Jak udało mi się wyjść z toksycznej relacji?

7 komentarzy

W ciągu tygodnia dostałam od Was setki wiadomości. Szczerze mówiąc, nie przypuszczałam tego, że skala problemu jest taka olbrzymia. Opisujecie mi swoje historie: toksyczne związki, przyjaźnie, toksyczne relacje z rodzicami lub rodzeństwem. Pytacie, jak z tego wyjść. Jedyna odpowiedź jaka przychodzi mi na myśl to: SZYBKO! Chociaż i w moim przypadku nie było to proste i natychmiastowe. Zdaję sobie sprawę z tego, że łatwiej się mówi, niż robi. Ale wiem też, że gdybym potrafiła zatrzymać się w pewnym momencie, dzisiaj nie wydawałabym fortuny na psychoterapię.

Wyjście z toksycznej relacji jest trudne. Jest zajebiście trudne i obok walki z depresją, było najtrudniejszą rzeczą, z jaką przyszło zmierzyć mi się w życiu. Jest trudne, ale nie niemożliwe.

Zakończenie znajomości jest jedynie pierwszym krokiem i patrząc na to z perspektywy czasu – najłatwiejszym. U mnie zakończenie znajomości nie wynikło z mojej strony i nie było jednorazowe. Byłam „porzucana” wielokrotnie, z różnych powodów, na zmianę z powrotami tej osoby. Przez kilka dni byłam najlepsza na świecie, później porzucenie i tak w kółko. Za każdym razem wierzyłam w to, że wina leży po mojej stronie.

Wierzcie mi – nie chcę robić z siebie ofiary i wybielać się w żaden sposób. Ja też mam swoje za uszami. Tylko, że zrozumienie schematu działania osoby toksycznej, zajęło mi sporo czasu i pracy ze specjalistą.

To wyglądało mniej więcej tak:

Masz pustą szklankę. Napełniasz ją powoli cieczą, za pomocą pipety. W pipecie jest trucizna sączona przez toksyka. Na początku jej nie zauważasz. Później zdajesz sobie sprawę z tego, że ona tam jest. Te krople to kłamstwa, manipulacje, próba przejęcia Twojego życia. Kiedy szklanka jest pełna, okazuje się, że uzbierało się w Tobie tak wiele toksycznych emocji jak: żal, złość, irytacja, frustracja, zwątpienie, brak zaufania, poczucie osaczenia, że w końcu wybuchasz. I wtedy ciecz ze szklanki wylewa się. Cała trucizna zaczyna w Tobie buzować, gotujesz się w środku. Czyje działanie jest zauważalne? Oczywiście, że Twoje. Nie jest ważna trucizna sączona wolno do Twojego organizmu, a fakt, że Tobie się ulało. Kto jest winny? Oczywiście, że Ty. Według toksyka. Bo wybuchłaś. Bo w końcu puściły Ci nerwy. Zostałaś sprowokowana. Wina odwraca się w Twoją stronę. Nie jest ważne to, co toksyk robił tygodniami, może miesiącami. Nagle dowiadujesz się, jak zraniłaś toksyka. Jaka jesteś okrutna, że ma Ciebie dość. Toks rości sobie prawo do uczuć, odbierając Ci Twoje własne. Bagatelizuje krople, które sączył w Twoje żyły przez długi czas.

Zaczynasz czuć się winna. Zaczynasz zastanawiać się, czy przesadziłaś. Toksyk podsyca Twoje poczucie winy, podkreślając, jak bardzo źle postąpiłaś. Ale Ty wtedy jeszcze nie wiesz, że jak ktoś ładuje w Ciebie gówno, to nie zaczniesz srać fiołkami. Przepraszasz za coś, czego nie zrobiłaś, lub za słabość, która nastąpiła w wyniku przelania się trucizny.

