Nie tylko „psychole” chodzą do psychiatry.

1214 Odczytano 3 komentarze

Na wstępie przepraszam Was za ten pejoratywny tytuł. Niestety, w naszym społeczeństwie nadal panuje przekonanie, że jeśli chodzisz do psychiatry, psychologa, terapeuty czy psychoterapeuty, jesteś psycholem. Psychiatra ma wydźwięk negatywny. Terapia jest tematem tabu, zamiatanym pod dywan nawet przez osoby potrzebujące pomocy.

Ludzie zaczynają szukać rozwiązań zbyt daleko swojego podwórka. Obwiniamy innych o nasze problemy i niepowodzenia.Wymagamy od innych zmiany, nie bacząc na fakt, że wszystkie relacje są łańcuchem wiązanym. Wolimy zmienić kogoś, niż posprzątać swoje wnętrze. Często uważamy, że jesteśmy niewinni, że problem nie leży w nas. Zwłaszcza w związkach relacjach międzyludzkich.

Ja też tak myślałam. Czułam się lepsza od innych. Byłam roszczeniowa i wymagająca. Oczekiwałam, że skoro ja się dla kogoś poświęcam, ten ktoś powinien odpowiadać mi tym samym. Chciałam, żeby ludzie żyli na moich warunkach. Miałam mnóstwo pozytywnych i dobrych cech i oczekiwałam, że ludzie będą mi odwzajemniać się co najmniej poklaskiem, wdzięcznością. Będą się odwzajemniać w ogóle.

Swoje myślenie zmieniłam dopiero po urodzeniu Hani, jednak zostało mi kilka starych naleciałości, z którymi walczyłam przez lata. A przełomem do poznania siebie była ona.

DEPRE.

Wbrew pozorom, to nie będzie wpis o depresji. To będzie wpis o dojrzałości.

Pierwszy raz z depresją zderzyłam się kilka miesięcy po drugim porodzie. To nie było zderzenie ze ścianą. Kawałek po kawałku osypywał mi się tynk. Czułam się, jakby ktoś stał przede mną i paznokciem zdrapywał kolejne warstwy muru, który do tej pory mnie chronił. Zbroję, która napędzana przez mechanizm samoobrony, chroniła mnie przez prawie 30 lat. W pewnym momencie stanęłam przed sobą samą – nagą, zupełnie bezbronną i pogubioną. Z psychiką startą w pył, z chęcią do życia, która w pewnym momencie zaprowadziła mnie w miejsce, które na zawsze mogło pozbyć moje dzieci mamy, a mojego męża żony.

Do specjalisty trafiłam po trzech miesiącach. To był moment, kiedy spadłam na dno i kopałam w mule, próbując dostać się jeszcze niżej.

Do psychiatry zaciągnęła mnie koleżanka. Zarejestrowała do swojego lekarza, posadziła na krześle w poczekalni i zamknęła za mną drzwi gabinetu. Może nie dosłownie zaciągnęła, ale wybłagała mnie, żebym poszła po pomoc. Z depresją walczyłam przez półtora roku i nadal pojawiają się stany, które łapią za kostki nóg i ciągną w dół. Dzień po dniu mam więcej siły, żeby machać nogami i pozostać na powierzchni.

Jeśli interesuje Was moja historia depresji, pod tekstem zostawię kilka linków do tekstów, które pisałam w tamtym okresie i tuż po nim.

PO CO MI TERAPEUTA, SKORO WYGRAŁAM Z DEPRESJĄ?

Chociaż wygrałam to zdecydowanie zbyt wielkie słowo. Codziennie boję się o swoje życie. Tak – życie, bo nie wiem na ile zdajecie sobie sprawę, że depresja jest jedną z najbardziej śmiertelnych chorób na świecie. Ale na potrzeby tego tekstu przyjmijmy, że wygrałam z depresją i jestem zdrowa od roku.

Kilka miesięcy temu, splot różnych wydarzeń sprawił, że poczułam, że spadam. Tym razem nie chciałam czekać do momentu, aż nie będę miała siły wstać z łóżka. Po dłuższej przerwie zgłosiłam się do swojego psychiatry, a następnie zapisałam się na terapię indywidualną, na którą uczęszczam co dwa- trzy tygodnie.

Mam kilka nieprzepracowanych tematów z dzieciństwa, które są dla mnie dzisiaj brzemieniem. Nieustannie pracuję też nad tym, co dzieje się aktualnie w moim życiu (a dzieje się sporo). W pewnym momencie poczułam też, że nie jestem w tym miejscu siebie i życia, w którym chciałabym być. Że nieustannie czegoś mi brakuje. Że nie żyję w zgodzie sama ze sobą. Chciałam poznać siebie, swoje pragnienia i potrzeby. Dlatego poprosiłam o pomoc.

