Nie tak wyobrażałam sobie macierzyństwo.

1116 Odczytano 2 komentarze

*Poniżej znajdziesz wersję audio oraz tekst.
„Nie tak wyobrażałam sobie macierzyństwo”

Pamiętam jak w pierwszej ciąży trzymałam się za nabrzmiały cudzym organizmem brzuch, który wbrew ciążowym schematom, nie wyprzedzał czubków moich butów, ani nawet piersi, które ku mojej uciesze urosły do rozmiarów dorodnego awokado, a nad moją głową wisiała wielka niewiadoma. Pomimo godzin przesiedzianych na szkole rodzenia, dziesiątkom przewiniętych i wykąpanych „na sucho” lalek, o macierzyństwie wiedziałam tyle, co pamiętałam z własnego dzieciństwa.

Ostatnie najbardziej realne wspomnienia sięgały trzepaka przed moją klatką, z którego wisiało się głową w dół i dachu śmietnika obok, takiego z blachy falistej, na który wchodziło się, żeby zerwać żółte, słodkie śliwki. Nikt nie patrzył wtedy na to, że śliwki są brudne, wylizane przez psy i „wypierdziane” przez spaliny z samochodów na pobliskiej jezdni. Każde dziecko, przechodząc obok śliwy, zrywało jakby trochę nieświadomie niewielką kulkę, ładowało do buzi i pluło na odległość pozostałą pestką.

Wtedy szczytem dziecięcego szpanu był klucz przewieszony przez szyję. Bo wtedy człowiek stawał się taki dorosły trochę i odpowiedzialny. W cudzysłowie oczywiście.

Pamiętam też, że z upływem czasu uczyłam się nowych umiejętności. Na przykład przewracanie oczami na czas. W moim rozumieniu, każda prośba mamy o wykonanie domowych obowiązków, skutkowała przewróceniem oczami i głośnym westchnięciem. Potrafiłam też niczym karabin maszynowy wyrzucać z siebie głośne stwierdzenia, mające za zadanie odepchnąć od siebie ów obowiązki, jak na przykład „zaraz”.

W całym tym galimatiasie, kiedy to myślałam, że życiowym zadaniem starych jest przypieprzanie się o wszystko i uprzykrzanie życia dzieciom, moja mama zwykła mawiać „Będziesz miała swoje dzieci to zobaczymy”, łamane przez „Życzę ci takiej córki, jaką ty jesteś”. Wtedy myślałam, że ja zdecydowanie będę spoko mamą, a przynajmniej bardziej spoko, niż moja rodzicielka. Bo na przykład nie będę kazała chodzić dzieciom spać zaraz po dobranocce. Dzisiaj wiem, że to było zaklęcie rzucane w moją stronę, a dobranocka była tą granicą, kiedy kończyło się bycie mamą a zaczynało się bycie kobietą, żoną i kochanką.

Kiedy urodziła się Hania, niewiadoma nad moją głową rosła z każdym dniem. Okazało się, że na szkole rodzenia nikt nie nauczył mnie jak wstrzymać mocz, kiedy dziecko wisi na piersi 24 na dobę, a każde oderwanie sutka od maleńkich ust, będzie skutkowało całą imprezą na nowo. Z tymi sutkami to w ogóle inna historia. Pamiętam filmiki, promujące karmienie piersią i korzyści z tego płynące. Gdzieś tam w mojej maminej podświadomości kotłowała się myśl, że jeśli nie karmię mlekiem z piersi, jestem złą matką. I tak na przykład, przez pierwsze tygodnie walczyłam o każdą kroplę tego życiowego nektaru, chowając na dnie macierzyńskiej szufladki swój komfort psychiczny, fakt że w restauracjach będę wysyłana do toalety, żeby nakarmić dziecko, czy niewyobrażalny ból, połączony z poranionymi sutkami i zapaleniem piersi. W tym wszystkim na szczęście sypiałam, gdyż od zawsze to Grzesiek wstawał w nocy do Hanki.

Nikt mi nie powiedział, że macierzyństwo to rodzaj takiego dorosłego tetrisa, kiedy to musisz upchać bycie mamą, pracę, zajęcia pozalekcyjne, własny rozwój i resztę człowieczeństwa w 24 godzinach, z czego znaczną część warto poświęcić na sen, żeby nie wyrżnąć na pierwszym lepszym zakręcie w drzewo.

Niech mi ktoś wytłumaczy, czym na przykład różni się wstawanie dziecka w tygodniu od wstawania w weekendy? Taką niedzielę na przykład, rozpoczęliśmy o szóstej, kiedy to Nadia oznajmiła, że już jest dzień i poprosi poranną bajeczkę. W tygodniu natomiast, ściągnięcie szkodników z łóżek graniczy z cudem i kończy się wezwaniem MOPS-u przez sąsiadów z domu obok. Albo o! W przedszkolu jedzą wszystko – dosłownie. Nadka wciągnie każdą ilość surówki, każdy jej rodzaj. W domu natomiast, warzywo to wróg numer jeden.