Mi najczęściej zbierało się pod kurek. Przez wiele dni, tygodni i miesięcy trzymałam swoje uczucia, swoje strachy i niepewności w środku. Nie mówiłam o swoich uczuciach, bo bałam się, że zostanę za to ukarana. Pewnie milczeniem. Najpewniej odwróceniem winy, odbiciem piłeczki. Nauczyłam się nie mówić o swoich uczuciach i problemach, bo bałam się, że w najlepszym wypadku za dwa dni znowu wydarzy się coś, co sprowokuje do „porzucenia mnie”. Po co miałam otwierać się przed kimś, skoro i tak zostałabym z tym sama? W pewnym momencie byłam już tak bardzo zrezygnowana, tak obolała psychicznie, że ta bomba puszczana na koniec miała być takim ostatnim oddechem topielca, zanim jego płuca napełnią się wodą. Ta bomba, była rzeczą, która w oczach osoby toksycznej odwracała winę w moją stronę, a dla mnie była ostatnią walką o godność. Szłam pod wodę w betonowych butach, przy czym miałam wrażenie, że jeszcze ktoś skacze mi po klatce piersiowej. Za każdym razem wybuchałam po tym, jak zostałam doprowadzona do ostateczności.

Każdorazowa taka sytuacja sprawiała, że moje poczucie własnej wartości sięgało dna. Nie jadłam, nie piłam. Nie potrafiłam się na niczym skupić, byłam poirytowana, rozżalona. Serce stawało mi na dźwięk SMS’a czy wiadomości. Wyżywałam się na dzieciach, bo nie potrafiłam ogarnąć tego, co się ze mną dzieje. Wstrzymywałam oddech kiedy dzwonił telefon. Był okres, kiedy bałam się wychodzić z domu. Do tej pory mam ataki paniki, ciężko mi opanować stres. Moje serce jest w opłakanym stanie. Mam za sobą próbę samobójczą, która była – jak mi się wtedy wydawało – jedyną opcją ucieczki od bólu.

A przy tym wszystkim udawałam przed ludźmi, przy których starałam się nie pokazywać moich słabości i nastrojów. Naklejałam uśmiech na twarz i odpalałam Instagram lub bloga. Ci bardziej wnikliwi zauważali, że coś jest nie tak.

Jak wyglądał proces wychodzenia z takiej relacji?

To nie było proste. Tych prób uwolnienia się było kilka. Każda kończyła się fiaskiem. Czułam się, jakby ktoś prowadził mnie na smyczy i kiedy odejdę za daleko, szarpał – przypominając mi, gdzie moje miejsce. Każdą z prób odchorowywałam wiele dni, a nawet tygodni. Czułam się jakby ktoś przejechał po mnie walcem, później na wstecznym i znowu do przodu. Wiele osób mówiło mi, żebym to skończyła. Ale to było… Czułam jakby ktoś zaprogramował mój mózg. Jakbym brodziła w bagnie i nie mogła dotrzeć do brzegu. Im wyżej podnosiłam nogę, im dłuższy robiłam krok, tym bardziej się zapadałam w mule.
Któregoś dnia obudziłam się po kolejnym „Mam cię dość” i poczułam, że nic mnie nie boli. To był impuls. Nie miałam już poczucia ciężkości, ścisku w żołądku. Poczułam ulgę. Mogłam spokojnie nabrać powietrza. Ba! Nagle okazało się, że ono ma zapach. Najzwyczajniej w świecie poczułam, że to jest moment, kiedy mogę to pociągnąć i po raz pierwszy od dawna poczuć spokój. Że mogę się uwolnić. Poczułam, że to jest moja szansa.

Wychodzenie z tego trwało prawie dwa lata. Ja po prostu chyba chciałam wierzyć w każdą zmianę, każde przyznanie się do winy, każdą deklarację poprawy, którą mydliła mi oczy osoba toksyczna. Nie jestem typem człowieka, który lubi mieć na swoim koncie niewyjaśnione sytuacje, żal do drugiej osoby. Nie chcę odwracać wzroku na ulicy, czy nie móc pogadać w sklepowej alejce. Poza tym, gdzieś w środku tliła się we mnie nadzieja i wiara w drugiego człowieka. Byłam głucha na głosy z zewnątrz. Każdy mi krzyczał, żebym uciekała. Grzesiek w pewnym momencie stwierdził, że ta osoba prawie zniszczyła naszą rodzinę. Co więcej, powiedział jej to prosto w twarz. A moja smycz skracała się. Bałam się, że kiedyś przyjdzie moment, że na niej zawisnę. Jednocześnie potrafiłam wybaczyć wiele. Naprawdę wierzcie mi, jestem w stanie wybaczyć tak dużo, że czasami sama sobie się dziwię, że jestem tak bardzo naiwna. I za każdym razem czułam się jak frajer. Do momentu kiedy ktoś wyjaśnił mi, że frajerem nie jest ta osoba, która wybacza a ta, która tej szansy nie wykorzystała. Wiara w drugiego człowieka, miłość, zaufanie czy nadzieja nie jest frajerstwem. Jak możecie się domyślić, na tamtym poczuciu, że to ten moment, nie skończyło się.

