Jak to łakomstwo mnie kiedyś zgubiło, czyli polska zemsta Faraona.

637 Odczytano 2 komentarze

Hanisława to niezła aparatka, ale ja jej wcale „aparactwem” nie ustępuję. A raczej ona mi. Wdała się dzięcielina w mamusię jak się patrzy, kiedyś mąż lub żona będą mieli z nią wesoło. U nas w rodzinie to dziedziczne, bo ja tę umiejętność otrzymałam po mojej mamie, a i z tego co wiem, moja babcia też niezła jajcara była. Czasami jak coś uczynię to mogę bić pokłony przed swoją głupotą, jak było i w przypadku Chrzcin Haniutka.

Wymyśliliśmy sobie z Panem Tatą, że klimat musi być, więc ochrzcimy dziecię w Święta Bożego Narodzenia. W grę wchodził tylko drugi dzień Świąt, plotka wśród rodziny puszczona i tutaj zaczęły się schody. Imprezy po ceremonii nie chcieliśmy robić w domu, więc postanowiliśmy wynająć lokal, żeby inni odwalili za nas robotę, ewentualnie afterparty dla dorosłych w domu. Ciężko było coś znaleźć, wiadomo w Święta każdy chce sobie coś zjeść i chlupnąć, do pracy idą tylko górnicy, pracownicy CPN-ów i desperaci. W końcu się udało, lokal zarezerwowany, menu ustalone. Muszę przyznać, że taką imprezę jak Hanisława to pewnie niewiele dzieci ma, zaczęliśmy o 12, skończyliśmy grubo po 22 i mocno uszczupliliśmy nasz zapas weselnej. Jak szaleć, to szaleć. Nie byłoby w tym nic szalonego, gdyby nie pewne zdarzenie.

Dwa dni przed Chrzcinami.

Otóż w Wigilię coś niebezpiecznego zaczęło się dziać z moim żołądkiem. Cholera nie chciała przestać boleć, więc wiłam się nad uginającym się pod ciężarem karpi i innych kutii stołem jak piskorz, rodzina dziwnie na mnie patrzyła, mama nawet zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem grzybki jej się w pierogach nie pomyliły. Nie dało mi się przetłumaczyć, że jak boli żołądek to nie wolno jeść ciężkostrawnych potraw, w końcu nie po to dopiero wyrwałam się z cukrzycy ciążowej, żeby znowu jeść trawę albo sucharki. Z resztą to nie te święta, króliczki są w kwietniu. Pochłaniałam jedzenie jak szalona, gdyby rurę od odkurzacza mi wepchnąć do jamy gębowej to dywany u rodziców by lśniły. Naładowałam ile się dało w kieszenie, spodnie przytrzymywałam w pasie, bo musiałam guziki poodpinać, żeby w szwach nie puściły i wróciliśmy z małżem do domu. Leżymy z w łożu maćkami do góry, oboje wyglądamy jakbyśmy się bliźniaków spodziewali i pomiędzy jednym „o Jezu, ale się obżarłem” a drugim „zdecydowanie przegięłam”, wietrzymy w łożu spisek, kto chciał mnie otruć.
Może teściowa? Na pierwszej Wigilii, u Pana Taty, okazało się że mamusia zrobiła mi specjalne pierożki dla kobiety karmiącej, z ryżem i pieczarkami. Pierożki specjalnie odznaczone, w zasadzie tylko ja je jadłam i tylko ja się pochorowałam. Z racji tego, że czasami w trakcie karmienia zerkam ze wstydem na programy typu „Dlaczego nie ja”, tłumaczę żonatemu, że takie rzeczy się zdarzają i czasami teściowe nie lubią swoich synowych, trują je i te pe. PT puka się w głowę, twierdzi, że mi blokadę na TV założy, widocznie szkodzi mi na synapsy. Przecież mamusi nie podpadłam, grzeczna byłam, uśmiechałam się i w ogóle jak nie ja. Drogą eliminacji idziemy dalej.
Może moja mama? Relacje jakie z nią miałam za młodu, takie miałam. Do tej pory widły rdzewieją w szafie. W zasadzie teraz jest już bardzo dobrze, odkąd się wyprowadziłam żyjemy na przyzwoitej stopie. Mama też zrobiła dla mnie kilka potraw i tylko ja je jadłam. Małż przewraca oczami, sapie (chyba) pod wpływem moich spekulacji.
Patrzę podejrzliwie na PT:
– Ty… A może to Ty chciałeś mnie otruć? Wiesz, że w razie mojej śmierci dostajesz miliony z mojego odszkodowania. Ja umrę a Ty znajdziesz nową mamusię dla Hani i kasę dostaniesz. Tylko pamiętaj, szukaj takiej z mlekiem w cyckach- Małż popukał się w czoło i odwrócił przodem do ściany.

