Nie licz na innych, bo ludzie mają Cię w dupie.

6 komentarzy

Gdyby tak ulokować mnie w jakiejś literaturze, z pewnością byłabym postacią romantyczną, wierzącą w głębokie idee. Albo ubrano by mnie w rolę matki, która wybacza najgorsze przewinienia i kocha bezwarunkowo. W roli dzieci wystąpiliby przypadkowi ludzie, którzy od trzydziestu lat pojawiają się w moim życiu i znikają. A ja po każdym dźgnięciu w serce powtarzam, że przestaję wierzyć w ludzkość po to, by chwilę później uwierzyć ponownie. I jak Syzyf toczę pod górę tę moją wiarę, która co chwilę naciska mi na stopę, stacza się w najmniej oczekiwanym momencie i buduje odciski na mojej duszy.

Nie od dzisiaj myślę, że świat jest skurwiały. Że ludzie budują swoją „wolność” na egoizmie i przekorze. Uważają, że dopóki coś ich nie dotknie, to ich nie dotyczy. Że odpowiedzialność za drugiego człowieka jest czymś, co przerasta ich ego. I nie ważne, czy chodzi o osobę na drugim końcu świata, czy o dziecko, które chwilę temu nosiliśmy pod sercem. Odpowiedzialność kończy się tam, gdzie nasz komfort. A ten cenimy sobie ponad wszystko. Nie potrafimy uczyć się na błędach. Ani cudzych, ani własnych. Uważamy, że wszystko wiemy lepiej, a życie to jedna wielka propaganda tych, którzy władają pieniądzem. Nie ufamy, podejrzewamy i węszymy podstęp. Liczy się ja, mi i mnie. A swój egoizm leczymy wpłatami na chore dzieci i zbiórkami żywności w święta. Lubimy brać i dostawać, jednocześnie traktując każdego kto dostał jak pasożyta. Nie wierzymy w ciężką pracę, a sukces mierzymy jednostką miary pod postacią „Na pewno dała komuś dupy” i „Pewnie dostał od bogatego tatusia”. Lubimy wiedzieć najlepiej i manifestować to na każdym kroku. Rywalizować ze sobą, udowadniać że jesteśmy lepsi. Bardziejsi. Mądrzejsi. Że nasza prawda jest prawdziwsza. Znamy odpowiedź na każdy temat. A przynajmniej czujemy potrzebę manifestacji swojego zdania.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że to słowa ciężkiego kalibru. Możecie krzyczeć, że nienawidzę ludzi, żeby spalić mnie na stosie. Nie. Ja wciąż kocham ludzi za te ułamki dobra, które mają w sercach i wierzę, może zupełnie naiwnie, w to że świat się ogarnie za kilka chwil.

Kilka dni temu wybrałam się do marketu. Nieprzypadkowo mój wybór padł na całkiem sporego sklepowego molocha*. Nie, nie mogłam zrobić zakupów w osiedlowym sklepiku. Pokończyły mi się zapasy chemii i musiałam zaopatrzyć się w więcej wege, bo jeśli pożyję jeszcze trzy dni na jajkach, zacznę gdakać, a majtki zaczęły prosić domowników o ułaskawienie, protestując tłumnie na podłodze w łazience. Nieprzypadkowo wybrałam też porę – przedpołudnie dnia. Chciałam pokazać pustkę miasta. Wymarłe ulice, ciszę motoryzacyjną. Chciałam powiedzieć, że jestem dumna z ludzi, że nasza społeczność jest odpowiedzialna i pokorna. I co? I gówno.

Parking sklepu był zapełniony samochodami. Jeden obok drugiego – lusterko w lusterko i drzwi w drzwi. Z marketu wysypywali się ludzie. Nie pojedynczo, a całymi rodzinami. Mama, tata i dwójka dzieci. Młode pary, małżeństwa z dłuższym stażem. Matki z dziećmi, pary prowadzące dziecięcy wózek. Nikt nie zachowywał dystansu, na palcach jednej ręki można było policzyć osoby, które miały rękawiczki. Rozumiecie to? Na świecie panuje pandemia. Ludzie umierają w tysiącach. A Janusz z Grażyną czy inny Mareczek z Karoliną wzięli na zakupy do sklepu bombelki. Bo przecież bombelki się nie zarażą**. Poza tym i tak za chwilę jadą na grilla do Bogdana, więc co za różnica? A później Grażyna pójdzie z dziećmi na plac zabaw, bo Janusz jej powiedział, że to wszystko to PiSowska propaganda. Banda gamoni udaje dobrodusznych, żeby na nich głosować w wyborach. Cholera. Z resztą trzy miesiące temu wrócili z Anglii i będą chować Kasię i Bartusia w stylu Angielskim, a ci przecież nie uznają ograniczeń.

Okrążyłam parking i zatrzymałam się przy osobie, która wsiadała do samochodu***.

-Przepraszam, dużo ludzi w środku?
-A idź pani. Wszedłem i wyszedłem. Ludzie zachowują się, jakby papier toaletowy w promocji rzucili.

