i inne dobre plony, które nauczone są czynów absolutnie czystych w całej swojej postaci, mogą kiedyś trafić na te niedobre ciastka.

I będzie sraczka. 


Photo by Ben Duchacon Unsplash

0 Komentarzy/e

Skomentuj

error: Content is protected !!