Parówki, razy dwa.

1932 Odczytano 4 komentarze

Zastanawiałam się ostatnio, proszę Was, czy zakupy z dziećmi to jakaś kara za grzechy. W sensie, czy ten pączek zjedzony przed snem i ta chwila samotności w toalecie, z kluczem przekręconym w drzwiach, albo tym pierdolnikiem, co to się go da przekręcić śrubokrętem z drugiej strony, jeśli mi się w głowie poprzewraca i siedzę na tronie o trzy minuty za długo, jest powodem do tego, żeby tak sromotnie biczować biedne matki, za pomocą bagietki z czosnkiem.

Chociaż w sumie, to byłby dobry sposób na internetowych hejterów. Na przykład, lokalizujesz taką osobę, która na wstępie w komentarzu rzuca mi na biurko usprawiedliwienie „Z takim ryjem nie powinnaś pokazywać się światu. To nie hejt, tylko troska o twoje dobre samopoczucie” a później jakiś kumaty sędzia w ramach prac społecznych, wysyła gostka na zakupy z trzylatką i pięciolatką pod pachą. Głównymi założeniami byłyby: nie zrobić sobie ani dzieciom krzywdy i wyjście ze sklepu jedynie z tym, co zawiera lista zakupów, pozycji dwadzieścia pięć.

No ale, póki nasze prawo kuleje w tej sprawie na obie nogi, a w sumie to ma je amputowane na poziomie miednicy, w roli głównej postawmy jakąś matkę.

To jest, proszę Państwa, klasyczny przykład matki utrapionej dwu i pół latką.

Wchodzi taka matka do sklepu, dajmy na to sieciówki, z owadem w logo i od samej bramki ma już teścik na cierpliwość, bo okazuje się, że z małych blond łepetynek wyrastają rogi. Dziecko numer jeden, niech to będzie wspomniana pięciolatka, przechodzi elegancko przez obrotową bramkę, przy czym nie ogarnia, że zasada przechodzenia przez tego typu ustrojstwo polega na wydobyciu się z drugiej strony, a nie na zatrzymaniu na barierce. Okazuje się, że bramka wcale nie kręci się wstecz i jedyny sposób na pokonanie przeszkody to rozkręcenie metalowej konstrukcji.

Nie zapominajmy przy tym o dziecku numer dwa, niespełna trzylatce, która po przyblokowaniu siostry bramką postanowiła przejść przez otwór dla wózków. Próbujesz uwolnić jedno dziecko zakleszczone w bramce i przytrzymujesz drugie za kaptur, żeby nie rozjebało sieciówki, albo co najmniej działu z pieczywem.

Drugi etap to znalezienie koszyka. Podkręćmy trochę stopień trudności i dajmy na to, jest sobota i musisz mieć dwa koszyki dla każdego dziecka, inaczej się pozabijają. Jak wygląda sobota, zwłaszcza przed niehandlową niedzielą – każdy wie. Ludzie wybiegają z domów jak dziki na żer i robią zapasy na trzy tygodnie, jakby to miał być, kurwa, koniec świata. Bunkrują później wszystko w lodówkach, a w czwartek okazuje się, że szynka zbiegła sama z półki, robiąc linę z oślizgłych parówek. No bo po co komu pięćset gram Sopockiej, żeby przeżyć niedzielę?

Wróćmy do naszego bohatera. Prosi młodsze dziecko, żeby żołnierskim ślizgiem przeczołgało się do ostatniej kasy, gdzie ostał się ostatni wolny koszyk. Daje na drogę mapę i buchniętą z półki bułkę, całuje w czoło i dzierga na ręce numer do rodzica, w razie zaginięcia w akcji. Pięciolatka wraca po trzech dniach w potarganych ubraniach i ze stratami moralnymi nabytymi na dziale z laleczkami LOL i srajtaśmą w jednorożce. Najważniejsze, że niczym bohater narodowy, z koszykiem a nie w.

Po czterdziestu minutach od wejścia, z dwójką dzieci, z czego jedno ma przetrąconą moralność, a drugie kręgosłup obrotową bramką, dwoma koszykami nabytymi w ramach spokoju psychicznego i mokrą z potu dupą, bohaterka może przystąpić do nabywania towaru. I tutaj zaczyna się zabawa w kreatywność, bo sklep z owadem już na wstępie, obok stoiska z pomidorami ulokował krainę rozpusty o nazwie „Zróbmy sobie cukrzycę”. Nasza bohaterka, w sensie matka, próbuje niezauważenie przejść obok słodyczy, jednak nagle zderza się ze szklaną ścianą fal dźwiękowych, w postaci dziecięcych krzyków.

