Surowi rodzice.

8996 Odczytano 13 komentarzy

Nie jestem osobą, która poucza innych, jak mają żyć, jak mają wychowywać swoje dzieci i w którą stronę podcierać tyłek, chyba że ktoś wyraźnie poprosi mnie o radę. Wtedy mówię, że tyłek podciera się do góry. Uważam, że każdy ma prawo wychowywać dzieci po swojemu a czas zweryfikuje to, kto z nas popełnił rodzicielstwo lepiej. Nie krytykuję innych, generalnie mam w poważaniu to, co ktoś robi z własnymi dziećmi. O ile ich nie krzywdzi. Siedzę cichutko na macierzyńskim padole, robię swoje i takie tam.

Chyyyba, że ktoś mi podpadnie to wyciągam to na bloga. ?

Był sobie ostatnio taki program o wdzięcznej nazwie „Surowi rodzice”, który to przyszedł do nas z zachodu. Wiecie, dwójka rozwydrzonych dzieci, w wieku mocno buntowniczym i bynajmniej nie jest to bunt dwulatka, które są wysyłane na tydzień do innej rodziny i nowi „rodzice” te dzieci nawracają przez tydzień czasu.

No i ja sobie ostatnio oglądałam ten program między jednym „nie wolno” a drugim „nosz jasna dupa i wszyscy święci, nie wolno!” bo Nadię ostatnio kojec parzy w tyłek* i generalnie odpaliła teżewe po salonie i wszędzie jej pełno, nawet tam, gdzie jej nie ma. Zupki, kupki, rajd za dzieciem i „Surowi rodzice” w tle. I nagle w tym tle z rozmyślań nad sensem wycięcia żeńskich narządów rozrodczych, co by mnie nie pokusiło na posiadanie dziecka numer trzy, z tej matczynej narkozy, wywołują mnie słowa:

– W tym domu rządzę ja a dzieci mają się podporządkować do zasad panujących w domu.

Oooosz ty, kur….de.- myślę sobie.- Byczku pękaty, samozwańczy królu, wodzu nieuciśniony.

Zwiększyłam atencję, co w połączeniu z chodzącym 10-miesięczniakiem i szklaną ławą gotową do zamachu na jej głowę było prawie tak realne jak, zabójcza brzoza i wyłapałam kolejną perełkę:

– Dzieci muszą pracować ze mną. Tłumaczę im, że bez ich pomocy nie dam rady ogarnąć całego gospodarstwa i domu.

Moi rodzice byli bardzo surowi. W domu obowiązywało mnóstwo zasad i niemalże do osiemnastego roku życia wracałam do domu o dwudziestej, później, kiedy jeszcze mieszkałam z rodzicami przez rok czy dwa, o dwudziestej pierwszej. Kiedy chciałam iść na imprezę, moje koleżanki przychodziły prosić moją mamę, czy pozwoli mi wrócić trochę później. Ja bałam się pytać. O wszystko.

Mój okres nastoletni pamiętam jako wieczny bunt. Co tu dużo gadać- nie dogadywaliśmy się z rodzicami. Trochę dlatego, że rówieśnikom wolno było więcej a trochę dlatego, że poprzewracało mi się w dupie i czułam się już bardzo dorosła. Moim obowiązkiem było przynosić jak najlepsze oceny, za każdą gorszą byłam karana szlabanem na oddychanie. Od piętnastego roku życia moim jedynym marzeniem było wyprowadzić się z domu. Od szesnastego roku życia pracowałam na to by mieć własne pieniądze, w końcu po dwudziestym roku życia poszłam na swoje. Relacje z rodzicami mocno poszybowały w górę i z perspektywy czasu widzę, że to było potrzebne zarówno mi jak i im.

W moim domu nie rządzi nikt. Zarówno ja, PT jak i dzieci- każde z nas ma prawo wypowiedzieć swoje zdanie i określić swoje potrzeby. Umówmy się- potrzeby 3,5 latki ograniczają się do skończenia bajki kiedy powinna już spać czy drugiej porcji płatków na śniadanie. Ewentualnie założenia krótkiej spódniczki, kiedy sieka mróz. Chciałabym, bardzo bym chciała, żeby w przyszłości te równe prawa się utrzymały. Nie ma u nas w domu lepszych i gorszych. Jesteśmy rodzicami ale chcemy wprowadzić w naszym rodzicielstwie element przyjaźni. Po to, żeby dziewczynki wiedziały, że zawsze mogą powiedzieć nam o wszystkim, z pełną świadomością, że mają w nas wsparcie. Owszem, są pewne zasady ale są one wprowadzone tylko po to, by wszystkim żyło się lepiej.

