Kiedy wojna o dziecko po rozwodzie, okazuje się być wojną o przetrwanie.

1374 Odczytano 0 Komentarzy

Dzisiaj zostawiam Was z mailem od Kasi.

Cześć Nieidealna.

Chciałabym opowiedzieć Ci o czymś, z tym zmagam się w ostatnich miesiącach. Coś, co nie daje mi spać w nocy, sprawia, że od wielu tygodni śpię w łóżku z dzieckiem, boję się chodzić do pracy i wyjść na zakupy do sklepu.

Mojego męża (teraz już byłego) poznałam prawie dwanaście lat temu na studiach. Nie była to miłość od pierwszego spojrzenia. Kumplowaliśmy się, imprezowaliśmy z paczką wspólnych przyjaciół. Po którejś imprezie odprowadził mnie do domu i został do rana, a w zasadzie na kolejne 10 lat. 

Ślub wzięliśmy po dwóch latach. Po kolejnych dwóch urodził się syn. Wszystko było z pozoru dobrze. Ja pracowałam jako księgowa, mąż prowadził firmę wykończeniową. Pracował dużo, w domu bywał mało. Ja po pracy zajmowałam się dzieckiem i domem. Mąż wszystko miał w domu podane na tacy. Było czysto, ubrania wyprane i wyprasowane, obiad na stole. Wracał z domu po 10-12 godzinach wykończony, chwilę posiedział z Bartkiem i najczęściej zasypiał na kanapie. Jeździliśmy na wakacje dwa razy w roku, co drugi weekend spędzaliśmy razem. Mimo to, oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej. Pytałam, czy może trochę przystopować, mniej pracować. Nie chciałam pieniędzy, nie były dla mnie aż tak ważne. Ja zarabiałam dobrze jako główna księgowa. Gdyby mąż trochę mniej zarabiał, nasz komfort życia nie spadłby drastycznie.

W któryś weekend, kiedy siedzieliśmy wieczorem razem, nie wiedzieliśmy o czym rozmawiać. Zachowywaliśmy się jak dwójka zupełnie obcych dla siebie ludzi. Kilka miesięcy po tych wydarzeniach, powiedziałam mu, że chcę się rozstać. Że już nic nie czuję, że coś się we mnie wypaliło. Jestem młoda, przed 40-stką, jeszcze chcę zaznać miłości i uczucia (tego mu nie powiedziałam). Był w szoku. Prosił, żebym nie odchodziła. Powoływał się na miłość, na dziecko, na wspólny dom, na przeżyte razem lata. Obiecywał, że będzie mniej pracował. I rzeczywiście, scedował większość obowiązków na pracowników, ale to trwało jakieś dwa tygodnie. Po miesiącu wróciłam do niego już z pozwem rozwodowym. Spakowałam siebie, dziecko i wyniosłam się do wynajętego mieszkania. Nasze małżeństwo zakończyło się na pierwszej rozprawie. Nie ograniczyłam mu praw rodzicielskich, chciałam żeby Bartek miał oboje rodziców. 

Były mąż bardzo to przeżył. Jak się później okazało, zaczęła się między nami cicha wojna. Przez ponad miesiąc nie odwiedził dziecka, nie zadzwonił do niego. Nie odbierał telefonów. Po tym czasie wysłał sms, że chce przyjechać po synka popołudniu następnego dnia. Dziecko było prze szczęśliwe. Ex miał odwieźć małego około 19. Minęła dwudziesta, a ich nie było. Nie odbierał telefonu. W końcu koło 21, Bartuś wrócił do domu. Były mąż twierdził, że się bawili i nie słyszał telefonu. Poprosiłam go, by następnym razem dotrzymywał obietnicy, ponieważ dziecko wstaje rano do przedszkola. Nie byłam w tym wszystkim święta, miałam serdecznie dość gościa. Próbował się spotykać ze mną, zagadywał. A ja go spławiałam cały czas. Potrafiłam odpyskować albo napisać, że dzisiaj Bartuś jest chory i nie może się z nim spotkać. Starałam się nie wpuszczać go do domu, jeśli to nie było konieczne.

Syn był u ojca kilka razy w tygodniu. Po pewnym czasie, często powtarzał, że chce jechać do taty. Nie zawsze było mi to na rękę, miałam różne plany. Wtedy dziecko wpadało w histerię. Twierdził, że u taty jest fajnie, ma konsolę, ma różne zabawki. Po weekendach, kiedy ojciec go odwoził, mały nie chciał puścić jego nogi. Któregoś dnia wykrzyczał, że mnie nienawidzi i woli mieszkać u taty. Rozmawiałam z ex, że nie może go rozpieszczać, bo później mam problemy z dzieckiem. Odpowiedział, że nadrabiają stracony czas.

Któregoś razu, były odebrał Bartka z przedszkola, bo ja miałam zebranie zarządu w pracy. Miał go przywieźć o 18. Jednak znowu nie było ich o ustalonej porze. Telefon był wyłączony. W końcu, po godzinie 20, kiedy zbierałam się, żeby pojechać po syna, dostałam sms, że mały już śpi i ex odwiezie go rano do przedszkola. Byłam wściekła ale nie chciałam rozpętywać burzy.

