Jak przeżyć spotkanie pierwszego stopnia z dziecięcą pięścią i nie popaść przy tym w alkoholizm? O agresji.

360 Odczytano 0 Komentarzy

Po tygodniu kiszenia Haniowych pośladów w domu, w odcięciu od świata znajdującego się poza wysłużoną wycieraczką, gdzie jedyną rozrywką był kurs dwa razy dziennie do przychodni w celu strzału w dupę, Hanisława zmienia status aktywności i ponownie loguje się do społeczeństwa. Wracamy do żłobka, wracamy do rówieśników i po raz enty w karierze żłobkowego raczka wystawiamy drugi policzek żłobkowym wirusom, gęsto ścielącym żłobkowego gila.

Przez okres pobytu w domu, gdzie nawet stary po takim czasie zaczyna mierzyć czołem do ściany, Hanisława przechodziła samą siebie. Nie dziwię się w sumie, zapalenie oskrzeli w połączeniu z poczwórną (tutaj, żeby dodać pikanterii, poczwórną na dole i poczwórną na górze) sieczką dziąseł upodobniających właścicielkę do pitbulla po walce jest połączeniem dosyć niefortunnym. Dziecko skutecznie testowało moją cierpliwość dostając jobla, wylizując z utęsknieniem podeszwę pandy made by Mrugała i moich kozaków, rzucając się w spazmach na balkonową szybę z miną „potrzebuję trochę więcej świeżego powietrza niż nieszczelne okna w mojej sypialni” i wisząc na nodze każdego wychodzącego z naszego M. z nadzieją, że nuż ktoś nie zobaczy i uda jej się zaliczyć giganta.

Ja za to próbowałam (czasami nieudolnie) zostawić moją frustrację i rezygnację snującą się głębokim przemyśleniem akurat wtedy, gdy budzik rżnie bębenki punkt 6 każdego ranka w murach firmy i zainteresować ją czymkolwiek, co spotkałoby się z jakąkolwiek aprobatą. Przez ten czas niestety poczyniłam lub poczyniliśmy rodzicielską klapę (porażką nazwę gdy przewyższając mnie o głowę odbije moją twarz w futrynie), gdyż okazało się, że Hanisława aspiruje do zawodu boksera. W naszym domu przemocy nigdy nie było, pomijając późnonocny lub wczesnoporanny czas oczekiwania na zabalowanego PT, którego szkoda było karać cieleśnie bo i tak w tym znieczuleniu nie poczuje a gdy reset minie, nie będzie pamiętał. Bajki ograniczają się do tych na poziomie mało inwazyjnych Jagódek albo Puszka Okruszka, wałkowanych do porzygu od zawsze, stąd też przykład musiała zobaczyć w innym miejscu. Stawiam na żłobek i możliwość oberwania strzała w afekcie od jakiegoś rówieśnika. Bicia próbujemy oduczyć, na razie bezskutecznie. Nie działa słowo „nie wolno”, nie działa tłumaczenie, że boli, że krzywdzi, na system kar musimy poczekać jeszcze kilka centymetrów więcej i na własnego laptopa/komórkę/chłopaka. Czekam dnia aż zrozumie mało wychowawcze aczkolwiek w moim małoletnim życiu niezwykle skuteczne stwierdzenie „bo ci ta ręka w locie uschnie”. Póki co nie mam innych pomysłów, być może samo przejdzie gdy jakaś koleżeńska dłoń w rewanżu śladem zaczerwieni dziewczęcy policzek.

Innym rodzajem dziecięcej agresji jest histeria. Na szczęście doświadczenie w tej materii mam niewielkie bo Hankowa histeria zdarza się dosyć rzadko. Jak to wygląda? Ano tak, że uśmiechnięte, skore do zabawy lub współpracy dziecko nagle alarmem ogłasza błąd systemu. Nie wiesz co i po jaką cholerę rozjuszyło małego histeryka ale chcesz go jak najszybciej naprawić. Ładujesz w rękę zabawkę, rozpłaszczasz nosem na szybie w oknie, komentując kaczy chód sąsiada, w nadziei na chociaż minimalne zainteresowanie lub zapychasz źródło dźwięku kawałkiem mielonego. Żeby staremu nie było zbyt lekko, dziecko jako atrakcję włącza elementy sprzątania- poleruje tyłkiem podłogi, elementy gry psychologicznej- „nienawidzę cię” i elementy melodramatu- szantaż łzą.

Problem zaczyna się, gdy natężenie i częstotliwość występowania zjawiska się zwiększa a ty od bujania dziecka wycierasz łokciami panele. Próba zainteresowania, próba odwrócenia uwagi lub próba złagodzenia petardy serwowanej przez dziecko często kończy się fiaskiem i w rezultacie dziecię dostaje to, co wymusiło, pokazując kto dyktuje warunki. Jasne, można robić coś dla świętego spokoju, takim rodzicom życzę cierpliwości i dużych oszczędności gdy młokos poprosi w niedługim czasie o finansowo nierealne coś.

Jak zatem być asertywnym by ograniczyć łzy do minimum i nie zatracając tym samym asertywności dziecka? Bo nie sztuką jest wytresować dziecko do pozycji „siad” i „przeproś”. Taki małolat jest jednak uczony posłuszeństwa bez możliwości wyrażenia swojej opinii, i wytłumaczenia o co kaman, co zaprocentuje w przyszłości, tak mi się wydaje, szybką dezercją z domu rodzinnego lub popadnięciem w kłopoty. Skoro rodzic nie chce słuchać, skoro  nie liczy się z moim zdaniem, zwrócę na siebie uwagę.

O ile małe dziecko zrozumie, co się do niego mówi i że histerią pogarsza swoją i tak niezbyt korzystną sytuację, o tyle dziecko w wieku hanisławowym może mieć z tym problem. Po pierwsze, przekrzycz syrenę jaką raczy cię histeryk. Po drugie, wytłumacz tak by dziecko zrozumiało cokolwiek pomiędzy atakami decybelem. Po trzecie, spróbuj nie zemdleć po próbie ogłuszenia ścianą. Po czwarte, spróbuj nie wznosić swojego ciśnienia na wyżyny.

Po piąte, bądź tu człowieku mądry.

Do postu zainspirowała mnie A. w nadziei na wasze psychologiczne i wychowawcze wywody. Pomożecie?

0 Komentarzy/e

Skomentuj

Facebook