Macierzyństwo. You do it wrong.

651 Odczytano 4 komentarze

Szczere chęci miałam. Post się tworzył, klawisze skrzypiały, receptory grzały się od wyczerpania. Było pięknie, śmiesznie nawet, co się nieczęsto zdarza. Wpis wypadało zapisać, co też uczyniłam. Nagle komputer zapierdział, pokazał gest Kozakiewicza i wpis poszedł się ekhem, ekhem. W pizdu poszedł.

Po serii z maszynówki, kto mnie zna wie, że potrafię, postanowiłam nie kończyć z zawodnym kompem w sposób mało humanitarny, czyli potraktować go lotem z balkonu. Pogodziłam się bo musiałam, na czymś pracować muszę. Czynię więc wpis numer dwa, doceńcie.

Na początku umówmy się. Każdy wychowuje dzieci jak chce i każdy robi to dobrze. A teraz zaskoczę cię. Jeśli coś zjebiesz, nie jesteś jedyna. Jesteś jedną z miliona nas- matek nieidealnych. Taka nasza mała grupa wsparcia pieprzniętych inaczej. Bo każda matka jest na początku, sorry za wyrażenie, zdrowo pieprznięta.

Wiadomo, na początku macierzyństwa każdy spina pośladki i ciśnie by wszystko robić jak najlepiej. Później trochę popuszczamy gumę, siadamy na kanapie i traktujemy się ulubionym serialem podczas gdy młode ciągnie lizakiem po podłodze lub po pysku psa.

Przy drugim dziecku, pod warunkiem, że różnica wieku pomiędzy rodzeństwem nie wynosi dekadę bo w ciągu dyszki na kalendarzu można nieco stracić wprawę i zapomnieć, luzujemy jeszcze bardziej bo wiemy, że młode i tak przeżyje… Jakoś… Jakie są więc najczęstsze „błędy” popełniane przez młode matki?

1. To parzy !

Wiadomo, że noworodek z odpornością niewiele ma wspólnego. Zaczyna praktycznie od zera, w czym my staramy się mu pomóc. Dezynfekujemy więc dłonie, parzymy smoczki i zabawki. Nagle okazuje się, że gdy my palimy podeszwę w drodze do wrzątku, młode właśnie ciumka sznurówkę trampka na siłownię lub wyznaje zasadę, że fajnie jest się dzielić. Szczególnie żarciem dla psa. Z czasem luzujemy bo dziecko jakoś odporności musi nabrać. A przy okazji Fernando oświadcza się Dżesice w milion pięćsetnym odcinku „Wody na sukces”.

2. Aaa kotki dwa…

Dziesiątki ciotek dobra rada powtarza ci, że dziecko nie może spać z rodzicem bo gdy się przyzwyczai, wasze życie seksualne z pewnością wykopie sobie grób. Dziecko drze puchę w łóżeczku a ty z głową pod poduszką odprawiasz egzorcyzmy. Do tego wstajesz pierdyliard razy w ciągu nocy bo a to zaginął smoczek, a to jeść a to siku a to… Życie seksualne nie ogranicza się tylko do łóżka, na pralce też może być fajnie, to raz. Dwa, przygarnij pacholę pod pachę i wyśpij się kobieto !

3. Cel nadrzędny.

Przy pierwszym dziecku poświęcasz mu 100% uwagi. W trzecim miesiącu życia przymieracie głodem bo ty wpatrujesz się w paszczę niemowlaka w oczekiwaniu na pierwszy ząbek? W zupełności to rozumiem, w końcu wyrzynanie się zębów jest taakie fascynujące. Na nic nie masz czasu bo macierzyństwo pochłania cię totalnie. Przy kolejnym dziecku oddelegowujesz potomstwo do kojca, odpalasz „Domisie” a sama machasz łychą po garach. Nowe uzębienie zauważasz w przedszkolu a umiejętności w postaci raczkowania i prób chodzenia nie malują już na twojej twarzy szokującego „ŁAŁ!”.

4. Rytuały.

Śniadanie o 8, kąpiel o 19. Zaraz po porodzie, z racji cukrzycy ciążowej miałam przykazanie, by budzić Hanisławę co 3 godziny na jedzenie przez pierwsze dni życia. Budziłam przez 6 tygodni, chociaż młode wykazywało zdolności nadaktywnego spania.

Głupia ja.

