Góralskie wesele.

552 Odczytano 2 komentarze

To był piękny ślub, antybiotyk mi świadkiem. Jeden z najpiękniejszych, na jakim byłam, zaraz po moim.

W piątek wywiało nas w Tatry, 500km od domu. Kuzyn małża pożegnał się z wolnością, pochylił głowę i dołączył do grona straceńców. Ale za to w jakim stylu ! T., bo o nim mowa jest góralem. Prawdziwym, rodowitym, co i gwarą góralską zaciągnie i potupie w iście góralskim stylu. W takim tonie był też ślub i wesele.

Hanisława została w domu, zważając na porę roku i niepewne jak na ten czas góry, niczym jaskółki podrzuciliśmy ją dziadkom. Hance w to graj, zanim zdążyliśmy na dobre postawić ją na podłodze, zamiotła nogami i tyle ją widzieliśmy. Rozpieszczona przez weekend do granic możliwości, wraca powoli dziewczę do szarej rzeczywistości i naciąga struny mojej cierpliwości. Jak na razie nieskutecznie.
Z górską zmiennością pogody wiele się nie pomyliliśmy, dzień ślubu rzucił żabami, mgłą i pizgawicą taką, że wiatr pieścił nas po piszczelach, za to dzień poprawin rozpłaszczył nas na trawie w pełnym słońcu, z panoramą Tatr za plecami. Aby było ciekawiej, ślub odbywał się w Kaplicy na Wiktorówkach, dla niewtajemniczonych- pedałowanie gości weselnych w strojach mocno nieweselnych godzinkę pod górę, co w połączeniu z niekorzystną aurą, w moim przypadku zakończyło się gilem po pas i częściową utratą zdolności komunikacyjnych. Zdecydowanie warto jest teraz rzucać decybelami wydobytymi z głębi trzewi dla tamtego przeżycia. Piękny- kameralny ślub, w jakże pięknym- kameralnym miejscu, przy blasku świec i z księdzem, z którym zdecydowanie chciałabym się napić wódki. I oczywiście wesele, podsumowujące wszystko zimną cytrynówką bez popity.

DSC01317

Obudziłam się w niedzielę, wyjrzałam przez okno i mnie zatkało. Bynajmniej nie z powodu kaca. Zdecydowanie polecam kliknąć w zdjęcie.

Góralskie potupańce przy góralskiej muzyce, góralki ze strzelistym cycem i goście weselni narzucający ekspresowe tempo świadkowi, dysponującemu zapasami alkoholu przyczynili się do fajnego klimatu tego miejsca i tego czasu.
PT, pomimo że urodzony w górach, więcej z ceprem ma wspólnego niż z góralem. A szkoda, bo chętnie sprawiłabym sobie wesele na góralską nutę, z przyśpiewkami w tle.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Przebierając kolankiem wracałam do domu na spotkanie z Hanisławą po trzech dniach rozłąki. Jako, że reszta pasażerów dzielnie chuchała gorzałą, a ja zaniemogłam po 22 z wypaloną alkoholem gardzielą, w drodze losowania przypadła mi rola kierowcy. Ciskając powietrzem z głębi płuc w przednią szybę, grzałam autostradą ile fabryka dała, nadrabiając to, co Pan Tata po zmianie warty przed kierownicą bezdusznie zniweczył, wlokąc nasze zady z prędkością mocno emerytalną. Kierowcą jest bardzo dobrym, w końcu przed kierownicą spędza większą część dnia, jednak ma zdecydowanie za lekkie kopyto, co w sytuacji rozłąki z młodą i mojego ogólnego jechania japą po betonie, przerywanymi nic nie dającymi tabletkami na gardło sprawiło, że ciśnienie wychodziło z moich ust niecenzuralnym przekazem.

Po kolejnym wypadzie w góry potwierdzam to, co zawsze będę mówić z nutką zazdrości, małżon ma fantastyczną rodzinę. Poznałam nowych ludzi, którzy sprawili, że cytrynówka była jeszcze smaczniejsza a tęsknota za H. odeszła prawie w niepamięć. Już wiem, czym podyktowane były gorzkie żale Pana Taty gdy część z jego ulubionych kuzynów nie mogła być obecna na naszym weselu. Pamiętajcie- weselna wciąż zbiera kurz w garażu czekając na wasze wątroby, przybywajcie !

2 Komentarzy/e
  • ~maryśka

    Odpowiedz

    Byłam na góralskim weselu 2 lata temu. Na szczęście ślub był w normalnym kościele :p też miło wspominam 🙂

  • Ania

    Odpowiedz

    Góralskie wesele to jest konkret!
    My byliśmy tydzień temu w pięknej Restauracji Siuchajsko i szczerze powiedziawszy, to co zobaczyliśmy to było niesamowite..
    Prawdziwa kapela, dużo jedzenia, i ta muzyka……….

Skomentuj