Nie jestem zwolenniczką bezstresowego wychowania. Bardziej rodzicielstwa bliskości. Dzisiaj zarzekam się, że nie będę naciskała dziewczynek pod względem ocen w szkole. Jutro może być inaczej. Oceny to był prawdziwy dramat i każdy stopień od czwórki w dół wiązał się z komentarzem „dlaczego nie piątka?”. Chciałabym wychowywać dziewczynki trochę inaczej, niż byłam wychowywana ja. Wiadomo, że czas weryfikuje nasze „chciałabym” a dzieci często powielają błędy rodziców, pomimo iż zarzekają się, że do tego nigdy nie dojdzie. Dla mnie podstawą jest rozmowa. Nie nakazy i zakazy. Zainteresowanie, które nie ogranicza się tylko do tematyki szkolnej i oczekiwań wobec dziecka. Wejście w jego skórę bo przecież nie tak dawno to my płakaliśmy w poduszkę po burzy z matką czy ojcem. Respektowanie jego potrzeb zaznaczając, że my również mamy swoje. I nie ma to nic wspólnego z puszczeniem dziecka samopas. To po prostu najzwyklejsza na świecie rozmowa, zainteresowanie. Próba wygenerowania takiej relacji by wszystkim było dobrze.

Nie jestem za obarczaniem dziecka odpowiedzialnością za dom, rodzeństwo czy „robienie dzieci” do pomocy w gospodarstwie. Mamy duży, 175- metrowy dom z ogrodem. Pracy w domu i przy domu jest sporo. Dom kupowaliśmy dla siebie, licząc się z konsekwencjami opieki nad nim, nie z myślą że dzieci będą „pracować”. Wydaje mi się, że wiem co autor słów miał na myśli, jednak zdanie złożył dosyć niefortunnie. Obowiązki- jak najbardziej. Jednak obarczanie dzieci odpowiedzialnością bo „bez was nie dam rady prowadzić gospodarstwa” jest słabe. Dzieci nie są po to by prowadzić gospodarstwo czy zajmować się młodszym rodzeństwem. Dzieci są dziećmi i mają mieć obowiązki typowo dziecięce, adekwatne do swojego wieku. Być może, gdybym była na miejscu tych ludzi, myślałabym inaczej. Na dzień dzisiejszy takie jest moje zdanie.

Nie wierzę za bardzo w takie tygodniowe przemiany. Nie bardzo rozumiem, czego program ma uczyć. Zobacz, inni mają gorzej niż ty? Muszą zapieprzać, do tego mają strasznych rodziców? Zobacz jak Ty masz fajnie w życiu? Może, zamiast wysyłać dzieci na tydzień do innej rodziny, wystarczy po prostu zacząć się nim interesować? Pójść do psychologa? Rozmawiać? Mam mieszane uczucia co do założenia całego programu.

Znając życie, po takim tygodniowym nawracaniu, szybko weszłabym z powrotem na „właściwe tory”.

Jakie jest Wasze zdanie?

*W tym tekście użyłam trzy, a w zasadzie cztery razy słowa tyłek. Ajm sory, pójdę do spowiedzi a Wy tam peace i tyłki do góry.


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BIERZCIE I JEDZCIE Z TEGO WSZYSCY. MOŻESZ ZATEM:

  1. Polubić lub/i zostawić komentarz tutaj lub na Fejsiku Nieidealnej.
  2. Polubić nasz profil na Facebooku.
  3. Zajrzeć do nas na Instagram.
  4. Puścić artykuł dalej w świat. 

* zdjęcie z serwisu https://www.flickr.com

 

13 Komentarzy/e
  • Kasia

    Odpowiedz

    Nieidealna mam tak samo, pewnie zycie zweryfikuje moje „postanowania-chicialabym” ale zawsze mozna wyjsc z zalozenia ze powinno sie udac, ja naleze do tzw mamus panikar-bojacych sie ze cos sobie zrobi, ale walcze z tym, choc ciezko jak cholera, trzymam kciuki za Twoje chcialabym a ty tam mozesz i za moje poyrzymac czasem

  • Pczytelniczka

    Odpowiedz

    To co przytoczylas nie jest wcale takie najorsze. Mysle,ze gorszy od tego przykladu moze byc fakt,ze moj slubny notabene starszy ode mnie o 12 lat i majacy 2 dzieci z poprzedniego zwiazku (corke 18 lat i syna 12)oraz 4 letnie dziecko ze zwiazku ze mna probuje swoje wychowawcze bledy popelnione na dwojce swoich starszych dzieci naprawiac poprzez to najmlodsze.