Moja psycholog opieprzy mnie za to, co napiszę, jednak ja również nie byłam bez winy. Zawsze najpierw szukam winy w sobie i staram się bronić drugiego człowieka, jakkolwiek zły by on był i cokolwiek złego by zrobił. Dzisiaj wiem, że powodem mojej „winy” był stan rezygnacji i brak poczucia własnej wartości i ważności w oczach drugiej osoby. I chociaż podczas trwania tej relacji często słyszałam, że jestem ważna, czyny świadczyły zupełnie o czymś innym.
Z czasem stałam się apatyczna. Przestałam się zwierzać, przestałam rozmawiać. Przestałam mówić o swoich uczuciach. Podobno kiedy człowiek krzyczy, to jeszcze mu zależy. Kiedy zaczyna milczeć, to już ostatni etap jego uczuć. Ja zaczęłam się oddalać i trzeźwieć. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Wiedziałam, że relacja dwojga ludzi nie powinna wyglądać w ten sposób, bez względu na to czy mówimy o związku, koleżeństwie w pracy, czy o przyjaźni. Tylko nie potrafiłam uciec. Jeśli twierdzicie, że wystarczyło zerwać kontakt, zajrzyjcie do wpisu, który nieco zobrazuje Wam schematy toksycznych osób (klik).

Skończyło się tak naprawdę kilka miesięcy temu. Ta osoba miała mnie dość po raz kolejny. Totalna pierdoła.

I tym razem postanowiłam zrobić to tak, jak powinnam. Od razu poszłam na terapię, którą przerwałam jakiś czas wcześniej i która pozwoliła mi zrozumieć niektóre schematy działania. Zapisałam się na jogę, skupiłam się na pracy, na wartościowych osobach i na domu. Totalnie odcięłam się od wszystkiego co związane z tą sprawą, chociaż nie było łatwo, bo z każdej strony przychodziły do mnie „życzliwe” wiadomości. Był moment, kiedy czułam się totalnie obdarta z mojej intymności i godności. Moje życie prywatne i problemy zostały sprzedane. W tym czasie sporo się o sobie dowiedziałam od zupełnie obcych ludzi. Chyba nie muszę wspominać, że wiele z tego, nie było prawdą? Po pewnym czasie te wiadomości przestały mnie już dziwić, jakkolwiek absurdalnie brzmiały. Każda taka sytuacja wbrew pozorom pozwalała mi dystansować się i robić krok naprzód. Moje sumienie zaczynało się oczyszczać bo zrozumiałam, że to co się działo, nie było moją winą. Kiedy słyszałam: „W końcu widać, że się uśmiechasz” to sprawiało, że czułam, że postępuję właściwie. A do tego regularna terapia i praca nad własnym wnętrzem. I bliscy oraz przyjaciele, którzy wspierają mnie na każdym kroku.

Skutkiem ubocznym tego procesu jest to, że przestałam wierzyć w możliwość ludzkiej zmiany. Zmieniają się jedynie techniki postępowania, sposoby manipulacji. Czy ta osoba poczuwa się do jakiejkolwiek winy, widzi jakikolwiek błąd? Nie. I dała mi to wyraźnie odczuć. To ja jestem winna, to we mnie jest problem. Nadal nie rozumie wielu rzeczy. Tylko, że mnie już nie obchodzi, co ta osoba o mnie myśli, co o mnie mówi. W końcu żyję w zgodzie z własnym wnętrzem. A jeśli ktoś żyje nadal w świecie swoich przekonań o nieskazitelności, krzywdzi wyłącznie siebie i swoich bliskich.

