O tym, dlaczego polski system covidowy jest niewydolny i dlaczego na początku nie wspominałam, że mam koronawirusa.

4 komentarze

Zacznijmy od tego, że polski system – zarówno medyczny jak i covidowy – jest totalnie niewydolny. Kuleje na obie nogi i niedowidzi na dwoje oczu. Nie ma w tym absolutnie winy pracowników służby zdrowia, którzy dwoją się i troją, żeby załagodzić coś, czego rząd nie ogarnął przez pół roku. Jestem żywym przykładem tego, jak bardzo polegliśmy w tej nierównej walce.


W covid-19 wierzyłam gdzieś na przełomie marca i kwietnia, a później ta wiara zaczynała być mocno wątpiąca. Niby korona istniała, jednak nikt jej nie widział na własne oczy. Media bez przerwy serwowały nam kompletnie sprzeczne informacje, rząd robił nas w przysłowiowego uja, zamykając lasy i pozostawiając otwarte kościoły, zabraniając nam wychodzić z domu i jednocześnie odwiedzając cmentarze. Mniej więcej w maju przestałam śledzić jakiekolwiek informacje i odcięłam się od tematu tak bardzo, jak bardzo byłam w stanie. Moje zaufanie do osób, które karmiły mnie sprzecznościami było mocno nadszarpnięte. Jednocześnie, nie walczyłam o prawdę. Nie czułam się ograniczona, kiedy kazano nosić mi maseczkę. Nie walczyłam z ochroniarzem w drogerii, kiedy prosił, żebym zasłoniła usta i nos. Kiedy trzeba było – stosowałam się do zasad. I to wszystko.

30 października – w piątek- poczułam się osłabiona. Zaczęły boleć mnie oczy, głowa, stawy i miałam stan podgorączkowy, ale zwaliłam winę na fakt, iż wypizgało mnie dzień wcześniej na cmentarzu. Początek wyglądał jak paskudne przeziębienie, to wszystko.

Za to w sobotę zaczęła się jazda. Obudziłam się z takim bólem mięśni i stawów, jakby mnie ktoś zlał bejsbolem, a później przejechał walcem. Każdy minimalny ruch wywoływał u mnie dosłowne cierpienie. Gorączka skakała 37,5-39 stopni. Nie bolało mnie gardło, nie miałam kataru. Przy tym wszystkim miałam wrażenie, że każdy wdech kończy się w połowie dotychczasowych możliwości moich płuc. Gdzieś przez głowę przeleciał mi temat covidu, bo miałam kontakt z kilkoma osobami, które były zarażone, ale nadal wszystko wydawało mi się niemalże nierealne. Wieczorem straciłam węch. Kilka godzin później węch wrócił, a ja zwaliłam winę na psikusy mózgu. Do momentu, aż w niedzielę zniknął bezpowrotnie, w towarzystwie smaku.

Z dnia na dzień było coraz gorzej. Nie mogłam nabrać powietrza i cały czas kręciło mi się w głowie. Nie byłam w stanie zejść po schodach, bo czułam się tak, jakby ktoś odwirował mnie w pralce i postawił na ich szczycie. Każdy ruch palcem, każda próba wdechu była po prostu bólem. Każdy kaszel był uczuciem, jakby coś rozrywało mi klatkę piersiową.

Jednak z perspektywy czasu myślę, że nie objawy fizyczne były największym problemem w moim przypadku. W dobie totalnej dezinformacji, kilka razy przeleciało mi przez głowę, że nie wiem jak to się skończy. Nigdzie nie spotkałam się z rzetelnymi informacjami, nie potrafiłam odróżnić prawdy od fałszu. I cholernie bałam się o moich bliskich. Natychmiast, jak tylko źle się poczułam, odseparowałam się od dzieci i Grześka. I kiedy próbowałam nabrać oddech, zastanawiałam się, czy to jest już ten moment, w którym powinnam wezwać pogotowie i czy jeśli to zrobię, będzie mi dane jeszcze zobaczyć moich bliskich. Czułam się tak źle, że spałam po 16-18 godzin na dobę.

