Paradoks.

2050 Odczytano 0 Komentarzy

Spoglądam na nie i myślę, że to całe macierzyństwo jest niesamowite. W całej swojej nieidealnej istocie, kunszcie, z którym tworzę największą wartość świata – człowieka.

Lepię je od dnia narodzin, wpajając wartości, którymi będą kierowały się przez całe życie. Uczę stawiać pierwsze kroki, wypowiadać pierwsze słowa. Prowadzę za rękę, podnoszę po upadku. Tylko ode mnie zależy, w którą stronę spojrzą, którą drogą pójdą. Tylko ode mnie zależy, czy nauczą się szacunku do drugiego człowieka, asertywności i wytrwałości. Czy ich poczucie własnej wartości będzie na tyle silne, by pierwszy lepszy podmuch wiatru nie położył ich na kolana.

Powtarzając wers pierwszy, to macierzyństwo jest niesamowite.

I to bynajmniej nie z mojej strony, bo ja aktualnie robię na taśmie rodzicielstwa, próbując przetrwać od 8 do 16 z dwójką dzieci na stanie i pracą własną, której odłożenie na później ujmie w oczach klientów. Bo oprócz bycia mamą, próbuję odnaleźć się w rzeczywistości tworzenia własnej marki odzieżowej. A do tego moje trzecie dziecko, zarejestrowane pod tą domeną, nieprzerwanie potrzebuje bliskości.

Coś, co mnie od lat fascynuje w macierzyństwie, w tych dwóch małych istotach, przyklejonych do mojego życiorysu już nierozerwalnie, to fakt umiejętności wybaczania.

Bo ilość fakapów, które ostatnio popełniam są wystarczającym powodem, by wysłać mnie na rodzicielskiego karnego jeżyka. Każdego wieczoru zasypiam z myślą, dlaczego oni jeszcze nie wysłali mnie w kosmos. Albo w cholerę – to w przypadku Grześka.

Ale już dążę do wyjaśnienia tej mojej małej fascynacji. Wiecie co podziwiam w dzieciach? Że kiedy nakrzyczę na nie – a zdarza mi się, powiem kilka niemiłych słów, typu „oddaj tableta”, lub wyślę do gabinetu, próbując utrzymać nerwy z daleka od ich kruchej psychiki, po pięciu minutach potrafią przyjść i się przytulić, jakby nie pamiętały pogromu zasianego chwilę wcześniej. Siadają na kolanach, uśmiechają się z tą swoją całą dziecięcą miłością i ufnością. I są. Tak po prostu. A wieczorem przed snem taka sześciolatka (bo ta druga kocha tylko dinozaury i Zygzaka McQueen’a), mówi do ucha, że jestem najlepszą mamą na świecie.

Rozumiecie paradoks? Po tym szlabanie na słodycze, po pogadance o tym, że drewniany kołek zdecydowanie nie nadaje się do sprawdzania twardości czaszki siostry i obustronnym darciu mordy – ja jestem najlepszą mamą na świecie. One nie skupiają się na incydencie, nie definiują nas jako osoby po jednym błędzie. A tych popełniamy mnóstwo. Tak, jakby wiedziały, że błędy się zdarzają. I najważniejsze, w tych naszych błędach, rodzicielskich fakapach, jest wyciąganie jakichś wniosków, dążenie do samoregeneracji. Reperowanie siebie. Bardzo łatwo jest popełnić błąd. Gorzej z przyznaniem się do niego – przede wszystkim przed sobą samym i praca. Niekiedy bardzo ciężka.

Bardzo lubię to dziecięce myślenie przenosić na relacje dorosłych. Dorosłych, którzy analizują, rozpamiętują, wypominają. Dorosłych, którzy nie potrafią powiedzieć „No trudno, stało się” i iść dalej, bez odgrzewania kotletów przy byle spornej okazji. Bez starych przebojów, granych w małżeńskiej kłótni.

I to całe rodzicielstwo właśnie, jest rzeczą przewrotną. O tyle przewrotną, że to my powinniśmy czasami pochylić się nad mądrością naszych dzieci. Czystych, nieskażonych żadnymi złymi wzorami, naleciałościami czy przykładami dorosłych.

Kiedy zapytam, czego chcecie dla swoich dzieci, zapewne padną trzy odpowiedzi: zdrowia, szczęścia i żeby były dobrymi ludźmi. A paradoksalnie często to my niszczymy w dzieciach to, co jest dobre, wyrabiając w nich pewne nawyki.

To takie dziwne, że mamy potrzebę naprawiania czegoś, co jest doskonałe. Że zamiast uczyć się od mistrzów prostoty, kochania i wybaczania, próbujemy zmienić ich myślenie i nawyki.

Co o tym myślicie?

0 Komentarzy/e

Skomentuj

Facebook