Zdecydowanie jednym z piękniejszych rodzicielskich uczuć jest duma. I tutaj należy wspomnieć o „pieluszkowym zapaleniu mózgu”. Grzesiek patrzył na mnie jak na kogoś, kto wymaga natychmiastowej konsultacji psychiatrycznej, gdy obdzwoniłam pół rodziny, po czym wysmarowałam tłusty tekst w social mediach na temat tego, że moje dziecko właśnie się uśmiechnęło po raz pierwszy. Oczywiście nie wspomnę tutaj o kilkugodzinnym koczowaniu z telefonem w dłoni, by ten raczej nieświadomy niemowlęcy uśmiech uwiecznić. Później jest jeszcze gorzej – kiedy dziecko zaczyna siadać, raczkować, chodzić, mówić, występować w teatrzykach, pływać, jeździć na rowerze i tak dalej. Nie łudźmy się, że to minie. Będzie tylko „coraz gorzej”.

Nikt nie uprzedził mnie, że będę chciała rozszarpać swoje dziecko sto razy dziennie po to, by finalnie wieczorem wisieć nad jego łóżkiem i zachwycać się długimi rzęsami, opadającymi miękko na policzki. I że dwieście razy dziennie będę czuła się beznadziejną matką, lub chociaż niewystarczającą. Bo na przykład nie mogę poświęcić dziecku tyle czasu, ile bym chciała. Albo zawsze jedno będzie trochę bardziej poszkodowane niż drugie. W macierzyństwie nie ma sprawiedliwości. Zawsze można coś zrobić lepiej, dłużej, mocniej, bardziej. Kiedy krzyczę na dzieci, a zdarza się niestety, po chwili przychodzą wyrzuty sumienia, że nie radzę sobie z własnymi emocjami, przez co one mogą mieć w przyszłości problemy. Kiedy włączam bajki, pojawia się myśl, że właśnie w tym momencie mogłabym z nimi rysować, czytać bajki lub układać domki z klocków, zamiast gotować obiad na jutro. Kiedy gotuję obiad, zastanawiam się jak zbilansować składniki odżywcze i upchnąć w jednej potrawie coś, co zje każdy z domowników, a wierzcie mi, u nas są cztery zupełnie różne gusta smakowe. Nikt nie uprzedził, że będę drżała o życie dzieci, ich bezpieczeństwo, teraźniejszość i przyszłość milion razy na sekundę, widząc zagrożenie na każdym kroku. Że można kochać kogoś bardziej niż tą największą szkolną miłość, dla której wycinało się scyzorykiem serca na ławce w parku, rzucało studia za granicą i pisało wieczorami smsy, że „Bez ciebie nie przeżyję jednego dnia”.

I tak tkwię sobie w tym macierzyństwie, z wielką niewiadomą nad moją głową. Co jakiś czas wykręcam numer do mamy prosząc, żeby zdjęła ze mnie klątwę rzuconą wiele lat temu. Co jakiś czas proszę o radę, kiedy nie mogę poradzić sobie z sześcioletnim temperamentem, lub trzyletnim charakterkiem. Zamykam oczy i wracam wspomnieniami do chwil, kiedy leżałam w wannie z mężem, nie dwoma kilkulatkami, a w kieliszkach było wino, nie sok pomarańczowy. Bywają wieczory, kiedy leżę z twarzą w poduszce i myślę, że ja to wszystko pierdolę, wychodzę i nie wracam. A chwilę później szlocham, że jak mogłam tak pomyśleć, przecież one są sensem mojego istnienia. Bywają momenty, kiedy nie tęsknię, nie dzwonię i chłonę bezdzietność. Bywają też takie, że nie puszczam do przedszkola, bo potrzebuję dzisiaj się potulić, wtopić nos w blond włosy.

Jedno jest pewne w tym całym galimatiasie. Nie tak sobie wyobrażałam macierzyństwo. Ale poczekajcie tylko dzieci moje, aż będziecie miały swoje. Jeszcze chwilka.


*Pamiętaj, że najlepszą zapłatą dla autora jest Twoja reakcja, która bez wątpienia da mi kopa do dalszej pracy <3
*Będę wdzięczna, jeśli dasz mi o tym znać tutaj na blogu lub na Facebooku (
klik), łapką w górę, komentarzem lub udostępnieniem postu.
*Możesz odwiedzić nasz profil na Instagramie 
(klik).

2 Komentarzy/e
  • Justyna

    Odpowiedz

    Kto pamięta te czasy gdy to na blogu były komentarze a nie na Facebooku 😊

Skomentuj