Dyrektorka w pracy zasugerowała, że powinnam zrobić test, żeby wiedzieli, jak powinni zachowywać się względem innych pracowników. W poniedziałek zadzwoniłam do lekarza i z nadanym numerkiem, doczołgałam się do punktu wymazowego. I tutaj zaczyna się opowieść właściwa.

2.11.2020r. miałam pierwsze podejście do wymazu, jednak okazało się, że punkt narzucił ograniczenie do 50 osób dziennie. Pojechałam do drugiego punktu, który – jak się okazało – już nie wykonywał żadnych testów. W ogóle. To wiązało się z koniecznością powrotu rano do pierwszego punktu.

Punkt był otwarty od 8, a ja zjawiłam się pod nim o 5.50 i byłam piąta w kolejce. Osoby przede mną powiedziały, że stoją już od 3.30 w nocy, żeby załapać się do limitu. Punkt wymazowy był zwykłym kontenerem, a czekać do niego trzeba było, ustawiając się w kolejce na dworze. Nie minęło 15 minut, jak ustawiło się za mną 30 osób. Musiałam usiąść na krawężniku, bo nie byłam w stanie ustać na nogach, o własnych siłach. Wielu ludzi siedziało na ziemi. Większość wydawała się być mocno chora. Po godzinie czekania, dokładnie o 7, z kontenera wyszła pani, która poinformowała nas, że… Oni już nie robią wymazów na skierowanie i musimy jechać do drugiego punktu, w którym dzień wcześniej powiedziano mi, że wymazów już nie realizują. Na co laborantka stwierdziła, że w takim razie ona nie wie… ale wymazów nie zrobi. Po godzinie czekania, wszyscy “puścili się” sprintem do samochodów i pojechali do drugiego punktu, w którym powiedziano nam, że… Oni wymazów nie realizują 😀 W tym momencie opadły mi ręce. Jedna z pielęgniarek dowiedziała się, że w nocy za szpitalem postawili kontener, więc może tam…

Tym razem byłam 21 w kolejce. Sytuacja ta sama, z tym, że przy udziale około 150 osób. Wszyscy byli już mocno zmarznięci i sfrustrowani brakiem jakiejkolwiek informacji. Wiele osób siedziała na ziemi. Ja podzieliłam się kocem z osobami, które ledwo stały na nogach. O godzinie 8, kiedy punkt powinien zostać otwarty… Nic się nie wydarzyło. Nikt nie przyszedł, nikt nie otworzył kontenera. Część osób zaczęła dzwonić do przyległego szpitala, część do laboratorium w Bolesławcu, które obsługiwało nasz punk, a ja zadzwoniłam na ogólnopolską linię covid, gdzie mnie poinformowano, że jedyny znany im punkt w moim mieście to punkt… numer jeden. A później zostałam spławiona, bo pani poprosiła, żebym poczekała na linii i czekałam… 10 minut. W szpitalu nic nie wiedzieli, natomiast w Bolesławcu powiedzieli… Żebyśmy przyjechali do nich. I szczerze, gdybym w tym stanie, w jakim byłam wtedy, jechała 40km do innego punktu, z moimi zawrotami głowy najprawdopodobniej dzisiaj rodzina wybierałaby mi urnę. W końcu ktoś w laboratorium stwierdził, że ok – oddelegują do nas laboranta, za godzinę. Po trzech godzinach czekania przyjechał laborant. Był sam, pobierał wymazy dokładnie w tej samej kurtce, w której przyjechał i w fartuchu (nie miał specjalistycznego kombinezonu), który cały czas mu się rozpinał i spadał. Miał jedynie maseczkę i okulary, był bez przyłbicy. W związku z tym, że nie miał nikogo do pomocy, wszystko szło bardzo długo i topornie. Wymaz wykonałam o godzinie 11, czyli łącznie po 5 godzinach czekania. Wiele osób nie załapało się, ze względu na limit 50 testów. Limit obowiązywał również dla osób, które chciały wykonać test prywatnie. Laborant powiedział, że ograniczenia zostały narzucone ze względu na braki kadrowe i fakt, że w kolejce do zbadania czeka 2,5 tysiąca testów. W związku z tym, na wynik trzeba czekać MINIMUM 7 dni.

