Obserwacje pospacerowe.

936 Odczytano 2 komentarze

Niedziela. Kiedyś nie lubiłam tego dnia, bo przyjemność weekendu zasłaniała myśl, że nazajutrz trzeba do pracy. Teraz robotę mam 24h/dobę, szef wymagający ale praca dobrze płatna. Szef pozwala na trochę więcej niż ten w normalnej pracy, generalnie nawet udaje mi się ostatnio przyciąć komara po 16-tej. Można powiedzieć, że zarabiam KUPĘ uśmiechów, buziaków i innych ckliwych dziecięcych czynności. Pomiędzy trzecim kęsem kanapki z białym serem a goleniem nóg, postanowiłam przelać na klawiaturę moje dzisiejsze pospacerowe obserwacje.

Dzisiaj wybrałyśmy się z Hanisławą na dwór. Na szczęście obyło się bez wzywania przez sąsiadów opieki społecznej, bo zazwyczaj dziecię sprawdza możliwość swoich płuc podczas wbijania w kombinezon, tłukąc szklanki głosem niczym samuraj. Po wpakowaniu młodej do wózka, zainstalowaniu wszystkich zabawek, zrobieniu naleśnika z kocyka, wyszłyśmy. Podobno większość dzieci zasypia od razu po przekroczeniu drzwi klatki schodowej. Hania niestety jest wyjątkiem od tej podobności, twarda zawodniczka trzyma czasami nawet 15-20 minut (o ile oczywiście w ogóle zaśnie).
Wystawiłyśmy nosy poza czeluści naszej Orzechowej klatki i pierwszy powiew wiatru rozwalił moją układaną przez godzinę fryzurę a la sexy mama. Pan Tata zainwestował w super fantastyczną suszarko- lokówkę dla mnie. Polecało mi ją 5 osób, twierdząc, że super, że czesanie zajmuje kilka minut i w ogóle …uje muje dzikie węże, pewnie jakiś procent za reklamę mają. Jęczałam przez miesiąc, że będę grzeczna, naczynia umyję i nawet częstotliwość pożycia małżeńskiego się zwiększy, bo czas przeznaczony na czesanie to w inny sposób można spożytkować, a tak w ogóle to ja chcę być sexy mama.
Z tą sexy mamą to się Cichopkom i innym M jak Miłościom coś popieprzyło, albo mają 3 opiekunki+ makijażystka. Rano, kiedy podejmuję próbę doprowadzenia się do porządku, 5 razy w ciągu 3 minut wylecę z łazienki ze szczoteczką w paszczy, bo dziecko a to beknie, a to orzyga rodzicową pościel, domaga się cyca akurat 5 razy w ciągu tych 3 minut lub po prostu chce mi coś powiedzieć. Jak wiadomo, kiedy Hanisława mówi, trzeba słuchać, inaczej rabanu do czwartego piętra narobi. Pół dnia chodzę z jednym pomalowanym okiem, bo gdy się zabieram za drugie to akurat trzeba dziecku tyłek umyć i zapominam o nieskończonym makijażu. Nie daj Boże ktoś wpadnie to pomyśli, że niedorozwinięta albo mąż leje, bo zatuszować dowody chciałam.
W końcu Małż się ugiął i suszarka trafiła do mnie w sobotę. Pierwsza próba czesania dzisiaj skończyła się wkręconymi włosami, których ilość zmalała co najmniej o 1/5, siarczystymi „K” i czarną magią rzuconą w stronę ów urządzenia i tak w ogóle kupa. Jeszcze kilka czesań a częstotliwość naszego pożycia zmaleje, zamiast wzrosnąć albo suszarka pójdzie w cholerę tam, skąd przyszła. Pan Tata jeszcze na szczęście o tym nie wie..

Obrałyśmy z dziecięciem najbardziej dziurawą osiedlową drogę, sprawdzając możliwości zawieszenia wózka, coby małą wybujało. Kilka zakrętów później dziecię zaczęło się nudzić i puszczać bańki ze śliny, w rezultacie czego skończyło się to potokiem wypływającym z ust. Stwierdziłam, że tetrówka do wycierania jest przemoczona po 5 minutach i następnym razem przywiążę małej słoiczek do szyi. Kilka uśmiechów, trzy wygugane zdania, jedna kupa na moim bucie i kole od wózka później, przyznałam córce srebrny medal za wytrwałość w niezasypianiu, po czym ta zadowolona z wygranej odpłynęła, a ja miałam czas na obserwację otoczenia.

Obserwacja nr 1.

