Nie kocham swojego dziecka.

13859 Odczytano 51 komentarzy

 Dowiadujesz się o ciąży. Z Twoich myśli wypływa nieme „o kurwa!” bez względu na to czy dziecka chciałaś czy zaliczyłaś klasyczną wpadkę pyskiem w macierzyństwo. Ciąża jest zaskoczeniem, bez względu na to czy staraliście się o dziecko miesiącami, czy też ten jedyny raz apteka była za daleko a pizgawica na dworze nastrajała jedynie do pozostania w łóżku.

Zaczynasz przyswajać myśl, że zostaniesz mamą. Nie jest łatwo bo na początku… nie czujesz nic. Owszem, w Twoim łonie rodzi się życie, w Twojej głowie jakaś tam świadomość (podkreślając „jakaś tam”) ale instynkt?

Hania była życiową niespodzianką. Pojawiła się nagle, bez uprzedzenia, za to z przytupem. Podczas gdy ja miałam w planach podbijanie wszechświata, ona w planach miała coś innego. Zobaczyłam ją jeszcze tego samego dnia, w którym zrobiłam test, wstrzeliwując się w wolne miejsce na boeingu u pana doktora. Na monitorku pojawiło się serduszko, na mojej twarzy pojawił się uśmiech.

Co poczułam? Nic. Zupełnie nic. Nie było wielkiego wybuchu miłości, instynkt macierzyński był mi obcy. Patrzyłam na monitor i nie czułam nic prócz ciekawości.

Przez kolejne dwa miesiące miałam wrażenie, że ktoś robi sobie ze mnie jaja. Do kolejnej wizyty myślałam „to pewnie jakaś pomyłka, dzisiaj lekarz powie, że coś mu się wydawało”. Nie wydawało, ona nadal tam była. Przy trzeciej wizycie czułam to samo, z tą różnicą, że tym razem bałam się rozczarowania. Bałam się, że mogłoby jej nie być.

Co się zmieniało przez kolejne tygodnie? Nadal nic. Wiedziałam, że ona tam jest ale nadal nie mogłam uwierzyć. Z jednej strony wiesz, że pod Twoim sercem bije inne ale jak to? Nawet rosnący brzuch i nogi między żebrami nie wylały na mnie matczynej zupy miłości.

Do ciąży podchodziłam lekko. Pomimo, że była zagrożona, nie do końca zdawałam sobie sprawę na czym to zagrożenie polega. Nie myślałam o konsekwencjach, nie myślałam o problemach. Trochę jakbym żyła w jakimś śnie. W dziwnej komedii, reżyserowanej wieczorem w Dwójce.

Urodziła się. Po porodzie nie spałam równe 36 godzin, wpatrując się w jej idealnie krzywe usta, spuchnięte oczy i białe od śluzu włoski. Byłam dumna a ona była brzydka jak noc. Nie mogłam się nadziwić widząc człowieka, który jeszcze chwilę temu ładował kolano w mój pęcherz a jeszcze wcześniej był kropką na ekranie monitora. Podeszłam do tego czysto naukowo, być może nawet trochę za bardzo. Czy kochałam? Nie. Gdy po porodzie położyli mi ją na piersi pomyślałam „cholera, teraz chyba powinnam się rozpłakać?”. I się rozpłakałam. Ze szczęścia, że skończyły mi się bóle krzyżowe.

Trzy pierwsze miesiące po porodzie były dla mnie mieszanką „baby bluesa”, zmęczenia, próby przystosowania się do nowej sytuacji i rekonwalescencji. Co czułam? Obowiązek i opiekuńczość. I bolał mnie tyłek.
W pewnym momencie stwierdziłam, że nie kocham swojego dziecka. Że ja jej NADAL, do cholery, nie kocham. Ale jak to? Co z recytowanym w czasopismach instynktem macierzyńskim? Co z miłością, która wybucha w momencie położenia przykurczonego delfina na piersi kobiety? Nic takiego nie czułam.

#2 pomimo, że wystarane, było tak samo dużym zaskoczeniem jak Hanisława. Po ośmiu miesiącach, podczas których nadzieja zaczęła powoli pakować tobołek, kolejne dziecko zasygnalizowało, że oto jest gotowe urozmaicić nam życie i dodać trochę ognia do przespanych nocy. Że zasłużyliśmy na to, by powołać kolejne życie na świat. Tym razem każda wizyta u lekarza zaczynała się rozstrojem żołądka. „Musisz tam być, chcę tego”. Wpatrywałam się w monitor USG, wsłuchiwałam w tętno nadające z głośników. Zamykałam oczy i zrzucałam z serca dwieście kilo obaw. Była i miała się dobrze. Pomijając myśli typu „co myśmy narobili”, które pojawiały się średnio co drugi dzień, byłam szczęśliwa. Ale czy coś czułam? Miłość? Nie. Instynkt? Od jakichś dwu i pół roku tak. Jednak tym razem już się nie martwiłam.

Hanię pokochałam po jakichś trzech miesiącach od urodzenia. Wcześniej prawdopodobnie też ją kochałam, jednak nie w taki sposób w jaki to sobie wyobrażałam. A wyobrażałam sobie klapki na oczach, lekkość na duszy, motylki w brzuchu i bezgraniczne uwielbienie. Pokochałam ją w momencie gdy się do mnie pierwszy raz uśmiechnęła. A ja poryczałam się jak durna. I to był zwrot, który zapanował moim umysłem i sercem. Pokochałam ją jak diabli. Bezgranicznie i bezinteresownie. Gdzieś w moim umyśle urosła lwica, która wyżarłaby każdemu, kto zechciałby ją skrzywdzić wątrobę.

#2 od początku jest w moim sercu i umyśle. Kocham tą Pierdołę jak cholera. Pomimo, że pierze mnie z półobrotu po biodrach, tworząc niebezpieczeństwo kiedy akurat prowadzę samochód. Pomimo, że od trzech miesięcy leżę 24h/dobę i jeszcze trochę poleżę. Pomimo, że sama siebie nie mogę znieść a PT powinien dostać pokojową nagrodę Nobla. Pomimo, że tyle ucieka mi ze wspólnego czasu z Hanią. Kocham bestię i koniec. Dlaczego? Poniekąd dlatego, że mam nadzieję, iż za chwilę czeka mnie nagroda w postaci Hani #2. I dlatego, że w momencie uczuciowej pompy przy pierwszym dziecku, pojawiło się u mnie tyle miłości, że mogłabym nią obdarować trzy domy dziecka. Wiem co będzie tam na końcu, już za parę chwil.

