Czy Cosatto Woosh to dobra spacerówka na wakacje?

956 Odczytano 2 komentarze

W życiu każdej matki nadchodzi taki moment, kiedy jej dziecko odkrywa pokłady mocy w nogach i bezpowrotnie rezygnuje z wózka. W przypadku Nadii były to dwa lata na karku, z czego ponad rok wcześniej zrozumiała, do czego służą stopy i że nie są to cele degustacyjne. W przypadku Hanki, chociaż jest prawie dwa razy starsza, ten moment jeszcze nie nastąpił i zapewne nie nastąpi nigdy, gdyż dziecko wdało się w mamusię i próbuje sobie ułatwić życie na wszelkie możliwe sposoby.

Wszystko byłoby oczywiście super, gdyby te ledwo odrośnięte od ziemi króliczki Duracella podążały zgodnie z trajektorią lotu rodzica, bez pit stopów, czynionych przy każdym ślimaku i kolejnym, najpiękniejszym na świecie kamieniu. Tak też wyglądały początki spacerów z Nadią. Dwa kroki w przód, trzy w tył, jeden w prawo, sześć w lewo. Serce mnie bolało, bynajmniej nie z powodu sposobu poruszania czy jego tempa, a faktu, że jestem gadżeciarą totalną i lubię wózki. W swoim życiorysie miałam już kilka – tych za grosze, za nerkę i pół wątroby, designerskich i tych trochę mniej. Poza tym, nie ukrywajmy – dużo łatwiej wraca się z zakupów z dzieckiem spacyfikowanym pasem biodrowym, niż próbując ogarnąć swoje życie sześcioma rękami za mało, przez testujące nasze zdolności psychoruchowe pacholę.

Niemniej jednak, kiedy mieliśmy udać się na wakacje, w imię własnej wygody i w myśl plastiku z Chin, noszonego tonami na plażę, w formach zwierzątek, łopatek i zamkowych wież, mających za zadanie ukształtować z piasku królewskie budowle, postanowiłam zaopatrzyć się w lekką spacerówkę. Oczami wyobraźni ładowałam do niej ręczniki, połowę hipermarketu na wypadek końca świata lub wilczego głodu mojego miotu, dmuchanego bakłażana albo inny kawałek pizzy, modny w okręgach Instagramerów i na końcu ruchliwą trzylatkę. Wszystko byłoby piękne gdyby nie fakt, że dla Nadii wózek oznacza tyle, co książka o wychowaniu dzieci dla nauczycielki z trzydziestoletnim stażem. Wjazd na jej honor i zaprzeczenie umiejętnościom zdobywanym przez LATA pracy.

Nadia jest typową dziewczynką. Jak na typową przedstawicielkę płci żeńskiej, w głównym kręgu zainteresowań Nadki leżą dinozaury, Psi Patrol i Zygzag Mcqueen. Gardzi kolorem różowym i mówi o sobie „Hubert”. Zanim jednak świat postawi diagnozę i przyklei mi łatkę pato matki, która zamiast nawracać dziecko na lalki, kupuje jej kolejnego T-Rexa albo wóz strażacki, pozwolę sobie pokazać Wam wózek, który usadowił chwilowo moje dziecko w miejscu. Co więcej, rozbudził w niej potrzebę nadrobienia zaległości w poruszaniu się pojazdem sterowanym rodzicielską ręką.

Co jest najważniejsze w wózku, który zabieramy na wakacje?

Umówmy się – kiedy masz pod ręką dwójkę dzieci, co najmniej trzy półtonowe walizki i cztery plecaki z kabanosami, to średnio chce Ci się tachać dodatkowe kilogramy wózka.

Cosatto Woosh jest lekki. Ale tak naprawdę lekki. Woosh waży tyle, co moje dodatkowe kilogramy po dwóch tygodniach allinclusive w Grecji. Łapiesz go jedną ręką, dziecko w drugiej i jeszcze dźwignęłabyś trzy siatki z Biedronki.