Od dnia, w którym wykonałam test, została na mnie narzucona kwarantanna. Po tygodniu od pojawienia się pierwszych objawów, zaczęłam wracać do świata żywych. W tym czasie, co drugi dzień sprawdzało mnie wojsko lub policja. Czasami z zaskoczenia dzwonili do bramy, a czasami dzwonili na telefon, pytając jak się czuję, czy czegoś potrzebuję, czy mam należytą opiekę i czy ma mi kto zrobić zakupy.

Na wynik czekałam dokładnie 10 dni i otrzymałam go dzień przed zakończeniem kwarantanny. Był pozytywny, co niespecjalnie mnie zdziwiło. Największym absurdem w tym wszystkim był fakt, że przez cały czas dzieci mogłyby chodzić do przedszkola i szkoły, a Grzesiek do pracy. Kwarantanna została na nich narzucona dopiero gdy okazało się, że mam wynik pozytywny. To nic, że miałam wszystkie, książkowe objawy covid-19. Osoby, które miały ze mną wcześniej styczność, nie miały jakichkolwiek ograniczeń. Mój wynik został zaliczony do statystyk czwartkowych czyli… W momencie kiedy byłam już prawdopodobnie zdrowa, bo od pierwszych objawów minęło 14 dni.

Ale to jeszcze nie koniec historii… 😉

W piątek zadzwoniła do mnie pani doktor i powiedziała, że zalicza mi dziesięciodniowy okres oczekiwania do izolacji i od soboty (14.11) jestem wolna. To samo stwierdził sanepid, który zwolnił mnie z dalszej izolacji i narzucił 7-dniową kwarantannę na Grześka i dzieci. W międzyczasie, podczas rozmowy z panią z sanepidu, dowiedziałam się, że jest z innego działu, jednak wszyscy pracownicy zostali oddelegowani do pracy przy covidach i nie ma pojęcia, w co włożyć ręce, tak dużo mają pracy.

W niedzielę weszłam z ciekawości na moje konto zusowskie i okazało się, że została mi automatycznie narzucona izolacja do 21.11. A przecież ja miałam wracać do pracy następnego dnia! Zadzwoniłam na infolinię, gdzie nikt nie mógł mi udzielić informacji na temat mojej izolacji, ze względu na weekend. Zadzwoniłam na komendę policji, gdzie nikt nie mógł udzielić mi informacji na mój temat, bo piątkowe dokumenty z sanepidu jeszcze do nich nie dotarły. W końcu zadzwoniłam na numer alarmowy sanepidu w moim mieście, gdzie pani poinformowała mnie, że… w ogóle nie ma mnie w systemie. I że bardzo przeprasza, wie że takie sytuacje nie powinny się zdarzać, jednak nie jest to zależne od nich, a całą sytuację dopiero rozwiąże w poniedziałek rano. Na szczęście tego samego dnia, koło godziny 20, zadzwoniła pani z piątku (pozdrawiam!), która wyjaśniła mi, że jej decyzja jest aktualna i kwarantannę miałam do piątku. Jeśli będę miała jakiekolwiek pytania czy problemy, mogę dzwonić do niej i poprosić o pomoc.

Aktualnie, dalej widnieję w ZUS jako osoba na izolacji, bo jak się okazało ZUS, sanepid i lekarze mają trzy różne systemy. Nadal nie czuję wielu zapachów, smaków i jestem zmęczona.

Kolejnym absurdem jest to, że osoby, od których ja się zaraziłam, były dłużej na izolacji niż ja, a w niektórych przypadkach ta izolacja dopiero się kończy!