Dlaczego o tym piszę? Bo wiem, że wśród kobiet jest masa dziewczyn takich jak ja. Matek, które zastanawiają się, co z nimi nie tak.

Jestem w ciąży, powinnam coś czuć, czyż nie? Dopiero urodziłam a poza poczuciem obowiązku, dumą i radością, że udało się szczęśliwie, nie czuję nic. Nie nadaję się na matkę.

Instynkt macierzyński i miłość nie zawsze mają cokolwiek wspólnego z Hollywoodzkimi filmami, z różowymi bobasami i łzami szczęścia.

Instynkt to sprawa indywidualna. Miłość to reakcja chemiczna, która zachodzi w naszym organizmie a na którą po prostu często nie mamy już siły bo w ciąży, podczas porodu i zaraz po nim zachodzi ich milion. Czasami brakuje po prostu miejsca na tą najważniejszą dla naszej psychiki. Brakuje miejsca na miłość. I nie ma znaczenia czy dziecko jest wystarane, czy jest niespodzianką. Nie ma znaczenia czy jest pierwsze, drugie czy piąte. Wiele kobiet obawia się, że może nie pokochać kolejnego tak jak pierwsze.

Jak sobie pomóc? Nic tak dobrze nie leczy jak czas i wsparcie. Czasami jest to kwestia dni, czasami miesięcy. Czasami miłość pojawia się stopniowo, czasami przychodzi fajerwerkami, tak jak u mnie. Doskonale o tym wiedzą ojcowie, którzy również uczą się miłości do swojego dziecka. To trochę brutalna, ale jednak prawda.

A jak to było u Was?

51 Komentarzy/e
  • Pola

    Odpowiedz

    ja jak poznałam mojego Syna po porodzie (jak połozyli mi go na piersi) nie miałam wybuchu miłości, tylko przerazenie bo odpowiedzialność. Zakochałam sie w nim tak mega mega mega po miesiącu jak się usmiechnał po raz pierwszy świadomie bo ucieszył go mój widok…. wtedy się popłakałam.

  • BeeMammy

    Odpowiedz

    Faktycznie z pierwszym dzieckiem bylo jakos inaczej wiecej czasu mi to zajelo. Drugie to bylo macierzynstwo pelna geba od samego poczatku

  • Magda / Dwa plus dwa

    Odpowiedz

    Hmmm. Ja jeszcze w czasach przed dziećmi czytałam i słyszałam o fali miłości macierzyńskiej zalewającej kobiety tuż po porodzie. Nie przypuszczałam wtedy, że mnie może po porodzie zalać tylko poczucie odpowiedzialności i obowiązku. Dlatego też na początku podeszłam do sprawy zadaniowo: nakarmić, przewinąć i położyć spać. Nie pomyślałabym wcześniej, że ta prawdziwa miłość pojawi się dopiero po kilku tygodniach, gdy się już lepiej poznamy. Szkoda, że wtedy nie wiedziałam, że nie muszę mieć z tego powodu wyrzutów sumienia i myśleć w kółko, że coś ze mną nie tak 😉

  • maddie

    Odpowiedz

    Bardzo potrzebny wpis. U mnie było bardzo podobnie. Wszyscy oczekiwali ode mnie fajerwerków i serduszek w oczach, a ja pamiętam, że najchętniej spalabym całymi dniami albo uciekła z domu. Trwało to ok6miesięcy. Teraz syn ma ponad rok i wszystko zmieniło się na plus.

  • Ewa

    Odpowiedz

    Nie jestes jedyna… Ja mam tylko jedno dziecko.. A przy narodzinach – zapytalam (bo tak wypada) czy wszytsko z nim ok… a tak naprawde myslalam (o kur… jeszcze lozysko)… 21 kwietnia minie rok i uwielbiam swojego malego szkraba.

  • mamaLaury

    Odpowiedz

    Moja corka ma juz 7 miesiecy a ciagle sie nad tym zastanawiam. Na codzien nie czuje tego czegos, ale gdyby jej zabraklo, to i ja przestala bym istniec.

    A tuz po porodzie tez czulam dume i szczescie ze urodzila sie cala i zdrowa, no i moja ciekawosc zostala zaspokojona, bo cala ciaze zastanawialam sie jaka ona bedzie.

  • anna

    Odpowiedz

    U mnie za to bylo tak ze fala miloaci splynela na mnie przy pierwszym usg. Nie podejtzewalam siebie o to. Raczej zawsze staram sie trzezwo patrzec na wszystko a tutaj totalnie poplynelam. Teraz moj szkrab ma 2 lata i wszystko bym dla niego zrobila.

  • tarapatka

    Odpowiedz

    Ja wciąż czekam… odliczam już dni…teoretycznie zostało ich 17, praktycznie mam nadzieję szybciej zobaczyć Młodego. Dziecko to było moje marzenie, od zawsze. Widziałam siebie w roli matki. Długo nie czekaliśmy na efekty Naszych starań, ale potem przyszło lawiną… problemy z tarczycą, niby niegroźna sprawa kobieca, która wyszła podczas III badania prenatalnego, kilkanaście dodatkowych kilogramów, które dobijały mnie i to dosłownie swoim ciężarem, obrzęki, opuchlizny, rozstępy, morze wylanych łez z bezsilności i wręcz odrazy do samej siebie. Ale wystarczył jeden Jego ruch, wygięcie, a uśmiech nie schodził mi z twarzy i wiedziałam, że ze wszystkim sobie poradzę, bo On jest najważniejszy. Do tego wsparcie Małżonka, Przyjaciół, nic tylko rodzić! Chcę już Go zobaczyć, przytulić, całego, zdrowego i wrzeszczącego, tylko o to, albo aż o to proszę codziennie.

    • matka-nie-idealna

      Też bardzo chciałam zobaczyć Hanię ;). Każda kobieta ma inne przeżycia, ona świadomość, czuje coś innego. Życzę aby u ciebie było tak, jak to sobie wymarzyłaś ?

