Nie potrafię w macierzyństwo.

1549 Odczytano 5 komentarzy

Nie potrafię w macierzyństwo.

To znaczy – coś tam potrafię. Ale to moje potrafienie opiera się na umiejętności przetrwania w macierzyńskiej dżungli. Czuję, jakby ktoś w pewnym momencie wyrzucił mnie z samolotu, gdzieś w pobliżu równika, przy dorzeczu Amazonki, wkładając uprzednio w rękę paczkę pampersów.

I tak już od sześciu lat, nauczyłam się rozpalać z pampersów ognisko, budować schronienia i łowić ryby. Macham maczetą samokontroli i odpowiedzialności, bo ta druga jest olbrzymia. Ta pierwsza trochę mniej. Czasami wzorem króla dżungli ryknę na te cielątka nieopierzone, które to z pampersów już wyrosły. A i wolę przetrwania mam sporą i nie lubię się poddawać. Czyli klasyczne MMA, mlekiem pachnące.

W tym moim macierzyństwie, nadal jest sporo niedomówień, niedorzeczności i wszystkiego, co można wrzucić do jednego worka z przyszytą łatką nieidealności. Nie wiem co mnie podkusiło pięć lat temu, żeby nazwać siebie Nieidealną, ale wiem, że gdyby na wzór amerykański lub indiański można było zmieniać imiona na te mniej racjonalne, jak na przykład Chicago czy Krowie Kopyto, pierwsza stałabym w kolejce do urzędu.

Czasem jednak tej codzienności mam trochę dosyć. Od roku przyrastam tyłkiem do fotela, w prowizorycznym domowym biurze, sama sobie szefując. Biuro jest prowizoryczne bo mieści się w sypialni. Docelowo mam zająć niezajmowany przez nikogo gabinet, ale stamtąd za blisko do kuchni, więc odwlekam plan jak najbardziej w czasie, bo po 30-tce przemiana materii już trochę nie ta.

No i kiedy tak przyrastam do tego fotela, gapiąc się w komputer przez godzin zbyt wiele w ciągu doby, odcięta od ludzkich spojrzeń i tonu głosu, zdarzają się momenty, że zaczynam bujać się w myśl choroby sierocej.

Tak zdarzyło się też tydzień temu.

Głowa urosła mi do rozmiarów rakiety kosmicznej i poczułam, że zaraz wystrzeli daleko w kosmos, oddzielając się od reszty ciała. W myślach zaczęła wiercić idea o resecie. Ale takim totalnym, nie że kładziesz się do łóżka, przykrywasz kołdrą i udajesz, że Cię nie ma, do momentu aż parę kilo człowieka pojmie, że to właśnie Ty musisz podetrzeć mu tyłek, a nie ojciec, który jest pięć centymetrów obok.

I tak, dwadzieścia minut po tym, jak odwiozłam dzieci do przedszkola, ładowałam do walizki wszystko, co miałam pod ręką. Nie wiedziałam, czy dobrze robię, w końcu mózg lewitował gdzieś na orbicie okołoziemskiej, ale było mi z tą myślą niezwykle wygodnie. Planem był brak planu. Po prostu chciałam wyjść z domu, wsiąść do auta, zabrać dzieci z przedszkola i pojechać przed siebie. Chociaż pierwotny brak planu zakładał to, że jadę sama. Zostawiłam Grześkowi wiadomość, że zabieram dzieci i wyjeżdżam, nie wiem gdzie i nie wiem na jak długo. I wyszłam.

Był środek tygodnia a ja szukałam w mieście dziecka, które macierzyńską maczetą musiałam odbić z wycieczki przedszkolnej. Bo wymyśliłam sobie spontan. I jeśli jeszcze ktokolwiek wspomni mi, że spontan z dziećmi jest niemożliwy, opowiem mu jak w odstępie pięciu godzin byłam w domu a później na plaży. Pokonując przy tym ponad 400 kilometrów i własne lęki, czy tym razem dam radę przedrzeć się przez dżunglę własnych słabości.

I tak, godzinę później, z dziećmi i paczką kabanosów, ruszyłam nad morze. W najgorszym wypadku czekał nas spacer po plaży i nocny powrót do domu. Wypadek był trochę lepszy – na postoju znalazłam nocleg. Tak więc coś tam, lub ktoś tam u góry, sprzyjał mi w tym planie braku planu.

Decyzja o wyjeździe była jedną z lepszych w ostatnich dniach. Przez trzy dni naładowałam baterie. Ćpałam obecność dzieci i jod w ilościach hurtowych. Gofry wciągałam w ilościach zakrawających o cukrzycę. Przesiadywałam w knajpkach na deptaku i wysypywałam tony piasku z butów. I uśmiechałam się, że cholera udało mi się. Że dałam radę.

Dobrze jest czasami się zresetować. Podjąć decyzję, nie do końca zrozumiałą dla innych, niezbyt racjonalną. Dobrze jest czasami pomyśleć o sobie, w całym tym pierdolniku.

Zapytacie pewnie, co Grzesiek na to.

A no tyle, ile przesłać mi pieniędzy.

*Od początku wiedziałam, że mnie zrozumie. Że się nie obrazi, nie powie złego słowa. Że wesprze w tej dziwnej decyzji.






5 Komentarzy/e
  • Anna

    Odpowiedz

    Chciałabym tak. Pokonać swoje słabości, szefa, że muszę być w pracy i….pojechać z synem w pizdu….

  • Natalia

    Odpowiedz

    Podziwiam Cię jak pędzisz pod wiatr bez okularów i wypluwasz piasek z ust przy każdym uśmiechu. Dajesz przykład, że można, a nawet trzeba. W macierzyństwie zapominamy o sobie, odczłowieczamy się, a to nie o to chodzi. Grunt to podzielić się sobą i zostawić choć kawałeczek sobie. Dziękuję, bo dzięki Tobie wiem, że nie jestem sama, że każda tak ma, choć jedna mówi głośniej, a druga syczy pod nosem.

  • Wiedźma

    Odpowiedz

    Boże jakże ja Ci zazdroszczę…nawet nie tego że Ci się chce, ale tego że możesz sobie na to pozwolić… Dla mnie taki wypad byłby nierealny z bardzo prozaicznego powodu- bo mnie nie stać 🙁 i nie mówcie że jak się chce to można…na bylejakie wakacje z dziećmi i noclegiem u cioci odkladamy, a co mówić o spontanie… Tak więc jezdzij i ciesz się z dzieci i możliwości, bo to dar niebios 🙂

  • Ania

    Odpowiedz

    przeczytałam i zarezerwowałam pokój w Gdyni 🙂 jutro rano wyruszamy:0

    dzięki za ten wpis

  • Ewelina

    Odpowiedz

    Zazdroszczę Ci tej odwagi. Mi jej brakuje. Też marzy mi się taki reset ale nie nad morzem, tylko w wesołym miasteczku 😀 kto wie, może w tym roku się uda?
    PS. cudownego masz tego męża. Niejedna kobieta może Ci pozazdrościć 🙂

Skomentuj