Miałam wrażenie, że mąż cały czas nastawia dziecko przeciwko mnie. Nigdy nie mówiłam złych rzeczy na ojca Bartka, zawsze twierdziłam, że tatuś bardzo go kocha. Pięciolatek potrafił mi wykrzyczeć, że mnie nienawidzi, że woli tatę. Zaczęłam z nim chodzić do psychologa. Po kolejnych kilku akcjach z nieodwożeniem dziecka do domu, złożyłam wniosek o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. I to był początek piekła.

Mąż miał dwa weekendy w miesiącu i dwa dni w tygodniu na widzenie z dzieckiem. Po rozprawie przypadł pierwszy weekend u taty Bartka. Ex poprosił mnie, żebym spakowała mu kilka rzeczy, bo chce pojechać z młodym do swoich rodziców, na Mazury. Zgodziłam się. W niedzielę wieczorem zadzwoniłam do byłego, żeby zapytać kiedy przyjadą. Telefon był wyłączony. Zadzwoniłam do byłej teściowej. Powiedziała, że Bartek wyjechał od nich zaraz po obiedzie. Zdziwiłam się, że jeszcze ich nie ma w domu. Droga powinna zająć im w porywach trzy godziny. Telefon milczał. 

Natala, to co ja wtedy przeżyłam, przez noc, to jest jakiś koszmar. Rano poleciałam na policję i zgłosiłam zaginięcie ex męża i dziecka. Nie chcieli przyjąć zgłoszenia, bo minęło za mało czasu, ale na szczęście obok był komendant i widząc moją histerię, zrobili notatkę. Minął poniedziałek, telefon wyłączony. Teściowie nic nie wiedzą, ex mówił, że jedzie odwieźć dziecko. Wsiadłam do auta i pojechałam do nich. Po drodze sprawdzałam rowy, dzwoniłam po okolicznych szpitalach. We wtorek znowu poszłam na policję. Zaczęli poszukiwania. Znaleźli ich w czwartek, przez zupełny przypadek. Ex jadąc samochodem, gdzieś obok Krakowa, nie miał zapiętych pasów. Sprawdzili go w bazie i wyszło, że porwał dziecko. Mały został odwieziony przez policję do domu. Przez te kilka dni myślałam, że umrę z rozpaczy. Złożyłam wniosek o całkowite pozbawienie praw rodzicielskich mężowi. 

I wtedy zaczęło się kolejne piekło. Ex mąż śledził nas, czekał na małego pod przedszkolem. Wydzwaniał i odkładał słuchawkę. Ciągle miałam wrażenie, że ktoś za mną chodzi. Dostawałam dziwne smsy z zastrzeżonego numeru, jak na przykład „Pięknie dzisiaj wyglądałaś. Jestem ciekawy, jaką masz na sobie bieliznę”. Bartek kiedy go widział, wpadał w histerię, chciał do niego biec. Zaczęliśmy terapię u innego psychologa, ale jak wyjaśnić kilkulatkowi, że tatuś robi mamusi na złość? Że jest w nim żal do mamy za to, że się rozstali? Podczas spotkań z psychologiem wyszło, że ojciec mówił dziecku, że mama jest zła. Chce ich rozdzielić. Że u tatusia mu będzie lepiej. Policja była bezradna. Nie miałam dowodów, że to ex mąż wysyła te smsy, nie było wtedy obowiązku rejestrowania kart. Chciałam złożyć wniosek o zakaz zbliżania, ale ex był dobrym ojcem, nie chciałam odcinać Bartusia od taty. Któregoś dnia wróciłam do mieszkania i zobaczyłam je całe zdemolowane. Wtedy złożyłam wniosek o zakaz zbliżania. Ciężko mi było to udowodnić w sądzie, jednak udało się. Myślisz, że to coś dało? W życiu! Ex po prostu lepiej się krył. Zmieniłam mieszkanie, znalazł mnie. Znalazłam pracę kilkadziesiąt km od domu i tam mieszkanie – znalazł mnie. Zmieniłam numer telefonu, wróciłam do panieńskiego nazwiska. Znalazł mnie. Przestałam puszczać dziecko do przedszkola ale przecież nie mogłam siedzieć 24 na dobę w domu. Musiałam pracować. Nasze życie przypominało jeden wielki koszmar. 

Dzisiaj mieszkam w miejscu, gdzie jeszcze mnie nie znalazł. Dla własnego dobra, zerwałam wszystkie znajomości, kontakty z rodziną. Pracuję zdalnie z domu ale już się trzęsę na myśl, co będzie jak młody pójdzie do szkoły. Policja zbiera dowody by go oskarżyć o nękanie, ale w naszym pojebanym kraju to wszystko wlecze się bardzo długo. Jestem wrakiem człowieka. 

Nie wiem, co będzie jutro. Na razie wygląda na to, że ex odpuścił. Wie, że mnie zniszczył i o to mu chodziło. Szkoda tylko, że kosztem dziecka. A Bartek? Pyta, kiedy zobaczy się z tatusiem…

Wybacz ten długi mail. Mam nadzieję, że czytają Cię też osoby, które jak ja kiedyś, są na życiowym zakręcie i dwa razy zastanowią się nad sobą, zanim zaczną grać dzieckiem przy rozwodzie.. 

*Imię dziecka autorki listu zostało zmienione na jej prośbę. 

0 Komentarzy/e

Skomentuj