  • nat

    Odpowiedz

    Jak sie młody urodził i położyli mi go na brzuchu to jedyne co czułam to totalne zdziwienie- to jeste naprawde moje dziecko? to on był w moim brzuchu. Szok ze jeszcze pare minut remu miałam wielki ale uroczy bęben a teraz juz dziecko. Po porodzie odprowadzili mnie na sale a jego na nowordki zebym mogła sie chwile przespac. Kiedy rano przyszła godzina zwożenia dzieciaków z nowordków matkom na sale myslałam w panice- i co ja bede z nim robic? nakarmic? ale jak? tulić, bujać, uspokajać?. Okazało ze ze moje dziecko jako jedyne na sali wogóle nie płakało, spał, spał i spał, nawet na jedzenie trzeba go było ekstra budzić bo spałby ciągiem 6 godzin. I jak tak spał a ja sie mu przyglądąłam czy aby czasem sie nie krztusi , podniecałam sie każdym ruchem rączki i zakochałam się. Tak sie zakochałam że płakałam jak tylko otwierał spuchniete oczka.

  • ewa

    Odpowiedz

    Omg !!pierwszy raz widze zeby ktos o tym napisal u mnie bylo tak samo jak mi przywiezli corke po 12 godzinnym porodzie i w koncu cesarce to myslalam tylko o tym zeby spac a dziecko aa to moje aha i tyle

  • Zuzka

    Odpowiedz

    Dziękuję Ci za ten post…. od 15 miesięcy dręczą mnie wyrzuty sumienia, bo faktycznie podobnie jak Ty nie czułam tych fajerwerków, choć córka była bardzo chciana i planowana. Uczuć nie da się zaplanować… przez pierwsze 2 moze 3 miesiace życia mojej córci czułam szczeście, zmęczenie, poczucie obowiązku i cholerne nerwy…Córka przepłakiwała całe noce, a ja często razem z nią. Dopiero czas przyniósł ukojenie dla nerwów, wlał w serce morze miłości i nauczyłyśmy się siebie nawzajem. Teraz jest moim oczkiem w głowie i patrząc wstecz zastanawiam się jak moglam wtedy TEGO nie czuć? I zadręczam się tym strasznie, choc jakiś głosik podpowiada mi, że może nie jestem jedyna, że może ten nagle zalewający wszystkich instynkt i miłość są odrobinę przekłamane.

  • Paulina

    Odpowiedz

    Ja swojego syna pokochalam dopiero po 9 miesiacach pomimo iz byl wystarany. To bylo takie uczucie jakbym dostala obuchem w leb. Nie splywala na mnie ta milosc powoli,malymi krokami tylko pewnego dnia jeb! Jakby ktos wylal na mnie od razu 10 litrow wody. Od tamtej pory kocham go nad zycie. Co bylo przed 9 miesiacem? Nic,poczucie obowiazku i spoleczne naciski,ze musze go kochac,a nie kochalam wcale. Jak mi go wyjeli z brzucha( mialam cc) to pomyslalam( serio) Boze! Jaki on jest brzydki,ja go nie chce! Mysle,ze na kazde uczucie jest czas i miejsce,potrzeba tylko duzo cierpliwosci.

  • justyna

    Odpowiedz

    Wywolywany wczesniej porod wielogodzinny zakonczony CC.moglabym wtedy umrzec,zeby tylko Ona zyla.Poplakalasm sie,jak glupia ,kiedy tylko Ją zobaczylam.a kiedy za 2 godz mąz wyslal mi zdjecie z małą ,jak kangurowal i mial łzy w oczach i zobaczylam ,jaka jest piekna,bo byla i jest piekna milosc byla przeogromna i trwa nadal.nie mowie piekna ,bo to moje tylko obcy ludzie na ulicy mi to mowią.po 10 godz od cesarki bach pani wstaje oto dzidius.i nikogo nie obchodzilo ,ze matka ledwo zyje ,a ma wstac i isc z dzieckiem na inną sale.czekalismy na nią 14 lat…mysle,ze w tym rzecz w moim przypadku..zastanawiam sie,jak to bedzie bez dziecka i wydarzyl sie cud i wierzcie mi to byl cud po 14 latach

  • Ag

    Odpowiedz

    Też czułam się jakaś wybrakowana, bo gdy położyli mi dziecko na brzuchu pomyślałam tylko „no kurwa, takie brudne?”. Nie powiem, całą ciążę martwiłam się czy żyje, czy zdrowa. Ale raczej nie z miłości. Pamiętam jak powiedziałam di babki leżącej ze mną na sali po porodzie „To jest najszczesliwszy dzień w moim życiu. W końcu przestało mnie tak strasznie boleć”. Patrzyła na mnie jak na debila. I nawet jak moje dziecko trafiło do szpitala (z powrotem) mając tydzień, nie czułam miłości. Nawet z nią nie siedziałam całe dnie. Dochodziłam do siebie po porodzie, jeździłam tylko zawieźć mleko, nie co trzy godziny , raz dziennie z zapasami. Wyrodna… Nie umiem tego wytłumaczyć. Pokochałam je jak skończyła miesiąc. Kocham to to, ale tak mnie czasem wkurza, że mam ochotę wystawić ją na balkon i zamknąć drzwi…

  • finka

    Odpowiedz

    Miałam podobnie. Całą ciążę zastanawiałam się co ze mną nie tak, skoro nie kocham swojego dziecka. Urodził się, a u mnie niewiele się zmieniło. Opiekowałam się, dbałam, tuliłam, ale nie kochałam. Tak naprawdę pokochałam go mniej więcej po 3 miesiącach, gdy prawie miesiąc leżał w szpitalu, a ja leżałam z nim. Bez nikogo obok, bez rozpraszaczy i normalnego życia. Wtedy wybuchła miłość i trwa 🙂
    Dziękuję za ten tekst.