Ile trwa wychodzenie z toksycznej relacji?

U mnie trwało dwa lata. Dzisiaj wiem, że gdybym potrafiła zakończyć to szybciej, moja psychika byłaby prawdopodobnie w lepszym stanie. Tak naprawdę proces nadal trwa. Nadal pracuję ze specjalistami, odbudowuję poczucie własnej wartości i pozbywam się permanentnego poczucia winy. To pokazuje, jak bardzo takie relacje są wyniszczające. Jeśli chcecie konkretnej odpowiedzi na pytanie: „Jak wyjść z toksycznej relacji?”, to niestety nie znajdziecie jej tutaj. Każdy musi znaleźć swój moment.

Czy gdybym mogła cofnąć czas, zmieniłabym coś?

Nie. Może poza faktem, że totalnie nie pamiętam pierwszych dwóch lat życia Nadii. Kompletnie wymazałam z głowy tamten okres życia. Nie żebym chciała. Po prostu mój mózg tak się broni w ciężkich sytuacjach.

Wybaczyłam sobie. Dlaczego akurat sobie? Bo straciłam wiarę w siebie. Straciłam swoją niezależność, umiejętność trzeźwego myślenia. Pozwalałam sobie na emocje, których dzisiaj się wstydzę. Dawałam wyprowadzić się z równowagi. Czułam wszystko: od miłości, przez nadzieję i zwątpienie, aż po nienawiść. Dzisiaj nie czuję nic. Wybaczyłam sobie moment, w którym uwierzyłam, że przestanie boleć tylko w jeden sposób. Moment, w którym moje dzieci mogły stracić mamę, a Grzesiek żonę.

Traktuję to jako kwaśną lekcję życia. Wbrew pozorom ta sytuacja nauczyła mnie pokory, dostrzegania tego, co było dla mnie niezauważalne na pierwszy rzut oka. Nauczyłam się, że nie jestem niezniszczalna. Że potrzebuję drugiego człowieka, żeby funkcjonować. Nauczyłam się cieszyć drobnostkami i chwytać momenty. Nauczyłam się wybaczać innym i przepraszać za błędy.

To wszystko sprawiło, że dzisiaj jestem silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Ale kosztowało mnie dużo. Dużo za dużo.

Photo by Georgy Rudakov on Unsplash

7 Komentarzy/e
  • Monia

    Odpowiedz

    Z całym szacunkiem, ale wszyscy jej bliscy powinni dowiedzieć się, co zrobiła, zwłaszcza jej rodzina. Trzymaj się dziewczyno!

    • Kacha.

      To samo pomyślałam. Znam tą dziewczynę i zastanawiałam się, czy puścić to do jej rodziców.

  • Aga

    Odpowiedz

    Super ta Twoja „przyjaciółka”. Ale zawsze jej źle z oczu patrzyło. Nawet w liceum. Zawsze była taką modliszką. Porzucała ludzi i przyjaciół, zdradzała wszystkich naokoło. Ewidentnie ma problem ze sobą.

  • Małgorzata

    Odpowiedz

    Czytam i uwierzyć nie mogę. Jeśli piszesz o osobie, o której myślę, to zastanawiam się, co nią kierowało. Wydawało się, że tworzycie bardzo zgrany duet. Wiele z nas tutaj zazdrościło Wam tej relacji, ja zresztą też. Myślałam, że rzadko zdarza się taka przyjaźń, gdy oglądałam wasze wspólne zdjęcia. Byłyście jak siostry, bratnie dusze…

    • matka-nie-idealna

      W internecie wiele ręczy wygląda ładnie ?

  • Patrycja

    Odpowiedz

    Jesteś niesamowita, wiesz? Żałuje, że nie mam możliwości poznać Cię osobiście, ale jeżeli kiedyś będę miała okazje spacerując ze swoimi Misiami, to na pewno się dowiesz, jak nie raz uratowałaś mi głowę. Trzymaj się. 🙂

Skomentuj

error: Content is protected !!