Wózek jest całkiem spory. Pomieści nawet sześciolatkę, mieszczącą się w górnej granicy siatki centylowej. O wadze nie wspomnę, bo Hanka należy do wagi półśmiesznej i za rok to ona będzie nosiła ciuchy po Nadii, nie na odwrót. Niemniej jednak, fura poniesie 25 – kilogramowe dziecko. Przy tym składa się jednym ruchem ręki, w małą kosteczkę.

Kiedy już witałam się ze swoją zajebistością, wzbudzając podziw na polskiej części hotelowej dzielni oryginalnym dizajnem, okazało się, ze wśród Anglików wózek wcale nie był takim sztosem. Podczas wakacji spotkałam trzy inne dinozaury, jednak z właścicielem każdego z nich, Nadia witała się jak ze starym znajomym. Taki Dinoklan nad hotelowym basenem. Okazuje się, ze w Wielkiej Brytanii Cosatto to jedna z najbardziej rozpoznawanych i lubianych firm. I ja się nie dziwię, bo to już mój drugi wózek tej angielskiej firmy.

Idąc dalej z parametrami, to z istotniejszych rzeczy, wózek rozkłada się na płasko. Jako, że Nadia jeszcze śpi w ciągu dnia, sama wchodziła do wózka, naciągała na głowę dużą budę i przesypiała w nim po dwie – trzy godziny. Również Hanka nie wybijała głową „sufitu”, kiedy pod nieobecność siostry ładowała się do wózka. Takie trochę fiku miku odprawiła mi przed lotem powrotnym, kiedy podjechałam pod wejście samolotu wózkiem a ona zasnęła, chwilę wcześniej. I wierzcie mi, lot z dzieckiem na kolanach, kiedy w głowie huczy wczorajsza, ostatnia noc allinclusive to trochę jak jeżdżenie rozżażonym gwoździem po skroni.

Jeśli chcecie wiedzieć, jak jeździ Woosh, to jeździ całkiem dobrze. Kółka się kręcą, a jak ktoś zajdzie nam drogę to możemy zadzwonić dzwonkiem zamontowanym przy rączce. Czaicie to? Dzwonicie na ludzi przed sobą a później rżniecie głupa, że nie wiecie kto jest sprawcą zamieszania.

Na powierzchniach płaskich wózek radzi sobie całkiem dobrze, prowadzi się jedną ręką. Przetestowaliśmy greckie krawężniki (kto był ten wie) i Zakynthoskie chodniki. Nic nie odpadło, nie zgubiliśmy żadnego dziecka i nie nabawiliśmy się Parkinsona w nadgarstkach. Podbija się tak dobrze jak aukcja znajomego na Allegro, co jest funkcją niezwykle istotną dla nałogowych telefonistów, dzierżących w jednej ręce wózek, a w drugiej smartfona.

Dizajn?

Zapytajcie swoich dzieci.

Cosatto Woosh Dino Mighty
Cosatto Woosh Dino Mighty
Cosatto Woosh Dino Mighty
Cosatto Woosh Dino Mighty
Cosatto Woosh Dino Mighty
Cosatto Woosh Dino Mighty
Cosatto Woosh Dino Mighty
Cosatto Woosh Dino Mighty
Cosatto Woosh Dino Mighty

Cosatto było naszym partnerem podczas wyjazdu na Zakhyntos. Więcej informacji o kolekcji znajdziecie na www.cosatto.com.pl

2 Komentarzy/e
  • topaseptic

    Odpowiedz

    Jak wózek sprawuje się na innym podłożu niż asfalt, kostka i chodnik? Np po trawniku lub po prostu po ziemi.

    • matka-nie-idealna

      Dla mnie to jeden z lepszych wózków. Do tej pory najlepszy był mutsy nexo. Ten idzie z nim łeb w łeb.

Skomentuj