  • Patrycja

    Odpowiedz

    Zawsze kochałam dzieci. Uwielbiałam się nimi zajmować. Gdy byłam mała mama powtarzała, żebym się tak nie angażowała, bo na moje mi nie wystarczy energii i chęci. Po latach zrozumiałam, że coś było w tych słowach. Zaszłam w ciążę niespodziewanie. Dwie krechy i pamiętne „o k…a”. Byłam dorosła, miałam poukładane życie, pracę, dom, a mimo wszystko wtedy nie czułam, że to już jest ten moment. Każde USG to była histeria. Hormony zmieniły mnie nie do poznania. Z poukładanej, rozważnej, nagle zrobiłam się płaczliwa, wszystko mnie irytowało. Wychodziłam z gabinetu zabeczana, choć nie było powodu do płaczu… Być może to przez hormony, które brałam by tę ciążę utrzymać..
    W końcu nadszedł ten dzień. Jest i ono. Małe bezbronne. Takie śmieszne, zależne tylko od Ciebie, istniejące tylko dzięki Tobie… W głowie setki obrazków. Spacery, tulenie, zabawa… pierwsza noc po wyjściu ze szpitala koszmar. Brak pokarmu, co pół godzina histeria. Podaję mieszankę. Pomaga na pół godziny, góra półtorej. 4 doba życia, kontrola. Mówię, że coś jest nie tak. „Bo mieszankę podaje się 90ml co 3 h”. Kur…a. Idiotka. Przecież było napisane na puszce, wystarczyło przeczytać… a ja dałam mu tyle ile zobaczyłam w szpitalu, po 30ml… mózg mi się tak skurczył, że nie umiałam racjonalnie myśleć. Kolejne dni, ten sam mechanizm. Niby ok, a jednak nie. Jak robot w letargu. Niejednokrotnie stałam nad łóżeczkiem w myślach krzycząc, że to przez nie tak jest. Przez nie piekło w rodzinie, przez nie ta nienawiść. Bo przecież ja nie miałam w planach dzieci, ono nie miało się urodzić. Miałam do końca życia usługiwać teściowej, a nie bawić „bachora”. Kolejne dni. Spacery, zabawa, a w myślach krzyk, bunt, płacz. Do pracy wróciłam po 6 tyg od cesarki. Ciężka praca fizyczna. Nie miałam niani, dziecko brałam ze sobą. Nie raz płakało, a ja musiałam wybierać praca albo płacz dziecka. Nie wiem do dziś jak to wytrzymałam, dlaczego się nie postawiłam. Wtedy byłam sama na świecie. I ono. Nikogo więcej. Czy je kochałam? Dziś wiem, że na swój sposób tak, choć boli mnie, że nie była to miłość jaką widzę u innych mam. Boli mnie, że ta mała istota wzbudziła takie pokłady nienawiści i sprawiła, że chciałam aby zniknęła z mego życia. Że zamiast cieszyć się, codziennie beczałam, codziennie wstawałam w myślach krzycząc, że mam dość. Minęły dwa lata i dopiero niedawno „pokochałam” to dziecko. Pewnego dnia krzycząc za jakieś gówno, ono przytuliło się do mnie i wszystko pękło. Poczułam taki wstyd, taką nienawiść do siebie, tuliłam je jak dzika. I wiem, że potrzebowałam pomocy, a jej nie dostałam. I nie wiem jakim cudem z tego wyszłam. Bez bliskich, bez wsparcia, bez pomocy…
    Nie dziwię się, że niektóre matki zabijają. Zostają same, oceniane, poniewierane. Zalewane słodkimi obrazkami. Jak tylko odstajesz jesteś głupią pindą, bo nie umiesz poradzić. Bo kiedyś miała baba 5 i nie narzekała. I cierpią w milczeniu, aż coś pęka…
    Dziękuję Ci za ten teks, ja dopiero niedawno poczułam, że muszę szukać pomocy, że muszę iść na terapię. Że muszę się bronić, że muszę je bronić. Zaszczuta, zmniejszona do zera po prostu się bałam. Teraz już się nie boję. Mam dla kogo walczyć.

    • matka-nie-idealna

      To strasznie niesprawiedliwe, że kobiety zostają z tym same. Mamy partnerów ale oni myślą „jak to? Nie kochasz dziecka? Gdzie twój instynkt?”. O tym się nie mówi głośno. Nie mówi się o depresji, o baby blues. Nie mówi się o strachu. Nie mówi się o tym, że nie każda kobieta chce i powinna mieć dzieci. O tym, że instynkt to nie jest coś, co MUSI się pojawić. Czasami po prostu nie ma w nas tego pierwiastka i to nic złego. Po prostu każdy człowiek jest inny.

    • Paulina

      Dobrze,ze dalas sama rade,brawo! Jestes super dzielna.

  • Patrycja

    Odpowiedz

    Mam ukryty żal do męża, bo wiedział, że jest nie tak, a nic nie zrobił. Wychowanie wzięło górę i wolał nie widzieć pewnych rzeczy. Ja też wolałam milczeć niż zawalczyć, postawić się teściowej. Na szczęście udało się i mam nadzieję, że moje dziecko zapamięta tylko te dobre momenty i że już nigdy nie stchórzę, tylko zawalczę o siebie.

  • Anne

    Odpowiedz

    Natalio, to jest bardzo potrzebny wpis, dziękuję Ci za niego. Ja też, chociaż córka była planowana, to nie pokochałam Jej od razu. Po porodzie to nawet nie zauważyłam, kiedy położyli mi Małą na brzuchu tylko chciałam dalej przeć, nie pomyślałam też, żeby zapytać ile ma punktów – zrobił to mąż. Jak już byłam z Nią na sali to miałam wszystkiego dosyć, a najbardziej to chyba właśnie tego rozczarowania, że mnie nie „zalało” i co jest ze mną nie tak? Obcy ludzie mieli dla Niej więcej czułości niż ja… Potem w drugiej dobie zabrali Ją do innego szpitala o wyższym stopniu referencyjności. Ja zostałam w szpitalu, w którym rodziłam, wypisano mnie następnego dnia. Potem jeżdżenie do Niej codziennie, zwykle nieudane próby karmienia piersią, odciąganie mleka, którego było cały czas za mało. I ciągle nie czułam niczego poza obowiązkiem bycia tam. I poczuciem, że wszyscy tego ode mnie oczekują… Tak jak Ag nie siedziałam tam po całych dniach, jeździliśmy dwa razy dziennie po dwie godziny i cały ten czas po cichu wyrzucałam sobie jaką jestem egoistką, bo nie mam siły tam być i dlaczego kiedy na Nią patrzę to czuję zniechęcenie i potworne zmęczenie? Czy jestem złym człowiekiem? Będę złą matką? A co, jeśli ta miłość nie nadejdzie? Powrót razem do domu – dalej brak fajerwerków, odwalałam swoje jak maszyna. Kiedy mała spała siedziałam z laktatorem przed telewizorem a tam w kółko te pieprzone reklamy Bebilonów i innych dziadostw, na których są mamy wpatrzone w te swoje słodkie bobasy. I znów łzy i zastanawianie się… Nie wiem dokładnie ile to wszystko trwało, może po prostu cały czas uczę się miłości do córki, bo chyba tak to trzeba nazwać, że jest to uczenie się… W każdym bądź razie teraz wiem, że chociaż nieraz mam dosyć i wracają myśli, że chciałabym odzyskać z powrotem swobodę i święty spokój to tak na prawdę nie chciałabym tego cofnąć. Kiedy śpi to już za nią tęsknię, za dźwiękiem grzechotek w Jej skarpetkach, kiedy ze śmiechem biegnie z jednego końca pokoju na drugi… Teraz wiem, że oddałabym za Nią życie,ale tamten okres wspominam jako totalny koszmar i emocjonalną dewastację. Najgorsze jest to, że nie powiesz o tym nikomu, nie przyznasz się do tego, bo boisz się niezrozumienia, bo jak to? Przecież wszędzie trąbią o tym „zalaniu miłością” i ekstazie… i zostajesz z tymi uczuciami i poczuciem winy totalnie sama…

