Dam Wam jedną, najlepszą z możliwych rad odnośnie macierzyństwa.

2342 Odczytano 2 komentarze

Gdybym sześć lat temu wiedziała co mnie czeka, być może odłożyłabym macierzyństwo jeszcze na chwilę. Może nie spieszyłabym s ię tak do nieprzespanej nocy, do „buntu” dwulatka i strachu, który paraliżuje w każdym momencie życia. Może nie spieszyłabym się tak do odpowiedzialności o jeszcze jedno życie, a w zasadzie to dwa – totalnie ode mnie zależne. Może wyspałabym się jeszcze przez chwilę i wyszłabym spontanicznie do toalety, bez planowania tego trzy dni wcześniej.

I mogłabym przeczytać wszystkie książki, blogi specjalistów i poradniki. Mogłabym skończyć kursy oraz szkołę rodzenia. Mogłabym zrobić studia pedagogiczne i zostać specjalistą w każdej możliwej dziedzinie.
Tylko że po sześciu latach wiem, że macierzyństwa nie da się nauczyć z książek i poradników. No nie da się.

Bo chociaż w tym poradniku piszą o kolkach, to jednak gdzieś im umyka, że krzyk pełen bólu dziecka, rozrywa serce matki. Nie uczą, jak powstrzymać łzy płynące z niemocy, kiedy nie masz siły nosić trzecią godzinę dziecka na ręku. Nie uczą co robić, kiedy dziecko jest antywózkowe i każdy spacer kończy się darciem puchy. I pewnie, że można zamotać w chustę, przytulić do piersi. O ile dziecko się da. Nie uczą jak radzić sobie z flegmatycznym dzieckiem, które wiecznie ma milion rzeczy do zrobienia poza tą, którą robić powinno.

Nie uczą na tych szkoleniach, szkołach rodzenia we wszystkich poradnikach, jak spać w pionie, na szpitalnym krześle. Jak się pozbyć bólu kręgosłupa po całonocnym kursie też nie uczą. No i jak się wyzbyć macierzyńskiego strachu, towarzyszącego na każdym kroku.

I chociaż przeczytam o dziecięcym „buncie” kartki, zapisane drobnym drukiem, to mają się one nijak do emocji, które towarzyszą mi przy każdym starciu z tym nierównym przeciwnikiem. I chociaż postaram się zrozumieć zachowanie dziesięciolatka, dwunastolatka czy piętnastolatka, to nijak ma się do wkurwa rosnącego w mojej głowie.

Mogę motywować, nagradzać, karać, nie karać, dawać szlabany, wychowywać w duchu Montessori, rodzicielstwa bliskości, pochwalać lub nie klapsy. Jednak ma się to nijak do faktu, że moje dzieci są od siebie tak różne, mają tak totalnie odmienne charaktery i zachowania, że każdy sposób wychowania będzie jednocześnie dobry i zły. Jedno dziecko potrzebuje większej dyscypliny, drugie uczucia. Jedno otrzepuje kolana po upadku, drugie potrzebuje „ojojania”. Jedno niczego się nie boi, drugie nie puszcza mojej spódnicy. Jedno dziecko nie je mięsa, bo kocha zwierzątka, natomiast drugie nie je warzyw i tak kocha zwierzątka, że chce je mieć w brzuszku.

Poradniki nie mówią o tym, jak nie zwariować. Owszem, mówią o tym, jak radzić sobie z emocjami, jednak ma się to nijak do rzeczywistości. Nie przeczytamy nigdzie o tym co zrobić, jak mamy dość i mamy ochotę walnąć drzwiami macierzyństwa. Nie nauczymy się nigdzie jak wydłużyć dobę, żeby pogodzić pracę, dom i macierzyństwo. W żadnej książce nie przeczytamy, jak poradzić sobie ze zmęczeniem, kiedy za nami cały dzień orki, a przed nami trzy stosy prania i obiad do zrobienia, na następny dzień. A kiedy czytamy „Śpij wtedy, kiedy dziecko śpi”, zaczynamy myśleć, że ktoś skretyniał do reszty, albo ma w domu sprzątaczkę, kucharkę i dodatkową żonę dla naszego męża.

Nie nauczymy się z książek jak nie martwić się na zapas, dzielić uwagę pomiędzy kilkoro dzieci bez szkody dla żadnego z nich, czy zasnąć spokojnie w momencie, kiedy nasze dziecko wychodzi na imprezę. Nikt nie powie głośno o tym, że w pewnym momencie nasze wychowanie kończy się, a dziecko zaczyna być wychowywane przez rówieśników. I nawet najlepsze wartości, wpojone przez nas dziecku, mogą się mieć nijak przy zderzeniu z brutalną rzeczywistością.

Niewiele osób mówi głośno o tym, że dzieci są naszym lustrzanym odbiciem i tak łatwo zepsuć to, co idealne i czyste pod każdą postacią. Niewielu ludzi pisze o tym, że macierzyństwo jest przereklamowane i więcej wspólnego ma z pracą w kamieniołomach, niż słodkimi zdjęciami na Instagramie.

Niewiele osób mówi o tym, że macierzyństwa nie da się nauczyć, zanim nie dotknie się go własnymi emocjami, siłami i myślami.

Sześć lat temu zaczęłam najcięższą pracę w moim życiu. Mądrzejsza w poradniki, książki i słowa specjalistów. Mądrzejsza, a jednak nie wiedząca nic.


Spodobał Ci się ten wpis?

*Pamiętaj, że najlepszą zapłatą dla autora jest Twoja reakcja, która bez wątpienia da mi kopa do dalszej pracy <3
*Będę wdzięczna, jeśli dasz mi o tym znać tutaj na blogu lub na Facebooku (
klik), łapką w górę, komentarzem lub udostępnieniem postu.
*Możesz odwiedzić nasz profil na Instagramie
(klik).

Zapraszam Cię również do przeczytania moich poprzednich wpisów na blogu, które znajdziesz poniżej.

2 Komentarzy/e
  • Nat

    Odpowiedz

    Wszystko w punkt, niestety🙈

  • Kama

    Odpowiedz

    nic dodać nic ująć

Skomentuj