Albo ja jestem nieprzystosowana, albo reszta rodziców/dziadków. Na dworze temperatura +11, a dzieciaki w innych wózkach w grubych kombinezonach + ocieplane śpiwory+ Bóg raczy wiedzieć co pod tymi kombinezonami. Generalnie wyglądają jak terroryści, którym wystają tylko oczy. Ruszyć się nie mogą, aż strach pomyśleć, co będzie gdy takie szczęście zacznie noga albo prawy pośladek swędzieć. Szybkie spojrzenie na Hanisławę (body długi rękaw+ bluza+ kombinezon+ cienki kocyk), kontrola plecków i zmiana kierunku jazdy. Jeszcze mnie posądzą o znęcanie się nad dzieckiem, lub zaniedbanie.

Obserwacja nr 2.

Małżu, to jest apel do Ciebie. Mamy najbrudniejszy samochód na osiedlu! Zrób coś z tym (pomijając słowo „olej”).
Koniec obserwacji.

Obserwacja nr 3.

Wózek Haniutka żyje własnym życiem. Jedno kółko centruje, coś tam piszczy, jest ciężki jak cholera i lepiej zrzucić go z balkonu niż tachać z naszego parteru, czasami dudni jak Antonov ale generalnie jest OK. Przede wszystkim jest DUŻY. Hanisława może tam tańczyć, ćwiczyć jogę i zapraszać koleżanki a ja mogę założyć domowe przedszkole i wszystkie dzieci wozić jednym pojazdem. Zerkam na mobile innych rodziców i stwierdzam, że obecnie dużo osób lubuje się w trzykołowych, samojeżdżących, 6-cio biegowych i inne szmery bajery wózkach. Dzieci są w nich poskręcane jak moje jelita w czasie ciąży, zero możliwości ruchu. Ni to się podrapać, ni to palca do nosa włożyć. Nie daj Boże takie dziecko kupę zrobi to z wózka wypadnie. I to tłumaczy, dlaczego dzieci śpią na spacerach. Nie ma taki brzdąc jak ruszyć którąkolwiek częścią ciała to idzie w kimono. Hanisława wiecznie kręci czachą jak na koncercie Metallicy i macha rękami, próbując zjeść rękawiczkę.

Obserwacja nr 4.

Kiedy tylko topnieje śnieg, na chodnikach ukazują się poradzieckie miny. Miny mają daleki zasięg rażenia, zwłaszcza jak się wdepnie w nie butem z „traktorem” pod spodem. Ciągnie się później taki zygzak za nami przez pół osiedla, a w domu pachnie psim odchodem, jeśli taka osoba w porę nie spostrzeże się, że padła ofiarą niewychowanych chamów, którzy uważają, że chodniki to miejski szalet. Nóż się w kieszeni otwiera i zastanawiam się, jaka byłaby reakcja takiego właściciela czworonoga, gdybym wystawiła dziecko dupą nad chodnikiem, coby pampersa nie brudziło. Jemu szkoda woreczka, mi pieluchy. A chooj !

Obserwacja nr 5.

Na spacery nie mogę brać karty kredytowej/debetowej.
Od pewnego czasu, wychodząc z młodą na spacery, zabieram tylko kilka drobniaków, gdyby akurat mi koza z nosa wyszła a chusteczki higieniczne się skończyły. Jako mama na pełny etat i z dziecięciem, które nie cierpi butelki i innych kubeczków, jestem totalnie uziemiona. Każde wyjście jest wydarzeniem i gdy tylko mogę wejść do sklepu, pooglądać, pomacać i powąchać te wszystkie ładne, niepotrzebne mi rzeczy, karta kredytowa sama wyskakuje na ladę. Wracam później do domu z piętnastą parą skarpetek dla Hani, trzydziestym antyperspirantem dla Małża itp. Stąd decyzja o niebraniu pieniędzy plastikowych. Jedyne, co mogę teraz robić to przykleić się nosem do witryny, lub szaleć na zakupach do 10 złotych…

Na dziś finito.
Pozdrawiam, ciało.

https://www.facebook.com/nieidealnamatka

2 Komentarzy/e
  • ~mamajagody

    Odpowiedz

    ooo kupy takk. zawsze wracam z jakas pod butem. a taeraz kiedy moje dziecko jest mobilne postanowilo wszystkie kupy osiedlowe zaliczyc nowymi butkami.
    zycze wszystkim wlascicielom co nie sprzataja kupek by ich psy dostały mega beigunki na kanapie w domu.

  • Nowa w wielkim mieście

    Odpowiedz

    Ja też reklam się naoglądałam i od męża lokówko-suszarkę wyżebrałam. I badziew taki że strach! Albo moje włosy jakieś oporne na skręcanie, prostowanie 🙂
    A obserwacje ze spacerów bardzo trafne 🙂 Tutaj w Irlandii polskie dziecko można poznać po tym, że na polu wiosna, a ono w szaliku, czapie grubej i kurtce puchowej i ledwo się rusza, a irlandzkie dzieciaki biegają w krótkim rękawku!

Skomentuj