  • Anna

    Odpowiedz

    Zaczynam ten tekst 10raz…wiec moze od poczatku.Corka-wpadka,jak to?dziecko?lzy,strach,co teraz?Do 6tego miesiaca nadal palilam,teksty o rzucaniu puszczalam mimo uszu,udawany kaszel najblizszych mowiacy „mamo dusisz mnie” nie robil na mnie wrazenia.Dopiero lekarz kiedy powiedzial,ze moge stracic ciaze dotarl do mnie,ze musze rzucic.Siedzialam w kacie i beczalam pare dni(czemu nie wiem,z braku nikotyny?a moze temu ze poczulam,ze przez Nia czegos mi nie wolno)Pare godzin porodu,kiedy to malzonek uslyszal ze juz nigdy wiecej mnie nie dotknie zakonczylo sie cc.Nie umiem sobie wspomniec czy milosc byla odrazu czy moze potem,minelo w koncu 6lat i chyba wyparlam niektore rzeczy z pamieci.Ta milosc oczywiscie pozniej byla,najwieksza na swiecie,serce bym oddala,najdumniejsza mama na swiecie.Ciaza nr dwa,8tyd-ciaza obumarla,zabieg,depresja,antydepresanty,na dobra sprawe wyciagnela mnie z dolka corka,kiedy mnie olsnilo ze przeciez dla Niej musze zyc.Ciaza 3 wystarana,wyliczona.Hormony tarczycy ustabilizowane,wszystko cacy,a niech ktos sprobuje przy mnie zapalic!(niektorzy twierdzili,ze mam syndrom straconego dziecka).Ciaza bardzo ciezka,usg-chlopiec.CHLOPIEC?!jak to?miala byc dziewczynka,to pewnie pomylka.Usg nr 2chlopiec,tak tak,corka „byla chlopcem” do 8miesiaca ciazy,napewno pomylka.Usg 3,4,5 chlopiec i dotarlo-beczalam i beczalam,jak to chlopak?ja chciala druga tak wspaniala corke,ja syna nie chce,jak mam go kochac?jak mam sie nim zajac?jak go wszystkiego nauczyc,przeciez jestem sama(sama-maz kierowca miedzynarodowy,zjezdza raz w miesiacu na 2-3dni)Do konca ciazy oswoilam sie z mysla ze bedzie chlopak.Planowane cc po 38tyg.W szpitalu cud miod,pomimo ogromnego bolu po zabiegu.Wyniki badan-krwotok……co dalej nie wiem,uslyszalam krwotok w glowie dziecka i poryczalam sie.Jak to?bedzie chory?niepelnosprawny?co to oznacza?Na dobra sprawe nikt nic nie wytlumaczyl a ja zostalam z dzieckiem na rekach-spojrzalam,otworzyl oczy-wtedy pomyslalam-kocham Cie nad zycie czy bedziesz chory czy zdrowy bede cie kochac…i taki byl plan.W domu-placz,wrzask,maz juz pojechal,co z tym dzieciem nie tak?czemu spalo po 3godz a spi teraz 30min,przeciez ma dopiero 4tyg musi spac.Zlosc,nerwy czemu ciagle krzyczy spowodowaly ze do corki tez zmienilam stosunek-siedziala u siebie i kazde Jej wyjscie z pokoju konczylo sie krzykiem po co wylazi,dopiero uspilam Malego…tak jest do dzis,Maly 7tyg,corka 6lat-wiem ze ich kocham,wiem ze zycie bym oddala,ale tej milosci na ta chwile okazac nie umiem,czy to zmeczenie az takie emocje i zmiany wywoluje,czy hormony nie wiem…modle sie tylko,zeby ten stan szybko minal…

    • Sia

      Miałam nieplanowana cesarkę, podczas której myslalam tylko o tym, że leżę przytomna a lekarz rozcina mi brzuch i gmera w środku… To był pierwszy raz kiedy pomyślałam sobie, że coś ze mną nie tak. Fala miłości mnie nie zalała, a czekałam na nią bo przecież „wszyscy tak mają”. Potem w szpitalu problemy z laktacja, ciągły placz Małej, którego nie mogłam ukoic, mój płacz. Było ciężko, dobrze że już nie jest. Jestem mamą od 15 mcy, kocham corke nad życie, jednak nie od samego początku.

  • Magda

    Odpowiedz

    ja przez pierwsze dwa miesiące płakałam z tęsknoty za brzuchem, którego już nie było a była ta mała istotka. Bo w brzuchu kopał, bo w brzuchu jak postukałam to odpowiadał a tu chciał tylko jeść, spał i srał więc zero kontaktu i zero miłości….przyszła z czasem:) przy drugim przyszła szybciej ale schemat był ten sam 🙂 kolejne w planach ale myślę, że i przy tym będzie mi żal brzucha. Ważny temat i fajnie to wszystko ujełaś….

    • matka-nie-idealna

      Też to miałam! Syndrom brzucha… Jeszcze przez kilka tygodni czułam kopniaki i jakieś fantomowe ruchy. Do tej pory gdy o tym pomyślę, mam ciarki.