Uczę się asertywności. Niezmiennie pracuję nad poczuciem własnej wartości i zwracaniem uwagi na swoje potrzeby w pierwszej kolejności. Uczę się tego, jak przestać czuć „misję” naprawiania świata i że trzeba najpierw zacząć od swojego podwórka, zanim wyjdzie się za bramę własnych możliwości. Uczę się radzić sobie z problemami, z gniewem, z nienawiścią (niestety) i zniechęceniem. Uczę się nie oceniać. Uczę się rozmawiać i odcinać od tego, co nie jest dla mnie korzystne. Uczę się jak nie być osobą współuzależnioną od drugiego człowieka. Uczę się pomagać sobie i komuś. Uczę się technik mających za zadanie sprawić, że będę się czuła lepiej sama ze sobą. Uczę się doceniać i nie oczekiwać.

Dużo tego, co?

Jednak kiedy przeskanujemy swoje życie, zauważymy że możemy mieć więcej problemów niż nam się wydaje. Problemy te mogą być z pozoru zupełnie niezauważalne i wychodzą dopiero w trakcie terapii. Wiele z moich zachowań odbijało się na mojej rodzinie. Wiele razy byłam zdenerwowana (na coś lub kogoś), smutna, rozżalona, nieobecna myślami, co odbijało się na moich relacjach z dziećmi i Grześkiem. Nie radziłam sobie ze stresem, presją, nieustanną gonitwą dnia codziennego. Terapia uczy mnie zwolnić, uczy mnie uważności i skupienia na sobie. Uczę się dostrzegać pozytywy nawet w gorszych momentach. Uczę się nie przynosić problemów do domu, odcinać przeszłość.

Poproszenie o pomoc to nie wyraz słabości, a wyraz DOJRZAŁOŚCI. Znak, że jesteśmy gotowi naprawić siebie, pracować nad lepszą wersją swojej osoby.

GDZIE SZUKAĆ POMOCY?

Niestety, na własnej skórze przekonałam się, jak trudno jest znaleźć dobrego specjalistę, zarówno w postaci psychiatry, jak i terapeuty. Najprostszym sposobem jest zasięgnięcie opinii lub prośba o polecenie kogoś z okolicy, w zależności czy potrzebujemy pomocy lekarza, czy chcemy przepracować swoje własne tematy. Istnieje wiele lokalnych grup dyskusyjnych (np. na Facebooku, tak jak moje Matki Nieidealne), w których można poruszyć ten temat. Psychiatra z reguły diagnozuje nasze zaburzenia lub choroby i zleca leki, oraz kieruje na terapię. U mnie w mieście funkcjonuje Centrum Psychiatrii i psychologii. Należy przy tym pamiętać, że na terapię z NFZ będziemy musieli poczekać nawet kilka miesięcy. Psycholog natomiast pomaga nam posprzątać głowę, uporać się i przepracować problemy i trudne tematy.

Wielu dobrych psychologów przyjmuje prywatnie i niestety nie są tani. Koszt wizyty w mniejszych miastach wynosi od 80 złotych w górę, przy czym należy pamiętać, że nie skończy się na jednej wizycie.

Pomocy można też szukać w lokalnych MOPS-ach, GOPS-ach i podobnych instytucjach, które często na swoich stronach mają wypisane jednostki, które są w stanie nam pomóc bezpłatnie. Jeśli potrzebujecie natychmiastowej pomocy, poniżej znajdziecie kilka numerów, które mogą uratować komuś życie:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej


OBIECANE ARTYKUŁY.

3 Komentarzy/e
  • Monika

    Odpowiedz

    Sama walczę z depresją chodzę do psychiatry przyjmuje leki jestem dopiero na początku swojej drogi do wyleczenia jest ciężko połowa rodziny się ode mnie odwróciła nawet mój ojciec ale dam radę bo mam dla kogo mam wspaniałego partnera i kochające dzieci ale w szczególności chcę to zrobić dla siebie żeby móc się uśmiechać każdego dnia żeby żyć pełnią życia

  • Marlena

    Odpowiedz

    Jakbym czytała o sobie. Wiele z tego co tutaj napisałaś jest też we mnie. Ciągła praca nad sobą, przeszłością i swoimi bolączkami… Myślałam, że poradzę sobie sama.. niestety. Czasami trzeba odpuścić i dać sobie pomóc

  • Bartosz

    Odpowiedz

    Mega ważny wpis. Ja nigdy nie mogę pojąć, dlaczego wszyscy traktują z taką niechęcią i strachem (chyba?) psychologów, psychiatrów i terapeutów. Kurczę – jak mnie boli brzuch, idę do lekarza, jak mnie, łupie w krzyżu idę do fizjoterapeuty. Jak mam problem z ogarnięciem emocji – też idę do specjalisty! Najzwyklejsza rzecz na świecie… a jak widać jednak nie.

Skomentuj