O podejrzeniu covid-19 nie wspominałam przez cały okres trwania choroby, bo zdawałam sobie sprawę z zawodności testów i obawiałam się fałszywego wyniku. Poza tym, niestety wiele osób uznawanych jest za korona celebrytów. Po nagraniu relacji na Instagramie pojawiły się osoby, które uważały, że zostałam opłacona przez rząd, udaję lub twierdziły, że nakręcam statystyki covidowe.

Dzisiaj wiem, jak bardzo jesteśmy niewydolni jako państwo. Nie ma w nas zaufania do rządu i ja w ogóle się nie dziwię. Nie po akcji zamykania lasów i wycieczek pana prezesa na cmentarz. Nie po tym, jak wiele firm zostało zamkniętych z dnia na dzień, a ludzie nie mają za co żyć. Nie w momencie, kiedy zamknęli cmentarze, ale pozostawili otwarte galerie. Nie po tym, jak zostawili ludzi na lodzie. Nie po tym, jak pracownicy medyczni, sanepidu i innych instytucji są przemęczeni, bo brakuje ludzi, informacji i systemu, który ogarnąłby ten bałagan. Nie po tym, jak ludzie umierają w domach, bo nie mają dostępu do lekarzy. Nie po tym, jak mój tato umarł w samotności, bo nie mogliśmy być przy nim w szpitalu, w ostatnich chwilach jego życia. Nie po tym, jak inne choroby zostały zdelegalizowane i został tylko wszechpanujacą koronawirus. Nie po tym, jak brakuje pieniędzy na wynagrodzenia dla ratowników, pielęgniarek i lekarzy, a rząd ogłasza przetarg na 300 limuzyn. Nie po tym, jak wielu zapomnianych ludzi, zamkniętych ze swoimi oprawcami, każdego dnia doświadcza przemocy w domach. Nie po tym, jak rząd pół roku przebimbał i w najmniejszym stopniu nie przygotował się na to, co właśnie się dzieje.

I dziękuję absolutnie każdej osobie, która brała udział w tej farsie i starała się mi pomóc w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

A teraz idę wybierać willę na Maledivach za rządową kasę 😉

Photo by engin akyurt on Unsplash

4 Komentarzy/e
  • Natalia

    Odpowiedz

    Ja się dowiedziałam, że kwarantanna i izolacja to są dwie różne rzeczy dopiero kiedy mój synek wylądował na kwarantannie, a ja mogłam sobie legalnie śmigać po mieście… To przekracza moje zdolności ogarniania rzeczywistości, naprawdę. Następnego dnia dostaliśmy negatywny wynik, więc teoretycznie kwarantanna się skończyła. Ale policja tego w swoim systemie nie odnotowała. Cyrk na kółkach.

  • Kasia

    Odpowiedz

    Ciężkie przejścia miałaś.. dobrze, że już z tego wyszłaś…! A tak poza tym całym absurdem związanym z naszą służba zdrowia…. to czy w ogóle ktoś dał ci wskazówki co masz robić przy tych dusznosciach? Czy tak trzeba przeczekać, zgłosić się do szpitala czy co? Bo każdy mówi o objawach A nikt o tym, jak wygląda leczenie q warunkach domowych i kiedy jest już ta granica, że trzeba się gdzieś zgłos

  • Majka

    Odpowiedz

    Ta historia mrozi krew w żyłach :O Trzymaj się… no i miłego pobytu na Malediwach 😀 Ludzie są chorzy i to bynajmniej nie na covid.

  • Marta

    Odpowiedz

    Nie straszny ten cały wirus tak jak straszna jest opieka w naszym Państwie jak straszna jest organizacją i jak strasznie kiedy człowiek zostaje sam ze swoimi problemami zdrowotnymi….
    Mam nadzieję że u Ciebie już wszystko dobrze.

    Ja walczę czy puszczać synka do przedszkola bo 5 tyg. nie był dla bezpieczeństwa…. I chciałabym i się boje…

Skomentuj

error: Content is protected !!