  • Agnie Sza

    Odpowiedz

    Mam czworo dzieci. Chyba do żadnego nie czułam wielkiej miłości. Uczucie rozwijało się z czasem od początkowej ulgi, że to koniec ciąży, w której nie cierpię być i w końcu nie mam tego wielkiego brzucha a jego zawartość leży cała i zdrowa szczęśliwie obok. Czyli najpierw zdecydowanie ulga, że udało się wszystko. Potem obserwacją, poznawanie się nawzajem i pokonywanie problemów z kamieniem, z kółkami z chorobami. A gdzieś w między czasie pod wpływem strachu i lęku, że to dziecko przecież można nagle z jakiegoś powodu stracić kielkowala miłość. Bezgraniczna wielka i potężna.

  • Marta

    Odpowiedz

    Ze mną było inaczej. Moja córka jest planowana nie staraliśmy się zbyt długo. Wszystko się extra układało. Tylko że ja pierwsze 4 miesiące ciąży szłam na wizytę z sercem w gardle bo bałam się że powie mi ze juz jej nie ma ;( tak bardzo się tego bałam bo bym chyba nie przeżyła tego. Dopiero kiedy zaczęłam czuć ruchy nie bałam się kolejnych wizyt wiedziałam, że jest i że żyje. Cała ciąża super bez problemów. No i nadszedł ten dzień rodzimy się ale nie chce się głową zmieścić i po 15 h kończy się cesarka w całkowitym znieczuleniu. Po wybudzeniu słyszę „Pani Marto pani córka” wtedy powiedziałam tylko „o fajnie”. Miłość była ale ja nie umiałam cieszyć się dzieckiem, które na okrągło płakała za to przesypiało noce. Miałam typowy baby blues panicznie bałam się dziecka i tego, że jej się coś stanie. Nie dochodziło do mnie, że nic jej nie musi być że jest zdrowa i ciągle głodna. Dopiero kiedy stwierdziłam, że mam cudne dziecko a ja nie umiem się nim cieszyć i tracę piękne chwile moje życie zmieniło się. Kocham ją i mam idealne dziecko,na które sobie chyba nawet nie zasłuzylam. Kochałam ją zawsze tylko moje hormony odebrała mi rozum i urok życia. Tak jak widać każda z nas czuje i doświadcza macierzyństwa inaczej ale każda z nas jest najlepsza matką dla swojego dziecka. Nasze dzieci nie zamienily by nas na nic!!!!

  • Gaba - Turlu Tutu

    Odpowiedz

    Ja kochałam swoje dzieci od pierwszej chwili, choć z każdym następnym byłam mniej emocjonalna bardziej zadaniowa. W sumie to chyba nawet nie była kwestia miłości tylko porozumienia. Ja z czasem dopiero zrozumiałam, że lepiej po prostu dogaduję się z przedszkolakami niż niemowlakami. Z najmłodszą córeczka nie było tego wybuchu miłości i czułości, która czułam przy pierwszym dziecku..Może dlatego, że macierzyństwo mnie zmieniło, ze dziś jestem bardziej świadoma, mam zwwyczajnie twardszy tyłek…A dzieci kocham, w każdej chwili inaczej…

  • Olaa

    Odpowiedz

    Potrzebowałam tego wpisu. Mija #2 ma 3 miesiące, starszy syn 2 lata. Przy nim miłość przyszła szybko – w 3 dobie (1 noc w domu) kiedy przysnilo mi się że jest siny i nie oddycha a ja stałam nad nim i płakałam i darlam się na cały dom, mąż go specjalnie obudził żeby pokazać mi że żyje i że nic mu nie jest. Wtedy się nie martwilam. Teraz jest gorzej, bo miałam ogromny i świetny kontakt z synem, a pojawiła się ona. Drugą cesarkę znioslam fatalnie chcąc z bólu powiesić się na kablu od kroplowki. Potem byłam zawiedziona, bo chciałam walczyć o karmienie piersią a mleko nie chciało lecieć. Po miesiącu się poddałam tak jak przy synku. No ale wciąż byłam tylko z nią, ból rany i całego ciała nie pozwalał mi bawić się z synem jak wcześniej, ewidentnie straciłam z nim kontakt. Był moment, że wracając ze żłobka wogóle nie chciał się ze mną witać i mnie odpychal. Obowiązki i brak pomocy przy codziennych sprawach, dużo bardziej placzliwa mała i moje unieruxhomienie tylko z nią, mąż niezainteresowany mną jako kobietą przeroslo mnie. Zrobiłam test na depresję Becka i przerazilam się. Mała ma 3 miesiące, chyba jest już dobrze, choć często nie mam do niej cierpliwości i drażni mnie jak płacze, bo przecież wszystko zrobiłam i tule i śpiewam karmię mówię do niej czytam bajki. Coś nadal jest nienqjlepiej choć są momenty w których mnie rozbraja do zera, ale wciąż to nie to, co więź z synem. Martwię się…

  • Zonaelektryka

    Odpowiedz

    To ja jestem jeszcze bardziej nieszablonowa..pierwsza córkę zaplanowaną wyczekana kochałam od kresek na teście..każda wizyta u ginekologa to było wzruszenie i łzy szczęścia gdy tylko widziałam ją na monitorze.poród szybki bolesny ale magiczny bo czekałam na nią jak na nic wcześniej..później fala miłości milion robionych zdjęć i szaleństwo na jej punkcie..gdy miałam wracać do pracy znów zobaczyłam kreski na teście..i tu był szok i o k***. Teraz czekam na syna, ciąża z problemami zagrożenie wcześniejszym porodem , strach i mega wyrzuty że nie mogę spędzać czasu z córką tyle ile bym chciała i tak jak ona tego potrzebuje.. czekam na synka..ale..nie tak jak czekałam na córkę. Może po porodzie znów zaleje mnie fala miłości. Mam nadzieję że tak się stanie bo nie wybacze sobie gdy jedno z nich będzie foworyzowane..