Dzień przed Chrzcinami.

Pierwszy dzień Świąt nie był lepszy i podczas obiadu u teściów zjadłam tylko kawałek suchego chleba, na przemian popijając Smectę i węgiel. Jak wiecie węgiel ma za zadanie pochłonąć nadmiar niechcianych płynów w organiźmie, bo czasami może się coś „upsnąć” w spodniach, ale to też wpłynęło na ilość mojego mleka. Przez cały dzień chodziłyśmy z Hanisławą głodne bo ja nic nie jadłam, a całe mleko wsiorbnęło się w węgiel. Miałam całodzienną rezerwację na toaletę, a gdy wychodziłam rodzina miała za zadanie głośno kolędować.

Dzień właściwy, czyli Chrzciny.

Drugi dzień Świąt a zarazem dzień Chrzcin wcale nie poprawił mojego samopoczucia. Ja pod pretekstem „polakierowania grzywki” siedziałam pół dnia w łazience, a Pan Tata szykował dziecię do Kościoła z moimi instrukcjami zza drzwi. W Kościele zaciskałam zęby i modliłam się, by dotrwać do końca mszy, żołądek piekł jak cholera, zastanawiałam się, czy przypadkiem przeklęta nie jestem i w Kościele po prostu przebywać nie powinnam. Na imprezie wcale nie było lepiej i tak naprawdę dopiero w czasie afterparty coś zjadłam, ok. godziny 17.

Święta minęły, Chrzciny minęły, minął ból brzucha i wszystkie gratisy z tym związane. Myję naczynia… No dobra, PT je myje a ja wpadam do kuchni jak ostatnimi czasy do toalety skacząc jak poparzona, że już wiem co mnie w Święta dopadło. Małż zakręcił wodę, pokręcił z konsternacją głową ale postanowił mnie wysłuchać, by nie stracić rękawa, za który go szarpałam.
– Papryczka! – PT spiął się, widać że mu trybiki ruszają w czaszce, ale jeszcze nie łapie do końca.- No papryczka!

A historia zatrucia była taka, że obżarłam się w Wigilię rano papryczek faszerowanych fetą, które nabył dzień wcześniej PT. Kiedyś jedliśmy podobne u znajomych, tamte miodzio, słodka papryka nadziewana serem, bardzo smakowała. Małż pomyślał, że kupi kilka do przegryzania. W Wigilię zrobiłam sobie i jemu śniadanie, nałożyłam papryczki na talerze, po czym władowałam największą do ust, zaraz potem jeszcze jedną. Dopiero w połowie przełyku poczułam, że papryczki nie są słodkie a ja nie mogę mówić i jak na złość do picia tylko gorąca herbata. Byłam 2 miesiące po porodzie, przez ten czas trzymałam dietę, więc ostra papryka zrobiła mi z żołądkiem teksańską masakrę, której skutki poczułam dopiero wieczorem i przez parę następnych dni… 🙂

2 Komentarzy/e
  • ~mamaAntosia

    Odpowiedz

    I tak masz szczęście, że możesz jeść wiele rzeczy:). Ja w wigilię siedziałam przed talerzem „rosołu” ugotowanego jedynie na marchewce i pierogami z jagodami. Nie wytrzymałam i gdy nikt nie widział zjadłam jednego ruskiego. Mały wył potem przez tydzień… A sylwestra miałam bombę po kwasie chlebowym. 😀

    • Matka-Nie-Idealna

      Hanisława miała kolki przez.. 2 tygodnie? A jak teraz sobie dumamy z małżem to chyba nie były to kolki, bo stękała, a stęka zawsze jak zaleje pieluchę 🙂 Jak zaczęłam jeść wszystko, to momentalnie brzuszek przestał ją boleć, nooo chyba, że piję hektolitry kawy.

Skomentuj