O tym, jak nas porwała komercja i jak (nie)spędziliśmy Walentynek.

725 Odczytano 1 Komentarz

Miały być zdjęcia, miało być miło, kolorowo i romantycznie. Wszystko zostało skrupulatnie zaplanowane, jednak Pan Tata elegancko wszystko zepsuł … 😉
A było tak…

W piątek postanowiłam odpuścić siłownię i wybrać się na zakupy. Małż zajął się Hanisławą a ja w euforii godziny- dwóch w samotności, by było szybciej, prawie wyskoczyłam przez balkon lecąc do samochodu. Powtarzając w głowie motto dnia, które dla łatwiejszego zapamiętania nazwałam ”3P” (przecier, pieczarki, papryka), pokonując barierę dźwięku i zwiększając nieco spalanie pomknęłam do najsłynniejszego w naszym mieście marketu. Zrobiwszy zakupy, wydawszy o wiele więcej niż powinnam, ruszyłam z prawie pustym koszykiem i prawie pustym portfelem do wyjścia. Po drodze rzuciło mi się w oczy stoisko z ciastami i prężące się na wystawie ptysie, bezy i inne nabijacze pośladków. W zasadzie z małżem ustaliliśmy, że walentynek w tym roku nie celebrujemy, ale ładne zdjęcie na bloga wyjdzie a i przyjemność rzeczonemu zrobię. Stoję przy tej witrynce i biję się z myślami „Ptyś za złoty pięćdziesiąt, czy wuzetka za trzy dwadzieścia?”. Jako, że na wuzetce ładniejsze serduszko, do zdjęcia ładnie będzie się komponowało z kaczuszką, którą kupiłam Hanisławie, pomyślałam „Niech ci będzie mężu mój jedyny” i wydziobałam z dziury w kieszeni te trzy dwadzieścia, inwestując w piękną fotorelację i ostatecznie przyjemność PT, przy okazji przeklinając komerchę i całą tą słodycz ociekającą, gdzie okiem sięgnąć. Po drodze zawiozłam mobila do myjni, wyszorowałam tak, że hakiem w podziękowaniu zamerdał i ruszyłam w drogę powrotną do domu, mocno stęskniona dwu-godzinną separacją z dziecięciem, trochę mniej z małżem. Weszłam do domu, rzuciłam wszystkie dwie torby, jedną od razu rozpakowałam, coby Pan Tata nie widział zawartości i w teatralnym geście podałam mu ciastko pytając:
– Zostaniesz moją Walentynką? – Już chciałam ciastko spod nosa zabrać, w końcu popatrzył, zjeść może później, teraz czas na sesję zdjęciową, gdy małż nagle zrobił minę Rocky’ego Balboa, wstrzymał oddech i z impetem przywalił przeżuwaczką w wuzetkę. Gdy przeszedł pierwszy szok, zszedł mi kolor purpurowy z twarzy, zdusiłam w myślach wszystkie panie lekkich obyczajów i męskie przyrodzenia, nie mogłam się nie roześmiać patrząc na debilny uśmiech Pana Taty, usmarowanego na całej facjacie kremem z ciasta.
Na zdrowie kochanie… 🙂
Tak więc moi drodzy, niestety zdjęcia nie będzie…

Z racji, że postanowiliśmy nie celebrować Walentynek tylko zrobić sobie w końcu porządną kolację, gdy Hanisława zaśnie, Pan Tata udał się na salę, by pograć w kosza, a ja podążyłam tam, gdzie moje miejsce, czyli do kuchni. Wrzucając na pizzę wszystko, co mi wypadło z lodówki (zatrzymując się chwilę przy parówce, jednak nie dlatego, że to parówka i nie nadawała się na pizzę, tylko po prostu zaczęła mrugać okiem i szczerzyć kły- do śmietnika), odliczyłam czas do przyjścia Walentego, nastawiłam piekarnik i udałam się pod prysznic. W końcu to Walentynki. Umyłam co trzeba, pachy ogoliłam, pewnie będzie seks. Może nawet z całowaniem? Obwąchałam koszulkę pod pachami, jeszcze dzień pochodzić można, z resztą zatuszuje się dezodorantem. Dresy zmieniłam na inne dresy, plama po dziecięcym ulaniu nie jest reprezentatywna. Chuch sprawdzony- ujdzie, niestety czasu na szczoteczkę i pastę nie starczy, słychać kroki na schodach. Dwoma susami pokonałam dwa susy do salonu, odpaliłam świeczki, strzeliłam naszą weselną piosenkę, wykrzywiłam twarz w uśmiechu- małż wszedł.
– Łaaaaał!
– Cieszę się, że ci się podoba, gaszę świeczki bo mi szkoda.- poszłam wyciągnąć pizzę z piekarnika, Pan Tata udał się do łazienki (przecież mówiłam, że dżem truskawkowy jest zepsuty, nie chciał słuchać, no to ma!).

Dalsza część wieczoru upłynęła miło. Obżarci po kolacji (ciepłej+ razem+ nieprzerywanej przez nic!), wywaliliśmy się do góry maćkami na dywanie, delektując się wieczorem, filmem i odpoczynkiem.

Przemyślenia Walentynkowe:

1. Walentynki, „święto” komercyjne ale jednak trochę miłe. Pretekst do dobrej kolacji, wyjścia do kina, podrzucenia dziecka dziadkom i zjedzenia ciepłej kolacji.

2. Jeśli żona/dziewczyna/sympatia mówi, że ona Walentynek nie obchodzi, zapewne myśli wtedy „Ale jak pójdziesz na tego kosza to ci łeb ukręcę”, „Jednak na kwiatka możesz wyżulić te 5 złotych, albo przynajmniej 3!” i inne analogiczne do sytuacji teksty.

3. Pamiętajcie, by dzień przed Walentynkami ogolić nogi i pachy, wtedy może starczy wam czasu na zęby (znane z autopsji).

4. Najlepsze Walentynki to dzieci. Hanisława skorzystała na tym „święcie” najlepiej, oprócz kaczuchy zarobiła rybkę do kąpieli i buty (hell yeah!).

5. W Walentynki nie ma, że boli głowa, że okres i kot zdechł rok temu. Nie odmawiajcie seksu swoim drugim lub trzecim połowom

6. Jeśli już wyrzygacie trzy dwadzieścia na wuzetkę, najpierw zróbcie zdjęcie, później dawajcie lubemu/lubej :).

1 Komentarzy/e
  • Nowa w wielkim mieście

    Odpowiedz

    „Weszłam do domu, rzuciłam wszystkie dwie torby, jedną od razu rozpakowałam, coby Pan Tata nie widział zawartości” – czyli nie tylko ja mam tak, że chowam zawartość na później 😉 To tak zwana kwarantanna ubrań w szafie, co nie? 😉 Jak mąż się m-c później pyta, czy nowe, to śmiało prawdę mówisz, że stare, daaawno kupiłam 🙂
    A Walentynki fajnie spędziliście, przynajmniej jest – tak jak mówisz, pretekst do ciepłej kolacji, seksu i golenia, no i jeszcze do wyciągnięcia setek świec, które zbierasz przez te lata 🙂 My w tym roku będziemy mieć pierwsze Walentynki z dzieciątkiem. Ciekawe czy Aniołek pozwoli nam na romantyczny wieczór?

Skomentuj