  • Ola

    Odpowiedz

    Ja w ciąży czułam dużo miłości i przywiązania, ale potem przyszedł poród, a ja jak najgorsza na świecie matka myślałam tylko, że wcale takie piękne moje dziecko nie jest. I ta prześladująca myśl: „gdzie do cholery ta miłość?”. Czułam się jak karton z mlekiem, a nie jak najszczęśliwszy człowiek na świecie. Najgorsze jednak było to, że wszyscy dookoła – tata, dziadkowie, ciocie i wujki – zakochani i zachwyceni jakby to dziecko wyszło z ich brzucha. Nie mogłam zrozumieć czym oni się tak zachwycają, toż to śpi, je i robi pod siebie tysiąc razy dziennie. I miałam wrażenie, że ode mnie oczekuje się miłości, że ja muszę ją kochać i już. Nie ważne, że cyc boli, rana po cc rwie, że niewyspana. Miałam chodzić w skowronkach, bo mam taaakie cudne dziecko.
    Pierwszy raz poczułam to coś jak w drugim miesiącu trafiłyśmy do szpitala i pielęgniarki przyniosły mi ją zapłakaną i z opatrunkami po kłuciach na wszystkich kończynach. Jednak kilka nieprzespanych nocy później uczucie się ulotniło;) I jeszcze doszła restrykcyjna dieta, bo dziecko ze skazą białkową. Na szczęście od kiedy mała uśmiecha się do mnie i wykazuje przywiązanie do mojej osoby (nie do moich piersi) jest coraz lepiej. Chociaż do miłości na 100% to mi jeszcze daleko. Czasem są takie dni, że mam ochotę spakować się i odejść, niech sobie sami radzą, bo ja nie daje już rady.
    Także u nas to jest tak stopniowo, ale to pewnie dlatego, że im jest starsza tym częściej wstaje w nocy, co zabija we mnie wszelkie uczucia, nie tylko miłość do małej 😉
    Dzięki za wpis, akurat ostatnio mocno mnie to męczy, bo mała tak mało śpi i tak dużo płacze, że chodzę tylko podirytowana, a nie zakochana…

  • Ruda Ona

    Odpowiedz

    Hmmm to ja chciałabym poruszyc inna kwestie tego tematu, a mianowicie: czy swoje dziecko mozna przestać kochac??
    W ciązy nie byłam, planuję dopiero za kilka miesięcy więc wszystko jest podejsciem czysto teoetycznym. Myślę, że malucha pokocham od pierwszych kresek na teście. Nie mogę się również doczekać bezbronnego malenstwa, nawet płaczacego i wymagającego ciągłej opieki. Wiem, że nie bedzie pieknie i kolorowo przez caly czas ale myślę, że mimo wszystko będę szczęśliwa. Więc gdzie jest problem? W późniejszym etapie rozwoju. „Nie przepadam” za dziećmi w wieku przedszkolnym, nie potrafię z nimi rozmawiać, nie bawią mnie ich (teoretycznie) śmieszne słowa, ani rzeczy które robią, ani ciągłe powtarzanie do dziecka „o jak ślicznie… np. skaczesz na jednej nóżce”. Chciałabym do swojego przedszkolaka mieć inne podejście, ale ciężko mi sobie wyobrazić, że mogę polubić coś (zachowania) do których teraz mam dużą niechęć. Ale jeszcze bardziej nie potrafie sobie wyobrazić ze mozna przestać kochać swoje dziecko?? Ciężka sprawa. Macie jakieś doświadczenia z tym związane?

    • matka-nie-idealna

      Uwierzysz, że ja nie lubię dzieci? Serio, serio. Dzieci mnie zwyczajnie irytują, tak samo jak mówienie o noworodkach „śliczny!”. Ale ze swoim jest… inaczej. Patrzysz jak zaczarowana na dziecko i wszystko co wydawało ci się „głupie” przestanie nagle takie być.

  • Joanne

    Odpowiedz

    U mnie bylo troche inaczej,pierwsze slowa po 26 godzinnym porodzie”o kurwa,ale smierdzi!” (moja corka),byla zielona i naprawde smierdziala!Potem wycie,darcie,krzyk,nie wiem jak mozna to nazwac,przez nastepne 4miesiac(tzw.kolki trzymiesieczne),nie zycze nikomu:(

  • Ola Ł

    Odpowiedz

    Ja cały miesiąc po urodzeniu mojej Hani przeryczałam – byłam tak potwornie zmęczona i obolała, że jedyną myślą która mi sie nasuwała było to ze żałuje, ze zaszłam w ciąże i urodziłam.. Po takich myślach przychodziły inne- ze jestem okropna matka, jak moge tak myślec, przeciez to moje dziecko itd. Non stop płacz.. Teraz Hania ma 6 mcy i mimo ze raczej jest cieżko kocham ja najmocniej na świecie ♥️

  • Ewelina

    Odpowiedz

    Mój przypadek jest… dziwny
    Dziecka chciałam baaardzo i udało się nam za pierwszym razem. Co czułam? Przede wszystkim strach. Dużo się mówi o chorobach, dużo się mówi o tym, że dziecko kosztuje ale czułam też wielkie szczęście.
    Pragnęłam córki (nie wiem czemu, może to głupie bo płeć nie jest najważniejsza ale ja chciałam dziewczynkę). Bardzo szybko dowiedziałam się że będzie synek i wtedy

    • EWELINA

      (Przepraszam coś się zepsuło i nie mogę w 1 komentarzu – blondi xD)
      … Bardzo szybko dowiedziałam się że będzie synek i wtedy – zgasłam. Nikomu nie mówiłam o tym co czuję bo nie chciałam być oceniana. Ciąża już mnie nie cieszyła, jedyne o co się martwiłam to żeby mały był zdrowy i silny. Oczywiście pragnęłam dziecka nadal ale moje myśli były chaotyczne. Wmawiałam sobie, że Go kocha ale w głębi

    • EWELINA

      … Wmawiałam sobie, że Go kocham ale w głębi duszy kuźwa nie czułam nic. Martwiłam się co będzie po porodzie czy Go pokocham? A co jeśli nie pokocham? Przyszedł poród – mordowałam się bez znieczulenia (wkręciłam sobie że to lepsze dla dziecka, że ja się niczym nie szprycuje) przez 13 godzin i urodził się. Mały, obślizgły i (tak powiem to) śmierdzący (strasznie mim cuchną tą mazią) ale cały

  • EWELINA

    Odpowiedz

    … ale cały mój. Piękny, cudowny, wspaniały. MIŁOŚĆ w czystej postaci. Łzy, dużo łez moich i mojego męża. Wielka nieskończona bezinteresowna miłość. Dla mnie mój syn jest śliczny wspaniały cudowny i zrobiła bym dla niego wszystko. Nie zamieniłabym na nic/nikogo innego. Daje mi szczęście – takie jak nie może dać mi nic innego.Kończąc tę długą wypowiedź płazę jak opętana – szlocham. Pozdrawiam

  • Asia

    Odpowiedz

    Nigdy nie miałam kontaktu z niemowlakiem.Przez całą ciążę nie czułam nic,wiedziałam że on tam jest ale to wszystko wydawało się takie nie realne.Musiałam rodzic przez CC,gdy usłyszałam jego placz popłakałam się-bo było po wszystkim.Gdy mi go pokazali tylko go dotknęłam.W szpitalu bałam się zostać z nim sama.Byłam obolała chciało mi się płakac.Pokochałam po 3 miesiącach nagle i bez opamiętania.