  • czytelniczka

    Odpowiedz

    Wiesz ile razy mialam ochote powiedziec ” Nosz kur…a”. To co bylo wolno jego dziecom tego nie wolno naszemu synowi. Pi na odwrot. Nie bede sie wdawac w szczegoly,bo za dlugo by to trwalo jednak kazda z Was mniej wiecej moze sobie wyobrazic o co chodzi. Tak jak mowilam wczesniej jesli za ojca swojego dziecka obralas sobie faceta,ktory swoje bledy wychowawcze naprawia poprzez dziecko z drugiego zw

  • czytelniczka

    Odpowiedz

    To masz z miejsca przechlapane.

  • Dominika.eL

    Odpowiedz

    Oj Nieidealna – trafiłaś. U mnie było to samo – na świadectwie z paskiem gdzie były same 5-tki poza matmą czepiali się tej matmy bo „czwórka”. Oczywiście młodszy o 9 lat brat był moim „synem” i zamiast grać w gumę z koleżankami trzeba było mieć oczy dookoła głowy bo oczywiście każdy jego upadek to moja wina bo „jak go pilnujesz?!”. Do tej pory mam depreche – chyba czeka mnie psycholog…

  • Iwona

    Odpowiedz

    Kurwuś jebuś! Tak sobie czytam i czytam…. i tak się zaczytałam, że spaliłam czajnik?

  • Iza G.

    Odpowiedz

    Moim skromnym zdaniem tego typu programy mają scenariusze i reżyserów
    Kiepskich Ale jak przypuszczam sporo odbiorców
    Moje dzieci płci męskiej mają obecnie 2,5 roku i póki co bardzo chętnie pomagają w domu Oczywiście w miarę swoich możliwości
    Wyjmują pranie z pralki, odkurzają itp.
    Mam wrażenie że traktują to jako swoistą rywalizację
    Nie zamierzam ich od tego odwodzić 🙂

  • Agnieszka

    Odpowiedz

    Swojego Syna staralam sie wychowywac w duchu przyjazni i zrozumienia, aczkolwiek wsrod konkretnych zasad i zelaznej konsekwencji w przestrzeganiu ich. Nigdy nie darlam wlosow z glowy o gorsze oceny, ale zawsze zachecalam do nauki, odbierajac co najwyzej przywileje za wyjatkowe lenistwo. Dzis moje metody procentuja – syn konczy trudne studia, swietnie sobie radzi w zyciu, pracuje i jest wspanialy!

  • Emilka

    Odpowiedz

    Moim zdaniem nie ma nic gorszego niż bezstresowe wychowanie, nie chodzi o bicie i karanie za wszystko jak leci ale o wyważenie że jak coś nabroi to będzie kara

    • matka-nie-idealna

      A nie lepiej uczyć, że dziecko musi ponieść konsekwencje pewnych zachowań?

    • Marta

      Kara jest przykladem konsekwencji tylko rodzice stosuja za czesto, nieodpowiednio do winy, albo niekonsekwentnie, co konfuduje dziecko, „Time-out” czesto starczy. Male dzieci nie maja abstrakcyjnego myslenia, wiec kieruja sie prostym „czy bede ukarany/a czy nie”- to zalazek moralnosci. Ale na „rozwydrzenie” sklada sie wiele faktorow i na terapie trzeba wysylac cala rodzine, a nie tylko dziecko.

  • Aleksandra

    Odpowiedz

    Temat posta bardzo trafny, ale dla mnie tego typu programy są na równi z „dlaczego ja” itp syfem a także „extreme home makeover” gdzie zawsze jest pokazana jakaś rodzina, która przeżyła tragedię i wszyscy- włącznie z prowadzącym płaczą na wizji. Spora część społeczeństwa karmi się takimi rzeczami, które mają szokować i budzić emocje a są płytkie niczym tematy z „rozmów w toku” czy nagłówki „faktu”

  • Luna

    Odpowiedz

    Wiadomo,że przychodzi taki moment,że dziecko chce sie usamodzielnic i wyprowadzic.Natomiast złe jest to,że dziecko marzy o spie…niu jak najdalej od swojego domu,bo rodzice mają wydumane ambicje i dają chore zakazy.Może chcą oni „wychować” w ten sposob potomka, a naprawdę niszczą mu młodośc.Nie jestem zwolenniczka ideologii robta co chceta,ale we wszystkim trzeba miec zdrowy rozsądek.

Skomentuj

Facebook