No i tutaj następuje konkurencja, polegająca na wyciąganiu słodyczy z koszyków na czas i dopasowywanie ich do reszty na półkach. Tempo wrzucania atrybutów przez dzieci do koszyków jest równe prędkości światła, pomnożonej przez ilość włosów wyrwanych z głowy matki, do potęgi litrów wina, wypitych na otarcie łez.

Kiedy matka w asyście dwóch terrorystów przedrze się przez gąszcze M&M-sów i Mamby, spozierających z półek następuje coś, co w końcowym etapie wyprawy sprawi, że ta będzie ciągnęła po ziemi rękami, na wysokości łokci. Rozpoczyna się walka o parówki. Chcąc wyposażyć domową lodówkę w mały zestaw Beara Gryllsa, czyli coś na wzór „Szkoły Przetrwania” matki trzy i pięciolatki, w składzie parówki i kabanosy, na wypadek wybuchu małego głodu, następuje runda finałowa KSWSP (Konfrontacja Sztuk Wyrywania Sobie Parówek).

W prawym narożniku widzimy Nadię aka „Szkodnik”, wiek dwa i pół roku, waga schabowa. Jej mocną stroną jest piąstkowanie w bark siostrze i wyrywanie lalek Barbie do upadłego. W lewym narożniku jest Hanka aka „Hanka Chuliganka”, wiek pięć lat, waga super śmieszna. Mocne strony to pisk i smarkanie na odległość.

Walka rozpoczyna się wyrywaniem sobie produktu i okrzykami bojowymi „ja wrzucę!”. Kolejny etap to pisk i sprawdzenie sprawności przeciwnika, poprzez przeciąganie paczki z parówkami na swoją stronę.

W rezultacie, nasza matka musi wziąć dwa opakowania parówek, dwa pomidory i przestaje być eko friendly, kiedy ziemniaki pakuje do dwóch różnych jednorazówek. Na dodatek zostaje alkoholiczką, kiedy musi kupić dwie butelki wina.

Kiedy nasz okaz doświadczalny zmierza w kierunku kasy, okazuje się, że jakiś c*uj postawił na wysokości kas miejsce rozpusty każdego kilkulatka, zawierającego wszystkie atrybuty „chcę to”. Niewystarczającym okazuje się pytanie: „A wiesz w ogóle co to jest?”, na które zazwyczaj pada odpowiedź: „Nie ale chcę to”. I tak oto w koszach obok syryjskiego uchodźcy, dziurawych skarpet dziadka Zenka i wiertła do wykopów jądra ziemi, ląduje nasza asertywność.

W momencie dotarcia do kasy, przeciętny rodzic kończy zakupy z nabytą nerwicą natręctw („nie ruszaj!”), zespołem Touretta (kompulsywne ruchy głowy i niekontrolowane łapanie za kaptur spadającego z regału dziecka), znaczącym debetem na koncie i zaawansowanym alkoholizmem.

Pozdrawiam Panią Kasjerkę, która spoglądając na dwie butelki wina, westchnęła pod nosem „Jak ja dobrze panią rozumiem”.

Peace.

4 Komentarzy/e
  • Ania

    Odpowiedz

    Ohh, jak ja to dobrze znam.. Rety, jakbym czytała o sobie! Cierpliwości, Matko! ♥️?

  • Monkalisa

    Odpowiedz

    ok kochana ja ma w domu dwóch chłopków 5 i 2 lata i zakupy to największy koszmar … baaa zakupy wyjazdy zwiedzanie cokolwiek nawet głupi spacer pod blokiem okazuje się nie lada wyzwaniem hehe … mało tego moja cierpliwość jest ma tym już poziomie ze mam ws d… na tych co patrzą i komentują , oni nie żyją ze mną oni ze mną nie spożywają posiłków nie myją dzieci oto

  • chlebak drewno

    Odpowiedz

    samo życie… niesamowicie opisujesz codzienne sytuacje.
    Najważniejsze to nie przejmować się tym, co ktoś sobie pomyśli jak stanowczo i w miarę łagodnie mówisz dziecku „nie kupię Ci tej zabawki/czekolady”

  • taka sobie

    Odpowiedz

    Ja uwielbiam zakupy z moją 3,5 latką. Ma swój portfelik, tam oszczędności i ma prawo coś sobie za nie kupić. Przed wyjściem ustalamy ile rzeczy może wziąć i jakiego rodzaju.
    Czasem muszę dyscyplinować ją, że jest za dużo w koszyku, ale odkłada. Chętnie zdejmuje zakupy z półek i wkłada do koszyka, wykłada na taśmę, ciągnie koszyk itd. Problemy mam wtedy kiedy nie dam się jej angażować.

Skomentuj