  • An

    Odpowiedz

    Dwie kreski o kurwa i co ja teraz zrobię płakałam i śmiałam się na zmianę poczułam się tak mega w ciąży w stylu ale mam brzuch :-)mimo, że to było małe jak groszek, dbałam dieta, leki. Ciężki poród nieplanowane cc, nie było skóra do skóry,mowia, rodzi pani syna nie czuje nic. Za 2dni skończy 9mcy czuje zmęczenie, czasami wściekłość i złość, miłość? Nie. Nie nadaje się na matkę, trochę za późno.

  • Gonia

    Odpowiedz

    Mój syn ma jutro 3miesiące. Nie kocham. Zajmuje się nim z obowiazku, jak przyjdzie babcia i zostanie z nim 2h wychodzę i mam w dupie co z nim. Z mężem kompletnie nie mam o czym gadać …odkąd w ciaze zaszlam praktycznie nawet go NIE LUBIE. czy to przez stosunek do partnera? Help

  • ZłaMatka

    Odpowiedz

    Bardzo dziękuję za ten wpis. Nie tylko za post autorki bloga, ale również, a może nawet przede wszystkim za komentarze anonimowych kobiet.
    Ja od miesięcy czuję się jak oszust, wariatka, kompletny zwyrodnialec.
    Ciąża była w planach, ale jeszcze nie teraz. Było to dla mnie zaskoczenie, może nie byłam jeszcze do końca gotowa. „Ale kto jest” – pomyślałam? … Uznałam, że dobrze się stało, wszak…

  • ZłaMatka

    Odpowiedz

    …wszak nie jestem już taka młoda. Ale poród zakończony CC uwieńczony został koszmarnym Baby Blues’em. Byłam jak trup. Bałam się dziecka, płaczu, nie czułam miłości, chciałam zniknąć, nie mogłam nawet wstać i się umyć. Minęły 4 miesiące i wciąż wiele się zmieniało. Już myślałam, że mam wszystko pod kontrolą, ale nie. Ciągle wzloty i upadki. Moja huśtawka potrafi bujać się nawet…

  • ZłaMatka

    Odpowiedz

    … nawet kilka razy dziennie. Od zachwytów nad jego słodkim uśmiechem, snem wtulonym we mnie, nad jego słodką buzią, nad tym jaki mądry, piękny – oh! ah! … 2h później wszystko wraca. Nie chcę, nie mogę już, mam dosyć. Żałuję i cofnęłabym czas. Dlaczego on ciągle wrzeszczy, jęczy, CAŁY CZAS muszę przy nim być, nieodkładalna menda. Nie lubię być matką, nie nadaję się, myślę o swoim …

  • ZłaMatka

    Odpowiedz

    … o swoim super życiu sprzed ciąży. Wściekam się na małego, jestem agresywna. Nie umiem nad sobą panować. Później łzy, pocałunki, przytulaski i palące poczucie winy, wstyd, wyrzuty sumienia. „Jak mogłam to pomyśleć”… i tak codziennie. To musi minąć, musi… bo inaczej nie dam rady żyć. Napawacie mnie wiarą… i nie czuję się tak osamotniona w swoim „zwyrodnialstwie” 🙁

  • anja

    Odpowiedz

    Przeczytałam ten tekst, komentarze i zazdroszczę, zazdroszczę tego, że jednak kochacie swoje dzieci. Ja 5 miesiąc nie czuję nic, zero. Nigdy nie chciałam mieć dzieci, nie lubię ich, ale wszyscy mówili swoje to co innego. W ciąże zaszłam zaliczając wpadkę. Jak zobaczyłam dwie kreski na teście, po „o kur…” płakałam jak popieprzona, ale mój partner się ucieszył, więc pojawiła się jakaś tam nutka

  • anja

    Odpowiedz

    nadziei, że jakoś damy radę. Całą ciąże funkcjonowałam po staremu, a brzuch tam sobie rósł . Chciałam urodzić siłami natury, ale na pełnym rozwarciu zakończyło się pilnym cc. Jadąc na sale operacyjną wyłam, bo tak bardzo nie chciałam, być pocięta, nie chciałam blizny. Wszyscy myśleli, że płaczę bo boje się o dziecko a ja myślałam tylko o tym rozprutym brzuchu. Dali mi ją po operacji nie czułam nic

  • anja

    Odpowiedz

    Mój partner okazał się być bezużyteczny w kwestii pomocy nad dzieckiem, byłam sama z bolącym brzuchem sama zajmowałam się małą, wyjąc z bólu. On mi nie pomagał „bo to ja jestem matką”. Czekałam, aż minie połóg, myślałam, że będzie lepiej, nie było. Minęły trzy miesiące nadal nic, oprócz poczucia zmarnowanego życia, zamknięcia w domu jak w więzieniu, poczucia, że nie ma już mnie.

  • anja

    Odpowiedz

    Minęło 5 miesięcy a ja nadal płaczę całymi dniami, nie kocham jej. Nie radzę sobie sama ze sobą. Nienawidzę siebie za to, że zmarnowałam sobie życie i jej, bo na pewno będzie to wiedziała, że jej nie kocham.

  • Miky

    Odpowiedz

    A ja właśnie poczułam ten wybuch. Polozoli mi MOJE dziecko na piersi a ja czułam, że zrobię dla niej wszystko. Moja absolutnie idealna, wymarzona córka.A chwilę później strach tak ogromny, że rozrywal mi serce- zabrali ja do inkubatora bo ciągle była sina. Myślałam, że tam umrę, z jednej strony mówiłam róbcie co trzeba, niech tylko będzie zdrowa a z drugiej strony byłam wściekla bo nie była ze mną

Skomentuj

Facebook