Miasto obudziło się do życia. Chmary dzieciaków jeździły po osiedlach na hulajnogach. Zbyszek i Halina dźwigali z OBI zlewozmywak i wiadro farby, bo skoro mają umrzeć, to chociaż z odjebaną kuchnią i skoro już mają wolne, to zrobią rajd po marketach budowlanych. Grupki dorosłych mężczyzn codziennie przejeżdżają obok mojego domu na rowerach. Ktoś kogoś zaprosił na grilla, ktoś inny robi domówkę.

I tym oto sposobem ludzkość sama się wybiła. Na własną prośbę, z przekonaniem, że oszukają przeznaczenie. Bo nie jesteśmy stworzeni do tego żeby stosować się do nakazów. Zasady są po to, żeby je łamać, a poza tym, kto ma czas żeby czytać regulaminy? Jedni krzyczą, żeby siedzieć w domu, inni drwią z powagi sytuacji. Jedni chronią siebie i swoje rodziny, inni celowo narażają zdrowie i życie ludzi. Jedni idą do pracy drżąc o swoje bezpieczeństwo i nie mając wyboru, inni narażają zdrowie bliskich przy grillu, bezmyślnie wołając „to mój wybór!”.

Zastanawiam się, co jeszcze musiałoby się stać, żeby ludzie przejrzeli na oczy? Żeby przestali patrzeć jedynie na swoje widzimisię, zaczęli brać życie poważnie? Żeby zrozumieli, że jesteśmy częścią czegoś wielkiego, a nie pępkiem świata?

Czy musimy włożyć palce do gniazdka elektrycznego, żeby pokopał nas prąd? Czy musimy ponieść konsekwencje, żeby czegoś się nauczyć? Tylko dlaczego kosztem innych ludzi? Nasz wybór kończy się tam, gdzie zaczyna się zagrożenie zdrowia lub życia drugiego człowieka.

Zastanówcie się, czy Wasza wolność wyboru i przekór są tym, czego w tym momencie potrzebujemy.


* Na zakupy wyszłam po raz pierwszy od dwóch tygodni. Na codzień drobne sprawunki robi Grzesiek, przy okazji pracy.
** Owszem, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dzieci są doskonałymi nosicielami wirusów.
*** Nie weszłam do sklepu. W sumie jajka nie są takie złe.

Ps. Biedronka zdała egzamin na piątkę. Drzwi były zablokowane przy wejściu stał ochroniarz i wpuszczał do sklepu maksymalnie 40 osób. Niestety nie wszyscy ludzie stosowali się do zasad, twierdząc na przykład, że nie są trędowaci, żeby utrzymywać odległość od innych osób.

Photo by Christopher Sardegna on Unsplash

6 Komentarzy/e
  • Magda

    Odpowiedz

    Cześć Natalia. Nie znamy się, a szkoda, bo cenię Cie za to jaka jesteś i często ‚widzę’ siebie w twoich tekstach. Jak się trzymacie w tym beznadziejnym czasie? Obserwuję Cię od długiego czasu. Sporadycznie komentuje jakiekolwiek blogi. Jestem żoną, mamą i po tym wpisie ‚ukuło’ mnie że tak sporne rzeczy piszesz. Miejmy szacunek wobec siebie i nie szufladkuj imionami ludzi i tego chorego stereotypu.

  • Magda

    Odpowiedz

    Nie przyjmij tego jako hejt! Absolutnie. Uwielbiam czytać twojego bloga, uwielbiam oglądać twoje story, zgadzam się w zupełności ze wszystkim co piszesz, tylko strasznie mnie ‚gryzie’ stereotyp Grażyny, Janusza, Brajana itd.. Tylko tyle, gdzie indziej nie napisała bym tego ale ‚u ciebie’ myślę że zostanę zrozumiała. Pozdrawiam Cię i Twoja rodzinę. Trzymajcie się zdrowo 💛

    • matka-nie-idealna

      Jasne, to było trochę przekornie napisane. Jeśli Ciebie to uderzyło, to przepraszam.

  • Kasia

    Odpowiedz

    U nas (Wielkopolska) na osiedlu są 3 sklepy średniej wielkości. Jestem pozytywnie zaskoczona, ponieważ w każdym sklepie obowiązuje ograniczona ilość osób w sklepie, odstęp w kolejce itd i co mnie zadziwia, że ludzie się sami tego przestrzegają. Ostatnio stanęłam w kolejce do kasy za panią, która myślałam że szuka kawy na półce a ona stała 2 metry w kolejce od 1 osoby. Na zakupach przeważnie 1 osob

  • Kasia

    Odpowiedz

    Ps. Nie wiem jak to wygląda we większych sklepach, mamy niedaleko polo, gdzie chodzimy z mężem w systemie zmianowym (mamy 3 dzieci, zakupy robimy dwa razy w tygodniu).Ostatnio spotkałam młodego chlopaka, który zakładał jednorazówki do warzyw, zaraz po tym jak zauważył prośbę, żeby tak robić. Nie widziałam również tłumów na spacerach po osiedlu, jedynie po 1 osobie z psem, dzieci też nie widać.

Skomentuj

error: Content is protected !!