Jest pewna rzecz w macierzyństwie, przez którą nie wiem, czy ponownie bym się na nie zdecydowała.

1456 Odczytano 4 komentarze

Jest pewna rzecz w macierzyństwie, która obok całego anturażu bycia rodzicem, obok całej magii i piękna płodzenia, a następnie bycia częścią życia dziecka, jest drzazgą w małym palcu u stopy. Bo pewnie, gdybyś wiedziała, że ta drzazga się wbije, nie zdecydowałabyś się chodzić boso, po nieoheblowanych deskach. Ja dzisiaj wyżej podnoszę nogi, rozglądam się we wszystkie możliwe strony. Staram się utrzymać równowagę, ale muszę szczerze przyznać, że średnio mi to wychodzi.

I chociaż mogłabym w nieskończoność, pisać o tym, że bycie mamą to najlepsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała, że kocham szalenie i przysłaniają mi całą dotychczasową wizję świata, że jestem ogromną fanką bycia wychowywaną przez dziecko, nie odwrotnie… Z dzisiejszą wiedzą o świecie i ludziach, nie wiem czy zdecydowałabym się drugi raz na macierzyństwo. Macierzyństwo w ogóle.

Jest pewna rzecz, która rodzi się razem z dzieckiem. Obok bezwarunkowej miłości i poczucia spełnienia. Razem z dzieckiem rodzi się strach.

Boję się.

Najzwyczajniej w świecie się boję. Każdego dnia otwieram oczy ze strachem przed nadchodzącym dniem. Każdego wieczoru sprawdzam pięć razy, czy któreś dziecko nie leży zbyt blisko krawędzi łóżka i czy drzwi do ich sypialni są zamknięte. Potrafię wstać w środku nocy, żeby zapalić światełka przy schodach, na wypadek, gdyby któraś z dziewczynek wyszła po ciemku z pokoju. Z niepokojem zerkam na krawężniki i murki. Nie jestem fanką landrynek i wszystkiego, czym można się zakrztusić. Wolę sama odwieźć gdzieś moje dziecko, niż pozwolić, by inna osoba przewoziła je w wątpliwej jakości foteliku. Wolę jechać o 6 rano zamontować fotelik samochodowy w innym aucie, niż zostawić go w przedszkolu, do zamontowania innej osobie. Piętnaście razy przypominam dziadkom, żeby mocno zaciągali pasy. Nie pozwalam jeść ani pić w samochodzie. A kiedy jest to nieuniknione, wpatruję się w dziecko, jak sroka w gnat. Bezpieczniej czuję się, kiedy trzymam dziecko za rękę. Na placu zabaw nie potrafię skupić się na rozmowie ze znajomym. Wolę pilnować innych dzieci, niż ktokolwiek ma pilnować moich. Pozwalam iść dziecku samemu do sklepu, po czym chowam się za rogiem i obserwuję, czy jest bezpieczna. Nie pozwalam samym wchodzić do basenu, nawet jeśli jest to 50 centymetrowy brodzik. Zawsze muszę je mieć na oku. W zeszłym roku puściłam Hanię z dziadkami na miesięczne wakacje w górach. Dzisiaj bym tego nie zrobiła.

I coraz bardziej się, kurwa, boję.

Paraliżuje mnie strach, że moim dzieciom lub Grześkowi mogłoby się coś stać. Przeklinam moment, w którym zaczęłam namawiać go na motocykl, chociaż na początku wcale nie był chętny. Dzisiaj ja nie jeżdżę, on tak. Dzisiaj on się dobrze bawi, a ja nie śpię. Dzisiaj boję się jechać w dłuższą podróż samochodem z dziećmi, przed wyjściem z domu sram po gaciach. Dosłownie. Powoli od środka zabija mnie myśl, że któreś mogłoby zachorować. Spaść ze schodów. Przewrócić się na rowerze. Zacząć topić. I chociaż mam oczy dookoła głowy, cały czas mam poczucie, że robię niewystarczająco wiele.

I o ile moje dzieci nie odczuwają żadnego dyskomfortu związanego z moim strachem, o tyle ja budzę się z krzykiem w nocy, kiedy we śnie widzę spadającą ze schodów Nadię. Kontroluję i cały czas śledzę je wzrokiem, pozwalając im na pozorną samodzielność.

Nie potrafię określić, kiedy to się zaczęło. Prawdopodobnie w momencie, kiedy zrozumiałam, że wiele ludzi jest skurwiałymi egoistami. Że wielu ludzi nie posiada skrupułów, a nasz świat rozpędza się w drodze do zagłady. Być może to zaczęło się w momencie, kiedy co drugi dzień media trąbią o gwałtach, o molestowaniu przez księży, o zabójstwach dzieci, o porwaniach i o tym, że jakiś palant po pijaku zabił autem matkę z dzieckiem. A może w momencie, kiedy każdego dnia dostaję kilkanaście próśb z udostępnieniem zbiórki dla jakiegoś śmiertelnie chorego dziecka. Kiełkuje z coraz większą mocą kiedy słyszę, że ktoś się utopił lub jakieś dziecko zginęło w wypadku samochodowym. Rośnie w siłę, kiedy mój wzrok zatrzymuje się na zdjęciu dziecka, które trzyma za koszulkę swoją kilkumiesięczną siostrzyczkę, chwilę po tym, jak bomba zniszczyła ich dom.

Coraz bardziej boję się przyszłości. Że moim dzieciom, wykochanym do granic możliwości, stanie się krzywda. Że któregoś dnia spóźnię się o ułamek sekundy. Nie będę patrzyła wystarczająco uważnie. Przegapię. Zapomnę. Popełnię gdzieś niewybaczalny błąd.

Gdybym sześć lat temu wiedziała, że macierzyński strach może być równie silny jak miłość, być może nie zdecydowałabym się na dzieci. Chociaż wynika z niego jedna i chyba nawet jedyna pozytywna rzecz. Każdy dzień traktuję, jakby miał być moim ostatnim. Ćpam je, korzystam, celebruję, chłonę.

4 Komentarzy/e
  • Justyna

    Odpowiedz

    Dziękuję Ci za ten wpis… Każde słowo, którego używasz opisuje dokładnie to co czuję… Od 7 lat jestem mamą. Mam go jednego, jedynego… Ukochanego do granic możliwości… I każdego dnia się boję, o wszystko… O jego bezpieczeństwo, o jego zdrowie, o odpowiedzialność tych pod których opieką jest kiedy ja jestem w pracy-mimo że im ufam… Dobrze wiedzieć, że nie tylko mój sufit jest nierówny 😉

  • Magda

    Odpowiedz

    Mam dokładnie tak samo. Strach paraliżuje mnie każdego dnia…

  • maria

    Odpowiedz

    Pamiętaj jednak, że dziecko z czasem coraz bardziej jest świadome zagrożeń i samo może ich uniknąć. Ponadto mimo, że mogłabyś robić wszystko, żeby ich ochronić i tak może stać im się coś złego. Nie mamy do końca na to wpływu. Tak było zawsze, jest i będzie.

  • Kasia

    Odpowiedz

    Od kiedy mam dzieci, moje serce przepełnia jeden wielki lęk o nie. Z radosnej, odważnej i energicznej dziewczyny, zamieniłam się w wiecznie przerażoną każdym pryszczem, bólem główki, gorączką, wbitym kleszczem itd. matką. Według mojego męża zachowuję się nieracjonalnie, ale ja myślę, że facet tego nie zrozumie…

Skomentuj