Gdybym wiedziała, jakie życie mnie czeka, usunęłabym ciążę. – Historia dwóch kobiet z wyrokiem.

1 Komentarz

Od kilku lat w Polsce trwa wojna. Wojna o godność, wojna o człowieczeństwo. Wojna o życie i wojna o równość.

Wojna, w której wróg pogłaskał nas po głowie, a w chwili nieuwagi podszedł od tyłu i strzelił w plecy.

Dlatego dzisiaj zostawiam Was z dwoma historiami kobiet. Dwoma z wielu, które dotarły do mnie w ten weekend.


Cześć Natalia.

Trafiłam do ciebie na bloga w ten piątek. Moja koleżanka udostępniła twój wpis i pomyślałam: “Kolejna debilka, co to myśli, że wie wszystko o życiu”. Ale później zaczęłam skrolować tablicę i zostałam. A za pierwszą myśl przepraszam.

Piszę do ciebie po dzisiejszym porannym wpisie. Nie chciałam komentarzu, wolę zrobić to anonimowo, jednak nie mam nic przeciwko żebyś puściła to dalej. Może dotrę chociaż do jednego człowieka. Wpis jest w dużym skrócie bo wierz mi, z mojego dzieciństwa mogłabym napisać książkę.

Mam 23 lata. Pierwszy mąż mojej mamy zginął w wypadku samochodowym. Pół roku po jego śmierci mama poznała mojego ojca. Ojca, który wciągnął ją w alkoholizm. Z okresu dzieciństwa niewiele pamiętam. W wieku czterech lat trafiłam do domu dziecka. W wieku 17 dowiedziałam się, że zabrano mnie od matki, która była totalnie pijana. Byłam głodna, brudna, wychudzona i zaniedbana. Na moim ciele były ślady bicia, siniaki i zadrapania. Moja sytuacja prawna nie została uregulowana, więc przez kolejne trzy lata nie mogłam iść do adopcji. A później już nikt mnie nie chciał. Wszyscy marzyli o słodkim niemowlaczku, a nie o dziecku z rodziny alkoholowej, które w wieku siedmiu lat moczy się w nocy. A później w wieku ośmiu. I dziewięciu też. Które jest zamknięte w sobie i nie mówi.

Pamiętam, że zawsze byłam wycofana. W szkole miałam łatkę tej z domu dziecka. W wieku dziesięciu lat myślałam o tym, że wolałabym nie żyć. W wieku dwunastu nałykałam się tabletek przeciwbólowych, które można było kupić w każdym kiosku. Skończyło się ostrymi wymiotami i opierdolem od wychowawczyni w domu dziecka. Nigdy nie miałam żadnej przyjaciółki w szkole. Nigdy nie miałam nowego ciuchu, nowych butów, plecaka, czy książki. Jedyną nową rzeczą w moim życiu były podpaski i szczoteczka do zębów.

W wieku 14-15 lat zaczęłam się buntować. Zaczęłam uciekać z domu dziecka, paliłam papierosy, piłam alkohol, który kupowali starsi chłopacy z dd. Próbowałam zwrócić na siebie uwagę. Próbowałam znaleźć swoje miejsce. Ale przez wszystkie lata myślałam, że wolałabym zniknąć, niż żyć tak jak wtedy. Bez miłości. Bez przynależności. Bez rodziny. Bez celu.

W wieku 18 lat mogłam dowiedzieć się, kim są moi rodzice i dlaczego mnie oddali bez walki. To znaczy, zostałam im odebrana, ale oni nawet nie próbowali mnie odzyskać. Mama była u mnie w domu dziecka dwa razy, na samym początku. Za drugim razem obiecała, że wróci za tydzień. Wróciła… Kiedy miałam osiem lat. Zostawiła mi nadzieję, że mnie stamtąd zabierze. Później już nigdy jej nie zobaczyłam. Do 18 roku życia.

Znalazłam mamę. Ojciec nie żył. Zapił się na śmierć. Ona nawet nie wyraziła skruchy, nie widać było po niej żalu. Powiedziała, że byłam wpadką i nigdy mnie nie chciała, nigdy nie kochała. Żebym już nie wracała. Wtedy zapytałam, dlaczego mnie nie wyskrobała. Wolałabym to, niż żyć tak jak teraz. Byłam cholernie nieszczęśliwym człowiekiem. Odpowiedziała, że nie było jej na to stać.

Dzisiaj mam 23 lata i jestem mamą 2-letniego Maksia. Nie wiem jak mam stworzyć mu dom. Uczę się miłości, której nigdy nie byłam nauczona. Maksiu też nie był planowany. Jego ojca nie ma przy nas. Prawdopodobnie gdzieś ćpa. A ja próbuję wyjść na ludzi. Imam się różnych prac. Nie mam wykształcenia, mieszkam w mieszkaniu komunalnym. Sprzątam po domach. Pracuję na kasie. Zaciągam pożyczkę za pożyczką.

A i tak skończyłam lepiej niż dzieci z ułomnościami, z FAS i te, które trafiły z uszkodzonym mózgiem po pobiciu przez partnera matki. I tak skończyłam lepiej niż te dzieciaki, które się zaćpały, kradną lub handlują dragami.

