Retrospekcja.

1000 Odczytano 0 Komentarzy

Istnieje jedno słowo, które wywołuje u mnie dreszcz niepokoju. Słowo, mające za zadanie zburzyć mój poukładany światopogląd. Bo pewnie jeszcze nie wiecie, ja w życiu muszę mieć wszystko, co do centymetra. Chodzę z wewnętrzną linijką i mierzę wszystko, analizuję, rozmieniam na drobne. Taka wewnętrzna nerwica natręctw.

Nie lubię życiowych niespodzianek, również tych z okazji czegoś. Jeśli ktoś chce mnie w ramach niespodzianki gdzieś zabrać, w pakiecie z prezentem może podarować mi tygodniowy turnus w szpitalu psychiatrycznym. Wkurwia mnie niesamowicie fakt, że nie wiem, co mnie czeka. Niespodzianki to już prawdziwy psychologiczny hardcor i wywołują konieczność wyjścia ze strefy bezpieczeństwa, z której niekoniecznie mam ochotę wybywać. O spóźnianiu się i niezapowiedzianych wizytach nie wspomnę.

Równie dobrze, możecie wypchnąć mnie niezapowiedzianie z samolotu, krzycząc chwilę wcześniej, że spadochron otwiera się czerwoną linką, lub oblać wodą, w środku nocy. Obie sytuacje zapewne skończą się dla Was permanentnym banem, na oddychanie tym samym powietrzem, co ja. Niezapowiedziana wizyta też.

A wspomniane słowo to…

Spontaniczność.

Jeszcze rok temu moja spontaniczność ograniczała się do nagłego zaśnięcia, podczas wieczornego oglądania filmu.

Ja wszystko muszę mieć przemyślane, zaplanowane i to najlepiej w dwóch wariantach, na wypadek niepowodzenia jednego z nich. Dodatkowo, jeśli coś nie wypali, klient odwoła współpracę, koleżanka spotkanie, auto nawali, dziecko się rozchoruje – swój nastrój przez kilka godzin zeskrobuję ze ściany, w którą walę głową w razie niepowodzenia. Kiedyś terapeutka powiedziała, że to „wina” tego, że dążę do celu i zrobię wszystko, by go osiągnąć. Nie ważne, czy celem jest ugotowanie ziemniaków, czy zarobienie miliona. Zastanawiam się tylko, gdzie moje miliony 😛

Jestem spontaniczna!

Kiedy zapytałam Grześka, czy wyskoczymy spontanicznie na piwo do Pragi, myślał, że to jakiś małżeński test. Że szykuję pozew rozwodowy, a jego zgoda będzie pretekstem do wpisania „różnic nie do pogodzenia” w rubryce powodów rozwiązania małżeństwa.

Ostatnio moim jestestwem zapanował totalny chaos. Już po przebudzeniu chwytam dzidę i ruszam przed siebie, próbując przetrwać dzień, bez uszczerbku na zdrowiu. Pod koniec każdego dnia, unoszę w górę zwycięski puchar i zarzucam na szyję order, nadany przez kierowcę autobusu, za niewpierdolenie się pod koła. Już za życia pretendentką do nagrody Darwina za najbardziej irracjonalną śmierć, na przykład, kiedy spadnę z krzesła i przytrzaśnie mnie tłuczek do mięsa. Co lepsze, nie mamy tłuczka.

-Sprzedajemy dzieci, więc zróbmy coś spontanicznego. Jak się nie uda to wrócimy. – Powiedziałam w sobotę rano.
-Daj spokój. Przecież samo pakowanie zajmie ci godzinę. – Grzesiek wyciągnął cięższą artylerię – Poza tym, nie zrobiłaś jeszcze makijażu. – Dwutonowe działo strzeliło mi prosto w pysk. Odłamki braku wiary mojego męża, bezlitośnie haratały moje ego. – No i droga. To ponad trzy godziny jazdy.
-Tak? Spakuję siebie, dzieci i zrobię makijaż w piętnaście minut.
-Ehe, już to widzę. Ale dobra, zróbmy to.

I w ten oto sposób, czterdzieści minut później, trzaskałam moimi drzwiczkami strefy komfortu, machając dzieciom przez okno samochodu.

Już zapomniałam, jak to jest chodzić za rękę z kimś, kto nie sięga wzrostem do moich ud i to było całkiem miłe uczucie. Zwłaszcza po czwartym piwie, bo jak na życiowego szczęściarza przystało, trafiliśmy na praski festiwal piwa i alkoholowej rozpusty. Grześkowi mordka cieszyła się jak dzieciakowi przy regale z kapiszonami, a ja obczajałam odległość od złotych stoisk do kibla, w razie, gdyby mój pęcherz również musiał wyjść ze swojej strefy komfortu.

Finalnie, nie zwiedzaliśmy, tylko bujaliśmy się od baru do baru, próbując różnych trunków, bez wyrzutów sumienia, że wypadałoby wrócić do domu i odgrzać dzieciom parówki. Dzieci w tym czasie miały się dobrze, co wnioskuję po każdorazowym „Nie mam czasu”, na „Chcesz rozmawiać z mamusią przez telefon?”.

Wróciliśmy do hotelu bardzo późno, w bardzo dobrych nastrojach. Woziliśmy się nocą tramwajami, jedliśmy pizzę w ulicznych street foodach, nikt nie prosił o gryza i… rozmawialiśmy.

Tak o życiu rozmawialiśmy, że fajnie nam to życie razem idzie. A później biegaliśmy w deszczu, skakaliśmy przez kałuże i gubiliśmy się w wielkim mieście – raz za razem. Pływaliśmy łódką po Wełtawie, próbując nie rozpłynąć kaczek i uśmiechaliśmy się – cały czas.

I te dwa dni naładowały mnie poczuciem, że fajnie mieć obok siebie tego człowieka. Nawet nad nad czeskimi knedlami, których wspomnienie do dziś przyprawia mnie o mdłości. Ale mąż lubi, więc siedziałam nad szklanką wody, rozpisując na serwetce moje roszczenia względem opieki nad dziećmi i podział obowiązków przy wyprowadzaniu psa, po rozwodzie. A później kupił mi batonika, chociaż zazwyczaj mówi „Za chwilę będziemy w domu, tam jest cały garaż batoników”. Ten batonik, to jest wyraz miłości, możecie mi wierzyć. Albo strachu, bo jak jestem głodna to włącza mi się wewnętrzny Terminator. Gościu zna mnie, jak nikt.

0 Komentarzy/e

Skomentuj