Twoje dziecko się „zepsuło”? To rewelacyjnie!

1258 Odczytano 0 Komentarzy

Sześć lat praktyki nauczyło mnie, że nic w macierzyństwie nie jest stałe, a cierpliwość to pojęcie względne.

Nadia była idealnym dopełnieniem naszej rodziny. Taka wisienka na torcie mojego rodzicielstwa, kropka nad „i” i wykrzyknik kończący zdanie oznajmujące. Zanim się urodziła, zaklepałam ją jako „swoją” córeczkę. Taką wiszącą na mojej spódnicy, tulącą do snu i mającej monopol na nalewanie picia. Hanka była wklejona w Grześka, jej siostra miała być moja.

Udało się.

Od trzech i pół roku niemalże na wyłączność mam rozbrajający uśmiech, oplatające moją szyję ramiona i przywilej nocnego wstawania do młodszego dziecka. Ono natomiast ma fory i przywileje, związane z byciem naczelnym szkodnikiem naszej rodziny. Jeszcze chwilę temu Nadia była roześmianą, wiecznie tulącą się dziewczynką, która polecenia wykonywała już po pierwszej prośbie, co jak wiadomo wśród dzieci jest cechą zasługującą na dodatkową czekoladkę po obiedzie. Była dzieckiem, które chciało się wytarmosić za policzki i zjeść na deser, rzygając po wszystkim słodyczą. Każdą zbitą szklankę wynagradzała rzędem równiutkich mleczaków, była mistrzynią manipulacji, również w relacji z siostrą. Generalnie wszyscy jej ustępowali, pobłażali i kochali, a panie w przedszkolu na pytanie „Jak dzisiaj Nadia?” odpowiadały „Jak to Nadia” – cokolwiek to miało znaczyć.

Jednak dwa tygodnie temu coś się zepsuło. Nadka stała się rozwrzeszczanym dzieckiem, niesłuchającym nikogo. Wszystkim robi na przekór, wszystko wymusza płaczem i piskiem. Na jej twarzy próżno znaleźć uśmiech, a większość dni w jej wykonaniu to zbiór katastrof, przeplatanych arią chropowatego gardła. Wszystko to dzieje się w obrębie domu, bo gdy tylko przekraczamy jego próg, Nadia na powrót staje się uśmiechniętą i miłą dziewczynką.

Przeanalizowałam swoje zachowanie, ponieważ w moim życiu wydarzyło się ostatnio mnóstwo zmian, jednak były one z kategorii pozytywnych, stąd też nie wiązałam zmiany jej zachowania z moim samopoczuciem. Nie była rozpuszczona, może trochę bardziej rozpieszczona uczuciami, uwagą którą jej poświęcaliśmy i miłością. Od zawsze miała wyznaczane granice i zasady, które były niepodważalne u nas w domu. Na początku zwaliłam winę na jesienną aurę, szare dni i deszcz lejący się z nieba, niemalże każdego dnia. Nadia nie ma już drzemek w przedszkolu, co wiązało się z tym, że zasypiała w drodze do domu, a dobudzenie jej z kolei wiązało się z jazdą emocjonalnym roller coasterem. Często też nie była zmęczona, nie brakowało jej cukru, nie potrzebowała wyprzytulania i nie miała złego dnia. Jednak dzień po dniu stawała się „wredna”.

Dzwoniłam do mamy, żaląc się „Jezus, nie mogę już z nią wytrzymać. Zaraz wyjdę z siebie i stanę obok. Tylko pisk, płacz, wymuszanie. Na dodatek właśnie mnie uderzyła! To trwa już od kilku dni!”. Moja mama po drugiej stronie linii ze zdziwieniem twierdziła, że przecież kiedy Nadia jest u dziadków, jest słodką i potulną dziewczynką. Panie w przedszkolu zachwycały się jej zachowaniem, babcie i ciocie – uprzedzone jej możliwościami – dziwiły się moimi skargami. Przy każdym innym człowieku córka stawała się aniołem, skorym do zabawy, pracy i pomocy.

Aż któregoś dnia, kiedy wylewałam swój żal koleżance, bo Nadia chwilę wcześniej, z pełną premedytacją wylała z butelki sok jabłkowy… trzy razy, stwierdziła:

-Czasami dzieci wiedzą, że mogą pozwolić sobie na więcej przy mamie, bo czują się bezpieczne i kochane. Ona wie, że nie zrobisz jej krzywdy, że będziesz kochała ją nawet, jeśli narozrabia. Mówisz jej każdego dnia, że ją kochasz, prawda? Zdarzyło się, że dziecko powiedziało, że Cię nie lubi?
– Pewnie.
– I co wtedy odpowiadasz?
– A ja cię bardzo kocham. Czasami zdarza się, że powiem: „Ja też cię nie lubię, ale bardzo cię kocham”.
– Poza tym – kontynuowała koleżanka – kiedy szef cię wkurzy w pracy, nie pyskujesz do niego, nie rzucasz telefonem, tylko zazwyczaj wszystko schodzi z ciebie w domu. Często ludzie przenoszą swoje niepowodzenia do domu, prawda? Na dworze jest szaro, Nadia nie ma drzemki w przedszkolu, mogła pokłócić się z jakąś koleżanką, obiad był niedobry, a jej ulubiona pani skończyła wcześniej zmianę. Powodów może być sto, a ona radzi sobie ze swoimi „problemami” jak potrafi najlepiej. W miejscu, w którym czuje się najlepiej.

Usiadłam wtedy na kanapie obok 3,5 latki, którą chwilę wcześniej miałam ochotę wystawić na balkon, a która teraz beztrosko wpatrywała się w bajkę na ekranie telewizora. Ona, kontynuując oglądanie, przełożyła moje ramię ponad sobą i oplotła się ciasno, wciskając głowę w moją pachę. A później poprosiła mnie, żebym to ja nalała jej wody. Żebym to ja zapaliła jej światło. Żebym to ja pogłaskała ją przed snem, umyła jej zęby i przyszykowała piżamę. Nie osoby, dla których była miła, z którymi się bawiła i do których się uśmiechała. Ja – osoba, przy której czuje się bezpiecznie i która przenigdy jej nie zostawi, nawet jeśli będzie małą rozwrzeszczaną panienką.


*Pamiętaj, że najlepszą zapłatą dla autora jest Twoja reakcja, która bez wątpienia da mi kopa do dalszej pracy <3
*Będę wdzięczna, jeśli dasz mi o tym znać tutaj na blogu lub na Facebooku (
klik), łapką w górę, komentarzem lub udostępnieniem postu.
*Możesz odwiedzić nasz profil na Instagramie 
(klik).

0 Komentarzy/e

Skomentuj