Pewien wstydliwy fakt o mnie, nad którym zaczęłam pracować. (Historia pewnej Lukrecji).

1722 Odczytano 1 Komentarz

Kiedy siadam rano do komputera, zaraz po tym jak wyszykuję do przedszkola dzieci i wciągnę do domu ciężkie siaty ze spożywczaka, pociągam łyk kawy i z niepokojem stwierdzam, że zostało mi za mało doby na wszystkie zadania, jakie zesłały mi własna działalność i próba wprowadzenia dzieci do wielkiego świata. Mam przy tym niewielki dysonans, bo razem z nadejściem moich dzieci, ktoś zapomniał dorzucić mi kilka godzin na ogarnięcie codziennego życia. I tym sposobem, kiedy wieczorem małe główki przylgną do pachnących snem poduszek, a ja mogę zacząć dorosłe życie, nagle okazuje się, że ktoś niespodziewanie odłączył mi zasilanie.

To niestety wiąże się z pewnym wstydliwym faktem. Nie czytam książek. Nie żeby specjalnie, nic z tych rzeczy. Próba zatopienia wzroku w wielu literkach, jedna obok drugiej kończy się u mnie zazwyczaj na dwa sposoby. Zasypiam po pierwszej stronie, wykończona trudami dnia codziennego i próbą ogarnięcia macierzyństwa, lub nudzę się gdzieś w połowie twórczości i odkładam ją „na później”, zaczynając kolejną książkę, którą również odkładam na bok, w niedługim czasie. O ile pierwsza rzecz jest całkiem zrozumiała, bo nie pamiętam też, kiedy ostatnio udało mi się obejrzeć cały film w ramionach męża, o tyle druga ma bardziej złożone dno. Odkąd zaczęłam pisać swoje teksty, ciężko mi przebrnąć przez wiele publikacji. Nie wiem, z czego to wynika, bo kiedyś książki łykałam po kilka sztuk miesięcznie.

A fakt ten jest dla mnie wstydliwy z jednego powodu. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dzieci naśladują. Patrzą na nas dorosłych, uczestnicząc w jakimś cichym kursie wychowania i powielają nasze zachowania – te dobre i te złe. Wszystkie nasze czyny mają swoje odzwierciedlenie w czynach tych małych ludzi, więc wcale mnie nie dziwi, że moje dzieci wolą złapać za tableta lub telefon, kiedy widzą, że mamusia i tatuś spędzają przed szklanymi ekranami większość swojego życia. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że z elektroniki korzystam jedynie w ramach pracy, która zajmuje mi średnio 10 do 12 godzin w ciągu dnia.

Jako, że staram się grać uczciwie w macierzyństwo, wyciągając z dzieci to co jest najlepsze i starając się iść z nimi ramię w ramię, postanowiłam wrócić do dobrych nawyków i od kilku miesięcy namiętnie pochłaniam wszystkie książki, które wpadają mi w ręce. Wyłączam telefon, zamykam klapę laptopa i w ciszy celebruję każdą literkę, którą napotka mój wzrok.

Kiedy dostałam propozycję przeczytania przedpremierowo „Lukrecji”, w pierwszej w głowie zadzwoniła mi myśl, że nie mam czasu. Że mój grafik dnia jest tak napięty, jest tyle nieprzeczytanych książek dla dorosłych, tyle metrów kurzu do wytarcia i podłóg do umycia, że kolejna pozycja w nim będzie przysłowiowym gwoździem do trumny mojego zawalonego umysłu. Po chwili jednak pomyślałam, że odkąd pamiętam chciałam pracować z książką, z tekstem i słowem pisanym. Że moim niespełnionym jeszcze marzeniem jest własna powieść, a czytanie książek i następnie opowiadanie o tym, jest spełnieniem dziecięcych pragnień. Poza tym, to kolejna okazja do wspólnego spędzania czasu z dzieckiem, na czymś bardziej pożytecznym niż Kucyki Pony.

Pamiętacie „Mikołajka” – niesfornego chłopca, który przeżywał mnóstwo przygód? Albo Lucky Luke, który strzelał do kowbojów na dzikim zachodzie? Rzecz, która bez wątpienia łączy Mikołajka, Lucky Luke oraz Asteriksa i Obeliksa to fakt, że wszyscy byli płci męskiej i powstali pod piórem Rene Goscinnego. Prawie 60 lat od powstania cyklu powieści o „Mikołajku”, córka Rene – Anne Goscinny wydaje pierwszą książkę skierowaną dla dziewczynek.

„Lukrecja” to historia 12 – letniej Lulu, dziewczynki, która jest przekonana, że jej życie jest pełne katastrof. Osobiście uśmiechałam się, czytając o pierwszych poważnych „dramatach” wieku nastoletniego. Pierwsze przyjaźni, pierwsze miłości, młodszy irytujący brat, konflikty z rodzicami, żółw, który miał być psem… Gdzieś tam z tyłu głowy zakiełkowała mi myśl, że chciałabym by moim największym życiowym problemem był wybór imienia dla żółwia i próba wyhodowania fasoli na zajęcia z wiedzy o ziemi. Dwadzieścia lat temu ja również błagałam mamę o psa. Dostałam papugę.

„Lukrecja” z pozoru jest książką dla starszych dzieci, jednak Hania pochłania ją wieczorami z zainteresowaniem. Jest napisana bardzo prostym językiem, historia jest opowiadana z perspektywy głównej bohaterki. Wbrew pozorom, jest to fajna pozycja również dla rodziców, do wspólnego czytania z dzieckiem. Pomaga nam wejść w skórę córki, przypomnieć sobie, jakie uczucia towarzyszyły nam kilkanaście lat temu. Często w biegu dnia codziennego nie skupiamy się na uczuciach – zwłaszcza naszych nastolatków, uważając, że „jakie oni mogą mieć problemy?”. Okazuje się, że praktycznie takie jak my dorośli, z tą różnicą, że problemy są proporcjonalne do naszego wieku.

Książkę znajdziecie m.in. w sieci księgarni Empik.com od 02.10.2019r.

W książce znajdziemy sporo obrazków, które idealnie wspomagają wyobraźnię.
Lulu to 12-letnia dziewczynka, która przeżywa pierwsze młodzieńcze „dramaty”.
Czcionka w „Lukrecji” jest duża i łatwa do czytania.
1 Komentarzy/e
  • Kasia

    Odpowiedz

    U nas mąż chętnie czytał chłopakom Mikołajka, bo mu się też podobało. Ale niestety wszystko już mają przeczytane z tej serii 😀

Skomentuj