Home sweet home.

3 komentarze

W biegu ostatnio żyję, zatrzymać się nie mogę. Zachciało się nam spełniać swoje marzenia, postanowiliśmy zainwestować w kawałek własnego podwórka, więcej metrów to jechania mopem i o adres bez ukośnika i numeru mieszkania w tytule. Postanowiliśmy zainwestować w kawałek własnego Słońca grzejącego twarze na hamaku w ogrodzie, parę metrów trawy będącej wkrótce przekleństwem i powodem sporów, kto dzisiaj ujeżdża kosiarę i psa, z lubością wykopującego zieleninę, którą przed chwilą posadziłam a która w związku z moją ogrodniczą ułomnością umrze śmiercią tragiczną w czasie zaskakująco krótkim.

I tak po pół roku intensywnych poszukiwań, po pół roku recytowania z pamięci treści ogłoszeń w naszym zadupiu, po pół roku dyskwalifikowania ogłoszeń bo metraż nie ten, bo cena podbija wysokością kosmos a ludzie to tak chyba dla żartu wystawili i tak w ogóle to sprzedać wcale nie chcą, a bo położenie bliskie dziurze szatana i w reszcie bo to zupełnie nie to, znaleźliśmy ten wymarzony.
Ten, który od wejścia obudził motyle smagające skrzydłami nasze trzewia i ten, który zapragnął nas a my zapragnęliśmy jego.
Ten, który połączył nas niemą zgodą oczywistą jak ta, że podpisanie umowy przedwstępnej to tylko kwestia czasu i ten, który sprawił, że z pewną dozą nieśmiałości i z nadzieją wymalowaną na twarzy czekaliśmy zdania drugiej osoby.
Ten, który od momentu przestąpienia progu malował w naszej wyobraźni Hanisławę boso stąpającą po trawie. Naszej trawie.
Ten, który na klatę przyjmie każdego grilla skwarem pieszczącej nasze zmysły kiełbasy, za dziewięć dwadzieścia za kilogram.
Ten, który z honorem przyjmie każdego poimprezowego kaca, śląc wcześniej soczyste urwy gdy kręte schody utrudnią wtoczenie zwłok na piętro i gdy nie raz nie dwa rozłożą nas na łopatki u ich stóp, z chęcią przeczekania do rana albo do częściowego odzyskania kontroli w nogach i rękach.
Ten, który pomieści nas i nasze całe rodzicielstwo i który będzie pretekstem do zapełnienia Hankowym rodzeństwem pustych pomieszczeń.
Ten, który echem odbije szczekanie psa, od 27 lat wymarzonego. I kota. I szczurów w ilości dwa, przy czym wielkością z powodzeniem psa mogą zastąpić. I kota. Z tym, że nie szczekają.

I tak ostatnio żyjemy sobie w biegu, dymając od banku do banku i szukając opcji, która najmniej złoi nasze tyłki. I wszędzie znają nas już po imieniu. Mierzymy pętle na szyję, w gratisie dodawaną do kredytu na pierdyliard lat, z wysokością wpłaty własnej i odsetkami gwarantującymi panom i paniom w garsonkach miejsce w pierwszym rzędzie w piekle. Czytamy drobny druczek i gwiazdki nie świadczące bynajmniej o bankowym prestiżu. Odwzajemniamy uśmiechy te bardziej i mniej szczere, mówiące mniej więcej: „Dzień dobry, weź u nas kredyt, nasze odsetki zrobią ci kuku”. Albo: „Dzień dobry, weź u nas kredyt. Żryj tynk”. Albo jeszcze: „Dzień dobry, zaraz dopieprzę ci zaświadczonko na za pięć minut bo przecież zbyt łatwo być nie może a ty srasz czasem i paliwem”. Srać sramy, a i owszem, ale ze strachu, że ta trawka, że ten hamaczek, że plastikowa piaskownica w ogrodzie i ten ogród właśnie nas zeżrą. I tak jak nas teraz łączą, tak nas kiedyś podzielą. Stoimy w kolejkach, przepuszczając starsze panie, których jedyną podporą jest trzeszcząca laska, bo my przecież tacy młodzi a znudzone dziecko zawsze w ramach rozrywki może zeżreć połamane kredki świecowe, ratujące życie niejednemu znudzonemu dzieciakowi, klepiącemu wyuczoną formułkę „Tato, nudzi mi się!”. I znowu stoimy w kolejkach, zastanawiając się dlaczego pani w źle wyprasowanej koszuli, siedząca przy bankowym kombajnie pamiętającym czasy, których ja nie pamiętam, od dobrych dwudziestu minut nie mruga i czy wypada gdzieś przypieprzyć bo może się zawiesiła, blada się zrobiła, chyba nie oddycha. W końcu pani mruga, kurz opada, kombajn rzęzi a drukarka wypluwa tonę papierologii. Lasy cierpią, my cierpimy czytając, pani pół godziny mniej do fajrantu. Swoją drogą, stan uśpienia- dobry stan. Ty kimasz, minuty lecą, wypłata się wypracowuje.

Pomiędzy kredytami, pomiędzy marzeniami wypełniającymi głowę późną nocą, pomiędzy wizją drzewa w ogrodzie i cienia pod tym drzewem, który schroni zgrzane słońcem ciało, próbujemy sprzedać dotychczasowy kawałek naszego życia. Kawałek naszego i całe życie Hanisławy. Nasze M, sprzątane grubo co sobotę i trochę mniej w tygodniu. Nasze M, które przed każdym potencjalnym klientem chcącym rysować tu swoją przyszłość trzeba przeszorować z chrupek wdeptanych dziecięcą stopą w dywan i palców kreślących szlaczki po szybie w przedpokoju. Po tym szorowaniu, po tym lizaniu podłogi, żeby klient mógł swe lico w tafli panela obejrzeć bo klient nasz pan przecież, padamy na pysk wykończeni i źli, że nasza przyszłość odbiera nam teraźniejszość.

Jak żyć panie premierze? Jak żyć?

3 Komentarzy/e
  • facet

    Odpowiedz

    Takie pytanko nam się z żoną nasunęło. Czy na tych można się aż tak dorobić ? 😉 bo matka krystyny też swoją trawę będzie sadzić.
    Żona! zakladaj bloga :-D:-D

  • Ania mama 2,5 letniej Miśki

    Odpowiedz

    Znam ten ból hehe my rok temu zdecydowaliśmy się na maluśkiego bliźniaczka ale z podworkiem dla naszej Malusi :). Ciężka sprawa wybrać dobrze i mądrze. Ale jesteśmy szczęśliwi na naszych niespełna 60 m2 z góra do zrobienia. Maleństwo, ale mamy podwórko 🙂 trawa zasiana, tuje posadzone czekają jeszcze malinki, porzeczki no i ukochane przez Miśkę borówki amerykańskie… czekamy na pogodę ;). Dla Małej na podwórku: domek, mała zjeżdżalnia, piaskownica, bujaczek… Żebyś widziała jak lata po tym podwóreczku i łapie wiatr we włosy (niestety zawsze rozpuszczone), niedługo i Twoja Hania tak będzie biegała na swoim podwórku 😉 właśnie dlatego warto… Pozdrowienia i powodzenia!!!

Skomentuj

error: Content is protected !!