Więc zanim ktoś opowie, że lepiej oddać do domu dziecka niż wyskrobać, wyślij go do mnie. Podam mu pięćdziesiąt nazwisk, które udowodnią jak bardzo się mylą. I podam informację z pierwszej ręki. Stanę przed nim i powiem, że wolałabym być wyskrobana, niż żyć tak, jak teraz.

Zanim ktoś będzie krzyczał w obronie życia poczętego, niech pójdzie do domu dziecka i weźmie taką mnie, lat osiem, z problemami psychicznymi i stworzy mu kochający dom.


Jestem mamą jedenastoletniej Kai. Dziecka, które miało urodzić się zdrowe, jednak po porodzie dostała 1 punkt w skali Apgar. Nie oddychała sama, jej ratowanie po porodzie trwało czterdzieści minut, zanim usłyszeliśmy delikatne kwilenie. Kaja ma czterokończynowe porażenie mózgowe.

Od 11 lat trwa nierówna walka o jej życie. Lista specjalistów, do których należymy, a z których 75% to specjaliści prywatni jest tak długa, że prezes nad prezesami do końca życia nie musiałby kupować papieru toaletowego. Do tego sprzęty ortopedyczne, jak gorset ortopedyczny, bo Kaja sama nie siedzi, wózek, pieluchy, bo Kaja nie komunikuje swoich potrzeb fizjologicznych, leki, turnusy rehabilitacyjne. Kasa, którą oferuje państwo jest kroplą w morzu potrzeb. Nie mogę podjąć żadnej pracy, bo stracę wszystkie zasiłki, a idąc do niej, zarobię może 200 złotych więcej.

Gdyby nie 1% i praca męża, nie dalibyśmy rady, a i tak jest bardzo ciężko. Moje małżeństwo przeżywa kryzys raz w roku. Starsza siostra Kai, 13 letnia Nadia nie chodzi na żadne zajęcia pozalekcyjne, bo nas na to nie stać. Nigdy nie jeździmy na wakacje. Od 11 lat nie byłam sama na zakupach, nie mówiąc o dłuższym wyjściu. Od 11 lat jestem niewyspana, bo śpię z Kają, która budzi się trzy-cztery razy w nocy. Trzeba jej zmienić pieluchę, podać picie. Czasami zachłyśnie się śliną, czasami zaczyna rzucać się na łóżku. Mój mąż nie może z nią spać, karmić czy przewinąć bo Kaja mu nie pozwoli.

Wiesz jak wygląda zmiana pieluchy u 11 letniego dziecka. To nie maleństwo, które przewrócisz szybko na drugą stronę. To kłębek nerwów, który wije się i pręży.

Ratowałam ją niezliczoną ilość razy. Bo się zakrztusiła papką, którą ją karmiłam. Kaja nigdy nie zjadła stałego pokarmu.

Wiesz jak wygląda spacer, gdzie trzeba znieść wózek i dziecko, które jest zarazem wiotkie jak i prężące się z drugiego piętra? Włożenie jej do samochodu? Ubranie? Kąpiel? To jest tak ogromny wysiłek, że bez pomocy drugiej osoby nie dałabym rady.

Kaja nie komunikuje się z nami, nie wykazuje żadnych objawów miłości. a sto denerwuje się, bije nas wszystkich.

Nadia, starsza siostra Kai musi radzić sobie w wielu sytuacjach sama. Cała uwaga skupia się na jej siostrze. Córka mówi, że wszystko jest ok, że rozumie sytuację. Jednak ja mam świadomość tego, że ją zaniedbuje. Bo kiedy ją przytulam, czy rozmawiam z nią, Kajka jest zazdrosna, krzyczy, zaczyna się prężyć. Kiedy Nadia do niej podchodzi, młodsza córka zaczyna się denerwować, bić ją.

Kręgosłup mi siada od dźwigania. Psychika mi siada, bo mam poczucie, że ucieka mi życie. Że poświęcenie jest zbyt duże. Przeszłam depresję poporodową i nawroty mam do dnia dzisiejszego. Z mężem nie sypiam od pięciu lat.

Kocham Kaję, bo jest moim dzieckiem. Opiekuję się nią, bo nie mam wyboru. Jednak, jeśli wiedziałabym co mnie czeka, usunęłabym ciążę. Ludzie, którzy są przeciwnikami aborcji, takiej gdzie dziecko będzie roślinką lub będzie nieuleczalnie chore nie wiedzą, jak to jest żyć z takim dzieckiem. Nie wiedzą, że życie się kończy w momencie urodzenia. Że traci się przyjaciół, pracę, a czasem rodzinę. Że to jest wyrok na kobiety. Mówienie, że każda kobieta zachodząca w ciążę powinna mieć tego świadomość jest gównem. Nikt nie jest w stanie się na to przygotować. Powoływanie się na wiarę? Przez 11 lat setki razy zadawałam sobie pytanie: “Gdzie jesteś Boże?”.

I ja tego nie życzę nikomu.


Pamiętajcie proszę jedno. Jest nas więcej.

Photo by David Todd McCarty on Unsplash

1 Komentarzy/e
  • Kinga

    Odpowiedz

    Jest Pani bardzo silną kobietą…….gratuluje córki są z Pani bardzo dumne napewno…. życzę dużo dużo siły i milosci

Skomentuj

error: Content is protected !!