Dziewczynka o gołębim sercu.

1136 Odczytano 0 Komentarzy

Jak byłam z dziewczynkami nad morzem, wtedy kiedy zwiałyśmy od codzienności (klik), postanowiłam wpuścić do naszego układu oddechowego trochę jodu. Ubrałam dzieci na cebulkę, do plecaka zapakowałam zestaw przetrwania, na wypadek upadku meteorytu lub nagłej sytuacji, wymagającej odcięcia od świata na kolejne trzy lata i zabrałam dzieci na spacer po Kołobrzegu.

Tachałam się z tym mandżurem po miejscowości, robiąc pit stopy przy każdym stanowisku z goframi, chińskim plastikiem, który w momencie zderzenia z dnem plecaka, pozostał tam na wieki wieków i wszystkim, co zasysało monety z prędkością światła. Kiedy już zaspokoiłam swój konsumpcjonizm, lub raczej spojrzałam na stan konta stwierdziłam, że resztę pieniężnych zasobów idę resztę ulokować w żołądku.

Mamy taką knajpę w Kołobrzegu, w której zawsze jemy przy okazji odwiedzin miasta. Nie zdradzę Wam nazwy, gdyż istnieje ryzyko, że któregoś razu zastaniecie mnie nad michą makaronu, a jak powszechnie wiadomo, spaghetti to niezbyt reprezentatywne danie na pierwszą randkę.

W każdym razie, zjadłyśmy wszystko co dała kuchnia. Pani ze zdziwieniem donosiła kolejną porcję frytek, pizzę, zupę, danie z panierowanymi kurczakami i zaniepokojeniem zaglądała pod stół w poszukiwaniu armii wygłodniałych bezpańskich psów, po czym zapytała, czy aby na pewno mam przy sobie kartę kredytową. Stwierdziłam, że proszę pani – ja jestem blogerką. Mogłabym zapłacić w dzieciach lub godności, niestety to drugie utraciłam na porodówce, kiedy piętnastu studentów zaglądało mi w odbyt.

Między słowami wyczytałam, że chyba powinnyśmy już wyjść, rzuciłam od niechcenia do dzieci, że „dziewczęta, helikopter czeka”, wcisnęłam do kieszeni resztę frytek i zostawiłam bogaty napiwek, w postaci pięciu złotych. Niech zna moją rozrzutność. Uj z tym, że nie będzie rano na bułki.

Kiedy już sobie tak spacerowałyśmy po obiedzie, Hanka dojrzała całą populację gołębi, mających prawdopodobnie jakiś zbór na Rynku, przy fontannie. Pośrodku nich, na oko 8 – letnia dziewczynka z pudełeczkiem, sypała jakieś ziarenka. Siedziała na ławeczce, nuciła pod nosem piosenkę i raz za razem brała zamach, tworząc swego rodzaju catering lub bufet na tym gołębim spotkaniu. Zamach – ziarenka – zamach – ziarenka.

Hanka krążyła wokół dziewczynki, w końcu podeszła zapytać, czy mogłaby pokelnerować na gołębim spotkaniu i po chwili obie zamachiwały się i dostarczały gołębiom jedzenie.

Radość nie trwała długo, bo między gołębie całą swą głośną osobistością władowała się inna dziewczynka. Zaparkowała pośrodku, po czym jęła skakać, krzyczeć i machać nogami w stronę ptaków. Gołębie wzlatywały w górę przestraszone, lądowały, po czym znowu wzlatywały odgonione machnięciem nogi lub ręki. Dziecko wydawało odgłos, przy którym Nadia zaczęła rozważać zmianę płci na T-Rexa.

-Przepraszam, czy możesz nie straszyć tych gołębi? – Zapytała dziewczynka z cateringu tą od godowych odgłosów dinozaura. Prośba sprawiła jedynie, że dziecko zaczęło skakać mocniej i głośniej. -Halo, dziewczynko. One się boją kiedy tak krzyczysz i biegasz. – Dziecko podbiegło do Hani i jej towarzyszki i wyrwało starszej pojemnik z ziarnem dla ptaków, które z całą siłą młodego T- Rexa wyrzuciło w powietrze.

Twarz dziewczynki o gołębim sercu poczerwieniała. Podeszła do T-Rexa i wyrwała z rąk resztki karmy. I wtedy stało się coś niezwykle oczywistego w świecie ssaków. Do akcji wkroczył większy osobnik przedstawicieli gatunku tyranozaurów, reprezentowany przez matkę T-Rexa i zaczął krzyczeć na małą bufeciarkę. Że to nie tylko jej gołębie, że co sobie gówniara wyobraża, że trzeba się dzielić i dobrze, że jej dziecko wysypało wszystkie ziarenka, bo gówniarze się w dupie poprzewracało, gdyż przywłaszczyła sobie wszystkie okoliczne ptaki.

Dziewczynka nie zdążyła otworzyć buzi bo w jej oczach zebrały się łzy. Hanka spojrzała na mnie z przerażeniem, kiedy przyglądałam się z boku sytuacji. Wstałam z ławki i zapytałam pani, czy ma jakiś problem. Odpowiedziała, że gówniara bla, bla, bla.

Powiedziałam, że po pierwsze nie gówniara i nie życzę sobie, by ktokolwiek odzywał się tak do moich dzieci. W jednej chwili ośmiolatka weszła w rolę mojej trzeciej córki. Po drugie byłam świadkiem całej sytuacji i dziecko kilkakrotnie prosiło, żeby maluch przestał straszyć ptaki, próbowało tłumaczyć. Na deser, wyrwało dziewczynkom pudełko z ziarnem. I że ona, jako matka, powinna uczyć swoje dziecko szacunku do innych stworzeń, bez względu na to, czy jest to pszczoła, gołąb czy drugi człowiek. Po trzecie, obawiam się, że o szacunku niestety nie wie zbyt wiele, bo naskoczyła na dziecko trzy razy młodsze i słabsze od siebie. A na przyszłość, jeśli ma jakieś uwagi, powinna zwrócić się z tym do rodzica, nie napadać na dziecko.

-Ja tylko zwróciłam jej uwagę. – Pani skurczyła się w swoich stu sześćdziesięciu centymetrach.
-Nie. Pani jest nieuprzejma i atakuje moje dziecko.

Matka Tyranozaur odeszła machając groźnie ogonem i sycząc pod nosem uprzejme „spierdalaj”.

Dorośli. Jak nie my to kto?

0 Komentarzy/e

Skomentuj

Facebook