Ostatnio gdy Hania zawirusowała, zdarzyło się jej popełnić drzemkę od 16 do prawie 6 dnia następnego. Zaczynając od tego, że nie wiedziałam w co ręce włożyć ze szczęścia (i nie był to bynajmniej mop hie hie), przez wyrzuty sumienia, że może warto zwlec młode z wyra i wzmocnić jakimś jadłem, po strach że jak mi kopyrtnie z łóżeczka o 3 w nocy w pełni sił, to przeklnę pomysł pozostawienia jej w spokoju. Po pierwsze- wyspałam się, po drugie- tak, polatałam na miotle, po trzecie- zrobiłam bilans zysków i strat, w związku z czym chęć pozostawienia aktualnego stanu rzeczy wygrała ze strachem. Ryzyk fizyk. Wygrałam.

5. Tabor.

Jak to pięknie określa Anielno, ładujesz mandżur i w towarzystwie taboru wychodzisz z domu. Tobół zawiera ciuszki na zmianę, pieluchy (oszywiste przecie), chusteczki nawilżane, obiadek, kolację na wypadek Wu, książeczkę zdrowia, skarpetki… Po prawie dwóch latach macierzyństwa, tobół ograniczył się do torebki z portfelem, kluczami i pieluchą na zmianę. Na brudne ubranko spuszczam zasłonę milczenia, Hanisława ogranicza zużycie jednorazówek zwanych potocznie pampersami (bo przecie wszystkie pieluchy to pampersy) a gdy żołądek zawoła jeść, serwujemy kanapkę z szynką z dziadkowej lodówki.

6. Przejmowanie się.

Przy pierwszym dziecku, o ile nie uważasz, że jesteś najmądrzejsza i wszystko poskromisz sama (a kto tak nie ma?) przejmujesz się wszystkimi ciotkami dobra rada. Dziecko ma kolkę? Jedna babcia mówi jedno, druga drugie. Do tego zdanie cioci i matki chrzestnej a ty drapiesz się po rozczochranej i myślisz „Łot de..”. Bądź tu człowieku mądry. Nie daj Boziu posłuchasz jednej rady, która okaże się felerna. Powiesz jednej babci, że posłuchałaś drugiej, foch. Powiesz drugiej, że posłuchałaś pierwszej, foch razy sto. I jak tu zadowolić wszystkich?

7. Wyścig szczurów.

Twoje dziecko jeszcze nie mówi podczas gdy rówieśnik sąsiadki serwuje Inwokację? A może raczkuje podczas gdy połowa żłobka śmiga w pionie? Spinasz zwoje mózgowe i zaczynacie korepetycje. Odkurzasz swoje konto bankowe i kupujesz chodziki, jeździki i każdy wspomagacz mogący nadrobić zaległości rozwojowe dziatwy. Później zaczynasz jak zwykle luzować i pozwalasz podążać dziecku swoim tokiem.

Idealnych rodziców podobnie jak dzieci nie ma. Po co więc nerwy, spinanie się i dążenie do doskonałości? Czasami wystarczy trochę odpuścić i cieszyć się chwilą spokoju 🙂

4 Komentarzy/e
  • Ania

    Odpowiedz

    Mandzur <3 Ja rozpracowuję obecnie plan w którym to będę pakowała się tylko w portfel!

    • matka-nie-idealna

      Ja pakuję się w kopertówkę. można? Można 🙂

  • anula

    Odpowiedz

    Fajnie napisane 🙂 Ja w sumie od początku podchodziłam do macierzyństwa dość na luzie, mam stadko siostrzeńców i bratanków płci obojga i chociaż to nie to samo, co własne prywatne dziecko, to jednak trochę uczy. Tak więc byłam świadoma, że jak się Młody przewróci, to nie musi się to od razu wiązać z połamaniem wszystkich kończyn, że jak podniesie zabawkę z podłogi i wsadzi do buzi, to nie skończy się to od razu pleśniawkami i wrzodami, że skoro potrafi wyczuć i precyzyjnie wypluć maleńki kawałek natki w zupie, to i pestką od arbuza się nie udławi… Pracuję nad tym luzem u męża i (co jest duuuużo trudniejsze) u teściów, z którymi mieszkamy i którzy doglądają wnusia, gdy my zbijamy kokosy (czyt. zarabiamy na chleb). PS. chyba jeszcze nie chwaliłam Cię za świetnego bloga? No to chwalę i dodaję, że czekam zawsze niecierpliwie na nowe posty 🙂

  • Mamatorka

    Odpowiedz

    Jak zawsze trafiłaś w samo sedno !
    Wychodzenie z domu z całym tobołem rzeczy, jak wielbłąd nie jest fajne 😛
    a z tym wyścigiem szczurów to szlag człowieka potrafi trafić … pisałam nawet o tym całkiem niedawno http://mamatorka.blogspot.com/2015/06/jestes-szczurkowa-mama.html

Skomentuj