Lubię, czasami…

704 Odczytano 0 Komentarzy

Lubię uciekać, kiedy mnie trochę życie przygniecie. Mam jakieś dziwne poczucie, że daleko od komputera, a co za tym idzie – daleko od domu – problemy przestają mieć znaczenie. A że generalnie ostatnio przestałam lubić ludzi, pozostawiając w mojej sympatii ich ilość, nie większą niż ilość palców jednej ręki, spakowałam dwie walizki, zaciągnęłam pasy w dziecięcych fotelikach tak mocno, by dziewczynki nie mogły wydawać niepotrzebnych dźwięków i ruszyłam w 500 – kilometrową trasę. Ja, dwie walizki i dwójka dzieci.

I teraz, trochę na opak mojej anty społeczności, celem podróży był wywczas z teściami. Dobrze czytacie – teściami. Ludźmi tak skrajnie różnymi niż ja, że bardziej skrajnie różnym być się nie da. Do tego na metrażu 15 metrów, w porywach 20, z wielką miską zamiast prysznica i drewnianym wychodkiem, bez opcji spuszczania wody, szwagierką – moją, oraz kuzynką – Hanki i Nadii.

W dobie, gdzie wnętrza są tworzone pod Instagrama, a wczasy biją po oczach turkusem i wodą prosto z kokosa, ja zaszyłam się w domku, gdzie obiad gotuje się na piecu opalanym drewnem, a pod oknem słychać owce, z wielkimi dzwonkami u szyi. Gdzie sześć osób śpi w jednej izbie, na trzech łóżkach. Gdzie wieczorami słychać jedną z trzech stacji radiowych, a cisza nie brzmi szumem samochodów.

I tak na przykład, lubię pójść w góry. Lubię czuć w nogach ból, nie móc złapać oddechu, kiedy droga w dół wydaje się być lepszą perspektywą, niż zimne piwo w schronisku na górze. Lubię, kiedy pot leje się stróżką po plecach a w głowie kręci się od wysiłku. Lubię powtarzać Hani, że „Dasz radę” i że „Zrobimy przystanek za tamtym drzewem”. Lubię liczyć z nią kroki, siadać na przepasanej na biodrach kurtce i pić wodę – prosto ze źródła. Lubię wrzucać Nadię w nosidło na plecy pomimo, iż ma już ponad trzy lata.

I kiedy już siadam na górze, czasami sama sobie się dziwię, że mi się udało. Że pomimo siedemnastu kilogramów śpiącego dziecka na plecach i drugiego, które maszerowało krok w krok ze mną, pomimo strasznego zmęczenia – udało się. Pomimo tych śliskich kamieni, pomimo dróg, które raz za razem witały nas rozwidleniem i zakrętów, za którymi okazywało się, że to jeszcze nie koniec walki. Idziesz w górę i myślisz, że przecież to się kiedyś skończy. Że istnieje jakiś szczyt, jakiś koniec i jakaś nagroda. Krok za krokiem pokonujesz przeszkody, niejednokrotnie myśląc „Na chuj mi to było?”. Siadasz na kawałku pnia i wiesz, że albo wracasz na dół, do ciepłego łóżka – opłakać swoją porażkę, albo ciśniesz do góry, pomimo przeciwności.

Lubię też, z samego rana wyjść w piżamie przed domek, usiąść na ławce i zaciągnąć do płuc świeżego powietrza. Lubię jego zapach. Zapach lasu, mokrej ziemi i zwierząt, pasących się nieopodal. Lubię słuchać ciszy, przerywanej czasami pianiem koguta lub odgłosami owiec, pasących się pod oknami chałupy. Lubię zapach niemalże stuletniego drewna, trzymającego domek w pionie. Totalne odludzie.

Lubię zejść z dzieciakami w kaloszach do strumienia, a później w górę – w stronę lasu. Zbierać do butelki czernicę i dzikie maliny. Wchodzić w dzikie zarośla i odpoczywać na małej polanie. Zrywać stokrotki i robić z nich wianki. Nie myśleć, nie spoglądać w telefon. Nie odpowiadać na maile, nie myśleć o zleceniach.

Lubię wieczorem słuchać odgłosów deszczu. Ciężkich kropli odbijających się z hukiem o parapety. Lubię czuć zapach krystalicznie czystego powietrza i przecinać dłonią mgłę. Lubię być sama, przez krótką chwilę w ciągu dnia.

Lubię buty, ustawione rzędem w sieni. Kalosze przeplatają się z sandałami, klapki leżą na zniszczonych wędrówkami trekkingach. Lubię dźwięk włączonej Frani i pranie, suszące się na sznurku, na polu.

Uwielbiam rodzinę Grześka, która mieszka niedaleko, a którą mogłabym śmiało w tej ulubionej piątce ludzi zamknąć. Chyba zabrakło mi palców.

I nawet powroty do domu lubię. Ciepłe ramiona Grześka, splatające się na moich plecach. Szkodniki wiszące na jego szyi i przekrzykujące się, ile krów po drodze widziały i że mama pozwoliła im zjeść w Makdonaldzie. Lubię koty łaszące się do łydek i szalejącego ze szczęścia psa.

Dobrze mi. W końcu – dobrze.

Maciejowa.
Piżamy i owce. Piżamowce.
Kalosze i strumień.
0 Komentarzy/e

Skomentuj