Mój dom to nie muzeum.

2066 Odczytano 6 komentarzy

Chciałabym – wzorem z internetów, tych wydmuchanych i wypucowanych, ze zdjęciami w rozdzielczości, której mój umysł nie ogarnia, chciałabym tak szczerze i bez ściemy, z ręką na sercu nawet, mieć w domu porządek. Ale nie, że ja tego porządku nie mam. Wierzcie mi, ja od rana do nocy szwendam się po kwadracie, organizując życie martwej naturze, w większości pod postacią zabawek i ciuchów. Oczywiście pomiędzy arcyważnymi mailami, które przychodzą do mnie w ilościach takich, że jakby dało się takim mailem nakarmić człowieka, to wierzcie mi lub nie, w Afryce wszystkie dzieci byłyby nakarmione. Z rzeczy ważnych na przykład, w rytm dnia miałam jeszcze do niedawna wpisaną drzemkę, co mi została z czasów niemowlęcych, ale aktualnie mając do wyboru drapanie po tyłku i drzemkę, wybieram to pierwsze, jako że nie lubię kiedy mnie swędzi dupa.

Zakładam jednak, że zwykły użytkownik oczu stwierdzi, że ja porządku w domu wcale nie mam. Bo gdzie nie spojrzy, aż po sam horyzont, czyli z kuchni do dziecięcego pokoju na pierwszym piętrze, ścielą podłogę zabawki. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jeszcze ułamek sekundy wcześniej, mogłabym przysiąc, podłoga odznaczała się drewnianą fakturą, a nie plastikiem z Chin, wtopionym w trochę zbyt duże twarze lalek. Bo te lalki, proszę Państwa, to jest temat rzeka u nas w domu.

Przyszła moda, pewnego razu, na lalki, które wyglądem i jakością są nieadekwatne do ich ceny. Osiem dych za coś, co przypomina karykaturę człowieka, wiecie – taką jak rysują nad morzem, z za dużą głową i oczami na pół japy – to jest, mówiąc delikatnie, kurwa przegięcie. Otwierasz to jajo, czy tam kulę i masz nadzieję, że w środku splendor i przepych, bo Ci od samego wejścia trzepie w ryj konfetti.

Ściany to, proszę Państwa, połączenie wielkiego artyzmu Picassa z pawiem w kolorze bekonowych chrupek i M&Msów, zjadanych w ukryciu pod stołem. Bo ten paw, w asyście odbitych łap wszystkich żywych stworzeń u nas w domu, od kotów, przez psa, aż do dwóch białogłowych dziewczynek, zdobi każdą, absolutnie każdą powierzchnię płaską w naszym domu. Do powierzchni płaskich wliczam też trzysta kilometrów podłóg, na których kurz i piach materializują się w tempie otwarcia okna. Za oknem albowiem, w odległości takiej, że przy odpowiednich wiatrach czuć zapach potu robotników, stawiają trzynaście domów. TRZYNAŚCIE DOMÓW, w tempie jeden dom na rok. Z kurzem wkrótce się ogarnę. Za jakieś trzynaście lat.

W łazience na polu startowym piętrzą się wieże brudnych ubrań. Cztery, kolorystycznie spasowane stosy ciuchów, czekające na ułaskawienie, lub raczej na opróżnienie szamba, które z każdym kolejnym sikiem niebezpiecznie bulgocze w rurach. Tak się złożyło, że jedyny szambowóz kursujący w moim mieście, mówiąc kolokwialnie – zesrał się. Hehe, czujecie to? Szambowóz się zesrał. Takie śmieszne.

Wracając do rzeczy nieogarniętych u mnie w domu, czasami zdarza mi się spojrzeć w lustro. Specyfika pracy w domu polega na tym, że do czternastej mogę pracować w szlafroku i wichurze na głowie, a później jest rajd po kosmetyczce, żeby ludzie w przedszkolu i na placu zabaw nie dostali uszczerbku na zdrowiu, patrząc na moje wypłowiałe lico, nie maźnięte żadnym odkryciem wielkich przemysłów kosmetycznych.

I nie, że ja nie potrafię, czy nie chcę sprzątać. Ja sprzątać bardzo lubię, można by rzec, jest to moim hobby. Lubię zanurzyć rękę w toalecie i wyszorować co wcześniej kuchnia dała. Lubię pojeździć na mopie, wzorem moich przodków, z tą różnicą, że mop nie lata. No i przecież „siedzę” w domu cały dzień. Nic to, że od pracy przy komputerze w moim mózgu receptory zamieniły się w bajty, a stworzenie jednego wpisu zajmuje lata świetlne, począwszy od wymyślenia tematu, co zajmuje jedną erę w ewolucji, płyty tektoniczne zmieniają w tym czasie swoje położenie trzy razy, ludzie budują arki i piszą testamenty. W sensie, stary i nowy testament. Nic to, że mogę robić to samo przez osiem godzin w biurze, z tą różnicą, że przekręcę klucz w zamku, a samochód żłopnie trochę paliwa i nikt mi się w tym czasie nie przypieprzy, że siedzę w domu i „nic” nie robię. Sprzątanie przy dzieciach jest jak mycie zębów w trakcie jedzenia czekolady.

Więc pie**olę. Poczekam aż dorosną.

6 Komentarzy/e
  • Basia

    Odpowiedz

    Hahaha jesteś boska Nieidealna 😍 Cała prawda o porzadkach i czystości w domu przy posiadaniu potomsmtwa i zwierząt 😟 można sprzątać, chodzić i zbierać wszystkie graty i sterty ubrań lecz gdy ogarniesz jeden pokój i przejdziesz do drugiego to dziwnym trafem w tym pierwszym znów zadomawia się artystyczny nieład… Czyli jest nas dwie 😉

  • Miśka

    Odpowiedz

    Przeczytałam. Przeszłam przez swoje mieszkanie. Stwierdziłam że tyle miłości i szczęścia jest w tych zabawach i kredkach i farbkach, że usiadłam i patrzę… I co widzę? Dwóch czortów z uśmiechem od ucha do ucha w trakcie ganiania po salonie. A teraz z lekkim uśmiechem śpiących w pokoju. Lubię to! A jak komuś przeszkadza TAKI bałagan to trudno. Nie muszą się wpraszac na kawę, mogą zapraszać! 😘

  • Olga

    Odpowiedz

    Robienie z domu muzeum może mieć różne oblicza… Na przykład zabranianie dzieciom zapraszania swoich kolegów ze szkoły, bo nie można nic przestawić, niczego dotknąć albo – broń Boże – koledzy nie mogą zobaczyć jak mieszkamy. Znam takie przypadki i jest to bardzo przykre, szczególnie ze względu na rozwój dziecka, które potrzebuje kontaktów rówieśniczych. Także dobrze prawisz!

  • Kinia

    Odpowiedz

    A ja mam pytanie jaki to projekt domku? 😁

    • matka-nie-idealna

      Totalnie nie mam pojęcia. Kiedyś znalazłam w papierach ale teraz ciężko mi sobie przypomnieć.

  • Karo

    Odpowiedz

    Ahaha, rany, jak ja kocham Twoje wpisy 😀 Lekkie, zabawne… i boleśnie prawdziwe. Uśmiechałam się cały czas, ale ta puenta na końcu – o nicnierobieniu przy pracy w domu – bardzo mnie zabolała. Nie znoszę takiego gadania!

Skomentuj